28.04.2025, 21:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.04.2025, 22:28 przez Umbriel Degenhardt.)
Bez muzyki i kobiet życie byłoby pomyłką. Nie mylił się nikt nazywający go potworem, ani nie przesadzał nikt posądzający go o powolne zatracanie swojej duszy w objęciach czarnej magii, a jednak wyglądało na to, że posiadał w sobie coś, co wciąż czyniło go człowiekiem.
Pożądanie.
Lorraine Malfoy była w tym momencie wszystkim, co czyniło jego historię godną zapamiętania i faktycznie - jeżeli ten utwór miał mieć zakończenie, takie napisane o niej wybiłoby to arcydzieło na piedestał... a przynajmniej tak myślał w tym momencie. Wpatrując się w jej oczy Degenhardt rozumiał, w jaki sposób mężczyźni stawali się niewolnikami kobiet - każda grana przez nią nuta zawierała tak nieskończone piękno, że nawet on - człowiek zawzięty, uparty i władczy, zdawał się więźniem cudzej sztuki. Gra na fortepianie przybliżała ich do siebie, jednocześnie oboje pozostawali nieprzeniknionymi zagadkami. Przepiękna blondynka wpierw wodziła go za nos, by chwilę później wymykać mu się spomiędzy palców jak melodia, której nie potrafił sobie przypomnieć, chociaż przed chwilą wydawało mu się, że dokonał w swojej głowie przełomu, jakiego świat sztuki już nigdy nie zapomni. Żadna z prób uchwycenia jej nie mogła być kompletna. Modulacja w nieoczekiwany don, szmer smyczków gasnący na granicy słyszalności. Nie dało się tego uczucia zaszufladkować i rozpaliła go tym wszystkim, co robiła - tymi uśmiechami i tą złośliwością, wciągała go w wir, a on pozwalał sobie unieść się na nim i poczuć gołym udem, że to, co robiła, działało.
Jeżeli tylko by zechciała, mogłaby go mieć. Nawet idolizowany pianista był tylko mężczyzną - takim, któremu wystarczyło pokazać kryjącą się pod spódnicą halkę, aby opleść jego umysł mgłą i stłumić rozsądek.
Jego palce nacisnęły na klawisze, a ich oddechy podążały za rytmem, z każdą sekundą coraz szybciej. Gdy jego dłoń opadała na niski dźwięk, jej ciało wyginało się w nagłym spazmie - stała się kolejnym instrumentem w jego dłoniach, a on... miał niesamowitą władzę nad tym co tworzył i świadomie przekraczał granice, których nie powinien nigdy musnąć. I właśnie dlatego nie potrafił przestać. Tak jak Berlioz szalał tworząc Symphonie Fantastique, tak jak Szostakowicz w ostatnim kwartecie odsłaniał przed światem swoje najciemniejsze koszmary, tak on teraz pozwalał, by szaleństwo prowadziło jego ręce.
Nuta po nucie, sekunda po sekundzie, zbliżali się do apogeum - jak kulminacyjny akord w finale symfonii, kiedy całe powietrze drży od napięcia. Umbriel zamknął oczy. Widział całą partyturę w swojej głowie - nierealną, rozmazaną, ale piękną - a Lorraine była jej jedyną muzą. Przekroczył Rubikon. Już nie grał, lecz tworzył cudzy rytuał, cudze zaklęcie, cudze przekleństwo.
I wtedy...
Pierwszy fałsz.
Zagrał to jeszcze raz. I jeszcze raz.
Przebudzenie przyszło z siłą ciosu w twarz. Zagrał jeszcze raz, całość zaimprowizowaną teraz na fali jej dotyku, nuta po nucie. Nagle Lorraine wydawała się kukłą w teatrze jego własnej słabości. To było... puste. Plastikowe. Banalne. Wręcz śmieszne w swojej przesadzie.
Oderwał się od niej brutalnie i... zepchnął ją z siebie.
- Tragedia - skwitował to bez ogródek. - Idź sobie. - Bo strasznie go to wkurwiło. Nie umiał dokończyć własnego utworu, więc winił muzę, całkowicie świadomy tego, że już za moment jej oczy zalśnią kpiną. Z tego też powodu nawet w nie nie spojrzał. Wstał i poszedł nalać sobie gorzkiej herbaty.
