Flynn wywrócił oczyma.
— Jebać kolacje, nawet ich nie lubię. — Kojarzyły mu się z czasami, kiedy Fontaine siedziała godzinami z jakimiś typami i omawiała sprawy ważne i ważniejsze, a on się nudził niemożebnie i obserwował ich z ukrycia na wypadek, gdyby komuś trzeba było poderżnąć gardło. — Nie wiem, czemu wszystkie pedały mają jakąś obsesję na punkcie chodzenia na kolacje. — Przez wszystkich pedałów miał oczywiście na myśli Laurenta, który nie opuszczał jego myśli praktycznie wcale. I któremu takie obiadki i kolacje sam organizował, chcąc zobaczyć chociaż cień uśmiechu na bladej twarzy. Jedno uniesienie warg potrafiło rozświetlić jego oczy bardziej niż letni poranek w New Forest. — Wiesz co jest fajne? Jeżdżenie autem po nocy, jaranie w nim zioła, słuchanie dobrej muzyki i robienie loda na tylnym siedzeniu. Ale z jakiegoś powodu wy zawsze mówicie o jakiejś kurwa kolacji. — Zmienił ułożenie nóg i dmuchnął w opadające mu na twarz loki, ale niewiele to dało. Normalnie bardzo się starał — stylizował je namiętnie na Ulizannę, odkąd Cain powiedział mu, że są śliczne, a on później nie mógł zasnąć, wracając do tego, jak Auror wsunął mu te kościste paluchy pomiędzy nie i ścisnął mocno. Teraz to wspomnienie bolało jak diabli. Tak bardzo, że Crow poczuł się niezręcznie. Może nie miał już dwudziestu lat, może powinien przestać układać swoje życie wokół innych ludzi, ale nie robił tego i cholernie cierpiał na każde ukłucie rzeczywistości przypominające mu, że się do tego Caina już nigdy nie przytuli. A on naprawdę chciał leżeć pomiędzy tymi drzewami po popołudniu spędzonym w jeziorze i rozmawiać o muzyce, dyskotekach, marzeniach. Chciał mieć kogoś, kto go kocha. Chciał mieć kogoś z natury dobrego i po tej dobrej stronie. Ktoś walczącego z czarną magią, stawiającego czynny opór Lordowi Voldemortowi, a do tego faktycznie dbającego o jego dobre samopoczucie. Cain to… ideał. To chyba dlatego jego śmierć wydawała się tak nierealna. Wrócili do siebie po tych wszystkich latach, był taki perfekcyjny, jakby ktoś kto stworzył ten wszechświat stworzył mu idealne dopasowanie, drugą połówkę duszy, a później przeciął ją, obrócił to wszystko w pył…
Czy tak skończą wszyscy, których kochał?
Na tym świecie już niedługo zabraknie dobrych ludzi, tak. Nie wątpił w to. Śmierciożercy wytępią wszystkich, już zasiewali we wszystkich strach. I chociaż Nora mówiła mu o tym, że nie powinien się tym martwić, bo istnieli ludzie, którzy stawiali mu opór, on w to absolutnie nie wierzył. Gdzie oni niby byli? Nie znał nikogo, kto stawiałby czynny opór tym potwornym postulatom oprócz Bletchleya i Prewetta, jeden gryzł piach, drugi dostawał pogróżki. A on, wychowany w bańce Podziemnych Ścieżek i wariatów wykorzystujących dzieci do pracy w Fantasmagorii, poznał w życiu głównie okrucieństwo i wyzysk. Dobrzy dla niego byli głównie mugole, a oni… nie mieli szans…
Flynn wyraźnie spochmurniał. Atak kaszlu Thomasa w ogóle go nie poruszył, nie znalazł w tym żadnej niezręczności — poklepał go plecach i upewnił się, że nie zakrztusił się śliną, po czym westchnął.
— Palisz? — On musiał. Jak zaraz nie zapali to wybuchnie.
— Własnym życiem… Jak o tym mowa, to było mi strasznie żal twojej siostry, że nawet nie wiedziała co ci się stało, gdzie jesteś. — I Thomas nie mógł tego wiedzieć, ale to były bardzo dziwne słowa z jego ust. Bo Bellowie praktycznie nigdy nie wiedzieli, gdzie szlaja się Edge. Edge czasami wracał, czasami nie wracał. Wytresował ich tak, jak Laurent wytresował jego. Kiedy wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów, chciał z nimi od razu iść do okna, żeby nie palić w środku. Ale przecież większość ludzi paliła w pomieszczeniach, to Prewett miał jakąś obsesję na tym punkcie i biadolił coś o pożółkłym czymśtam. — A oddałeś jej ten garnek?
