26.04.2025, 22:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.04.2025, 23:07 przez Alexander Mulciber.)
Wolność, padło z ust Stanleya. Wchodząc do gabinetu redaktora zdążył przyjrzeć się ścianie pokrytej zdjęciami: sir Bacon w otoczeniu dygnitarzy państwowych, politycy z dłońmi splecionymi w pozach teatralnej jedności, tytuły krzyczące z okładek oprawionych wydań specjalnych Proroka. Nagrody za jego rozliczne osiągnięcia literackie. Zdjęcia z reportaży dokumentujących najważniejsze wydarzenia z dziejów czarodziejskiego świata. Wywiady z ludźmi, którzy zmienili bieg historii. W centrum poważna twarz Albusa Dumbledore'a w wydaniu specjalnym po zwycięskiej wojnie z Grindelwaldem. Bohaterskie twarze, odznaczenia, wolność wypisana dużymi, tłustymi literami.
Wolność. Wydrukowana, oprawiona, zapomniana.
---
Podobny napis wisiał na jednej ze ścian w sali głównej redakcji Proroka. Alexander przejechał palcami po tytule i zatrzymał się, jakby chciał sprawdzić, czy litery jeszcze oddychają. Nie oddychały. Dusiły się pod ciężarem rutyny, kompromisów, autocenzury.
Na biurku jednej ze stażystek leżała lista kontrolna. "Sprawdzić źródła", przeczytał. "Unikać spekulacji. Nie zaogniać niepokojów społecznych." Alexander Mulciber nieomal uśmiechnął się pod maską. To on był niepokojem społecznym. Przyszedł tu dzisiaj, żeby przynieść ogień. Przyszedł tu, aby zasiać strach. Strach, który wejdzie w pióra i rozpuści się w atramencie. Strach, który przeżre fundamenty redakcji od środka.
Stanley zniknął za drzwiami gabinetu redaktora naczelnego, które zatrzasnęły się za nim jak wieko trumny. Mary Anne Skeeter trzymała się kurczowo życia i instrukcji, które jej wydano: Alexander przesunął się głębiej w przestrzeń sali redakcyjnej – jak cień, który zapomniał, że ma właściciela – w milczeniu obserwując, jak kobieta wraca do swojego biurka, zaciskając drżące wargi, powleczone lekko rozmazaną szminką. Szum maszyn drukarskich dobiegający z oddali zagłuszał jego kroki. Salę rozdzielały rzędy zagraconych papierami biurek niedopitymi kawami i popielniczkami pełnymi niedopałków papierosów. Przeszedł między nimi, czekając cierpliwie, aż otrzyma odpowiedź na zadane pytanie, zatrzymując się przed biurkiem dziennikarza, który odchrząknął nagle, oparłszy dłonie o blat, jak gdyby chciał pokazać, że różdżka leży poza ich zasięgiem, a on sam jest nieuzbrojony i nie zamierza nikogo atakować.
– Ja... – Mężczyzna wyprostował się na krześle, zanim powtórzył, już pewniej. – Ja. Popieram Czarnego Pana.
Alexander przyjrzał mu się uważnie, zastukawszy w zamyśleniu w drewniany blat biurka. Raz. Dwa. Trzy. Nieszczęścia chodzą parami, przeszło mu nagle przez myśl, ale trzy to dobra liczba, bo wszystko, co dobre, przychodzi trójkami. Przechylił lekko głowę, przypatrując się siedzącemu przed nim mężczyźnie, którego imię i nazwisko przeczytał wcześniej na ozdobnym identyfikatorze przyczepionym do marynarki przewieszonej przez oparcie krzesła. Bardzo gustownej marynarki, co nie umknęło uwadze Mulcibera. Theodore Thackeray Kenway, bo tak się nazywał, nie mógł mieć wiele ponad trzydziestkę: na jego czole dopiero zaczynały się formować zmarszczki, wyglądał na zadbanego, ale nieprzesadnie, twarz pokrywał może kilkudniowy zarost, który przydawał mu wrażenia lekkiej nonszalancji, ale Alex wiedział, że ta nonszalancja jest jedynie pozą. W bystrych, brązowych oczach Kenwaya błyszczała inteligencja. Mulciberowi nie umknęło także lekkie drgnięcie szczęki mężczyzny. Nie potrzeba im było fanatyka, lecz kogoś, kogo pociąga potęga – bo Mulciber widział podziw w jego oczach – typ oportunisty, pomyślał z niechęcią, czyli mam odpowiedniego człowieka na odpowiednim miejscu. Typ adwokata diabła, który tylko czeka na okazję, aby podjąć dyskusję, błyskawicznie wyczuwając intencje rozmówców... Dobrze, że wyczuł, że Alexander nie cierpiał, jak podobni mu cwaniacy za dużo kłapali jadaczkami. Kenway ewidentnie czekał na reakcję Mulcibera, któremu nie umknął pomruk, jaki przeszedł przez redakcję. Spojrzenia pełne niedowierzania. Pogardliwe sarknięcie ociężałego mężczyzny w średnim wieku, który zajmował biurko obok.