Pożądanie.
Lorraine Malfoy była w tym momencie wszystkim, co czyniło jego historię godną zapamiętania i faktycznie - jeżeli ten utwór miał mieć zakończenie, takie napisane o niej wybiłoby to arcydzieło na piedestał... a przynajmniej tak myślał w tym momencie. Wpatrując się w jej oczy Degenhardt rozumiał, w jaki sposób mężczyźni stawali się niewolnikami kobiet - każda grana przez nią nuta zawierała tak nieskończone piękno, że nawet on - człowiek zawzięty, uparty i władczy, zdawał się więźniem cudzej sztuki. Gra na fortepianie przybliżała ich do siebie, jednocześnie oboje pozostawali nieprzeniknionymi zagadkami. Przepiękna blondynka wpierw wodziła go za nos, by chwilę później wymykać mu się spomiędzy palców jak melodia, której nie potrafił sobie przypomnieć, chociaż przed chwilą wydawało mu się, że dokonał w swojej głowie przełomu, jakiego świat sztuki już nigdy nie zapomni. Żadna z prób uchwycenia jej nie mogła być kompletna. Modulacja w nieoczekiwany don, szmer smyczków gasnący na granicy słyszalności. Nie dało się tego uczucia zaszufladkować i rozpaliła go tym wszystkim, co robiła - tymi uśmiechami i tą złośliwością, wciągała go w wir, a on pozwalał sobie unieść się na nim i poczuć gołym udem, że to, co robiła, działało.
Jeżeli tylko by zechciała, mogłaby go mieć. Nawet idolizowany pianista był tylko mężczyzną - takim, któremu wystarczyło pokazać kryjącą się pod spódnicą halkę, aby opleść jego umysł mgłą i stłumić rozsądek.
Jego palce nacisnęły na klawisze, a ich oddechy podążały za rytmem, z każdą sekundą coraz szybciej. Gdy jego dłoń opadała na niski dźwięk, jej ciało wyginało się w nagłym spazmie - stała się kolejnym instrumentem w jego dłoniach, a on... miał niesamowitą władzę nad tym co tworzył i świadomie przekraczał granice, których nie powinien nigdy musnąć. I właśnie dlatego nie potrafił przestać. Tak jak Berlioz szalał tworząc Symphonie Fantastique, tak jak Szostakowicz w ostatnim kwartecie odsłaniał przed światem swoje najciemniejsze koszmary, tak on teraz pozwalał, by szaleństwo prowadziło jego ręce.
Nuta po nucie, sekunda po sekundzie, zbliżali się do apogeum - jak kulminacyjny akord w finale symfonii, kiedy całe powietrze drży od napięcia. Umbriel zamknął oczy. Widział całą partyturę w swojej głowie - nierealną, rozmazaną, ale piękną - a Lorraine była jej jedyną muzą. Przekroczył Rubikon. Już nie grał, lecz tworzył cudzy rytuał, cudze zaklęcie, cudze przekleństwo.
I wtedy...
Rzut PO 1d100 - 12
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Pierwszy fałsz.
Zagrał to jeszcze raz. I jeszcze raz.
Przebudzenie przyszło z siłą ciosu w twarz. Zagrał jeszcze raz, całość zaimprowizowaną teraz na fali jej dotyku, nuta po nucie. Nagle Lorraine wydawała się kukłą w teatrze jego własnej słabości. To było... puste. Plastikowe. Banalne. Wręcz śmieszne w swojej przesadzie.
Oderwał się od niej brutalnie i... zepchnął ją z siebie.
- Tragedia - skwitował to bez ogródek. - Idź sobie. - Bo strasznie go to wkurwiło. Nie umiał dokończyć własnego utworu, więc winił muzę, całkowicie świadomy tego, że już za moment jej oczy zalśnią kpiną. Z tego też powodu nawet w nie nie spojrzał. Wstał i poszedł nalać sobie gorzkiej herbaty.
Koniec sesji
they should be
t e r r i f i e d
of me
t e r r i f i e d
of me