— Jebać kolacje, nawet ich nie lubię. — Kojarzyły mu się z czasami, kiedy Fontaine siedziała godzinami z jakimiś typami i omawiała sprawy ważne i ważniejsze, a on się nudził niemożebnie i obserwował ich z ukrycia na wypadek, gdyby komuś trzeba było poderżnąć gardło. — Nie wiem, czemu wszystkie pedały mają jakąś obsesję na punkcie chodzenia na kolacje. — Przez wszystkich pedałów miał oczywiście na myśli Laurenta, który nie opuszczał jego myśli praktycznie wcale. I któremu takie obiadki i kolacje sam organizował, chcąc zobaczyć chociaż cień uśmiechu na bladej twarzy. Jedno uniesienie warg potrafiło rozświetlić jego oczy bardziej niż letni poranek w New Forest. — Wiesz co jest fajne? Jeżdżenie autem po nocy, jaranie w nim zioła, słuchanie dobrej muzyki i robienie loda na tylnym siedzeniu. Ale z jakiegoś powodu wy zawsze mówicie o jakiejś kurwa kolacji. — Zmienił ułożenie nóg i dmuchnął w opadające mu na twarz loki, ale niewiele to dało. Normalnie bardzo się starał — stylizował je namiętnie na Ulizannę, odkąd Cain powiedział mu, że są śliczne, a on później nie mógł zasnąć, wracając do tego, jak Auror wsunął mu te kościste paluchy pomiędzy nie i ścisnął mocno. Teraz to wspomnienie bolało jak diabli. Tak bardzo, że Crow poczuł się niezręcznie. Może nie miał już dwudziestu lat, może powinien przestać układać swoje życie wokół innych ludzi, ale nie robił tego i cholernie cierpiał na każde ukłucie rzeczywistości przypominające mu, że się do tego Caina już nigdy nie przytuli. A on naprawdę chciał leżeć pomiędzy tymi drzewami po popołudniu spędzonym w jeziorze i rozmawiać o muzyce, dyskotekach, marzeniach. Chciał mieć kogoś, kto go kocha. Chciał mieć kogoś z natury dobrego i po tej dobrej stronie. Ktoś walczącego z czarną magią, stawiającego czynny opór Lordowi Voldemortowi, a do tego faktycznie dbającego o jego dobre samopoczucie. Cain to… ideał. To chyba dlatego jego śmierć wydawała się tak nierealna. Wrócili do siebie po tych wszystkich latach, był taki perfekcyjny, jakby ktoś kto stworzył ten wszechświat stworzył mu idealne dopasowanie, drugą połówkę duszy, a później przeciął ją, obrócił to wszystko w pył…
Czy tak skończą wszyscy, których kochał?
Na tym świecie już niedługo zabraknie dobrych ludzi, tak. Nie wątpił w to. Śmierciożercy wytępią wszystkich, już zasiewali we wszystkich strach. I chociaż Nora mówiła mu o tym, że nie powinien się tym martwić, bo istnieli ludzie, którzy stawiali mu opór, on w to absolutnie nie wierzył. Gdzie oni niby byli? Nie znał nikogo, kto stawiałby czynny opór tym potwornym postulatom oprócz Bletchleya i Prewetta, jeden gryzł piach, drugi dostawał pogróżki. A on, wychowany w bańce Podziemnych Ścieżek i wariatów wykorzystujących dzieci do pracy w Fantasmagorii, poznał w życiu głównie okrucieństwo i wyzysk. Dobrzy dla niego byli głównie mugole, a oni… nie mieli szans…
Flynn wyraźnie spochmurniał. Atak kaszlu Thomasa w ogóle go nie poruszył, nie znalazł w tym żadnej niezręczności — poklepał go plecach i upewnił się, że nie zakrztusił się śliną, po czym westchnął.
— Palisz? — On musiał. Jak zaraz nie zapali to wybuchnie.
— Własnym życiem… Jak o tym mowa, to było mi strasznie żal twojej siostry, że nawet nie wiedziała co ci się stało, gdzie jesteś. — I Thomas nie mógł tego wiedzieć, ale to były bardzo dziwne słowa z jego ust. Bo Bellowie praktycznie nigdy nie wiedzieli, gdzie szlaja się Edge. Edge czasami wracał, czasami nie wracał. Wytresował ich tak, jak Laurent wytresował jego. Kiedy wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów, chciał z nimi od razu iść do okna, żeby nie palić w środku. Ale przecież większość ludzi paliła w pomieszczeniach, to Prewett miał jakąś obsesję na tym punkcie i biadolił coś o pożółkłym czymśtam. — A oddałeś jej ten garnek?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.