– Gratulacje, panie Kenway – powiedział Alexander. Głos, który dobiegał zza pokrywającej jego twarz maski, napawał niepokojem. Po przystojnej twarzy dziennikarza przebiegł cień. – Właśnie awansował pan na nowego redaktora naczelnego Proroka Codziennego.
Kierowany przeczuciem Mulciber zwrócił się w stronę starszego redaktora zajmującego biurko nieco dalej, boks obok: łysiejący mężczyzna poczerwieniał, i otworzył usta, ale Alexander przerwał mu, zanim padło choćby słowo protestu.
– Jako nowy redaktor – ciągnął dalej, stojąc bokiem do Kenwaya, – powinien podkreślić pan zmianę kierunku polityki Proroka. Przede wszystkim czysta krew. – Wbił wzrok w Kenwaya, w którego żyłach na pewno płynęła jakaś lurowata mieszanka krwi czarodziejów. Nie było to istotne. Winy krążące w krwiobiegu można było odkupić wierną służbą. – Wymyśl jakieś dobre hasło. Napiszemy je na ścianie redakcji. – Zachlapując szlamem pomniki dawnej chwały Proroka, dokończył w myślach. – A wy... – odwrócił się do reszty pracowników – ...wy napiszecie manifest o czystości krwi. Na co czekacie?!
– Pierdolę twoją czystą krew – rzucił w odpowiedzi łysiejący czarodziej, zrywając się na równe nogi, aby pochwycić różdżkę, która potoczyła się pod jego biurko. Alexander wycelował w niego swoją różdżką, schyliwszy się, aby osłoniła go ściana pracowniczego boksu.
Jak to wszystko się skończy i go wykrwawi, każe napisać Kenwayowi ma ścianie hasło chwalące Voldemorta krwią tego szlamoluba.
---
Arnold Bacon siedział za biurkiem, obracając w rękach niewielkie okulary z okrągłymi szkłami. Wydawał się dziwnie nieobecny, a na jego nalanej twarzy malowała się pustka. Milczał. Milczenie narosło między nim a celującym do niego z różdzki Śmierciożercą jak stos wymagających korekty artykułów na biurku redaktora. Milczenie narosło także między rzędami biurek, jakby jego redakcja – ta święta ostoja wolności słowa, której Bacon był najwyższym kapłanem i strażnikiem zarazem – została nagle zbezczeszczona obecnością ciał i głosów, które mówiły nie w imieniu prawdy, lecz przemocy.
W końcu ocknął się. Zamrugał. Powoli poprawił okulary, które oparł na mięsistym nosie, tylko po to, aby te po chwili znowu osunęły się niżej. Różdżkę trzymał schowaną w dolnej szufladzie biurka, ale nie mógłby jej dosięgnąć nie zwracając przy tym uwagi terrorysty. Siedział więc wyprostowany, rozważając słowa, które przeleciały przed chwilą nad jego głową, w trakcie jednego z wyłączeń, jakie czasem miewał z powodu choroby Milforda, próbując uchwycić zawarty w nich sens.
Sensu nie znajdował. Ale dawno już przestał znajdować go w świecie, który każdego dnia rodził się na nowo, w ludziach, którzy budzili się jako tabula rasa, w historii, która powtarzała się wciąż na nowo, bo nikt nie pamiętał... Nikt, oprócz niego. Bo sir Arnold Bacon pamiętał wszystko.
Utkwił swe mętne oczy w nieruchomej masce Śmierciożercy, zapamiętując zdobiący ją wzór.
– Pamiętam każdą z moich krzyżówek, szanowny panie – odpowiedział, zachowując nienaganne opanowanie. – Wystarczyłby list do redakcji, abym rozwiał pańskie wątpliwości odnośnie poprawności rozwiązania. Proszę, aby postąpił pan tak samo, i rozwiał moje wątpliwości: czym spowodowane jest pańskie najście na siedzibę redakcji? Czy mam wezwać służby? – Urwał na chwilę, unosząc uspokajająco dłonie. – Chciałbym się z panem porozumieć. Zależy mi na zapewnieniu bezpieczeństwa moich pracowników. Jakie są pańskie żądania?
Wolność. Wydrukowana, oprawiona, zapomniana.
---
Podobny napis wisiał na jednej ze ścian w sali głównej redakcji Proroka. Alexander przejechał palcami po tytule i zatrzymał się, jakby chciał sprawdzić, czy litery jeszcze oddychają. Nie oddychały. Dusiły się pod ciężarem rutyny, kompromisów, autocenzury.
Na biurku jednej ze stażystek leżała lista kontrolna. "Sprawdzić źródła", przeczytał. "Unikać spekulacji. Nie zaogniać niepokojów społecznych." Alexander Mulciber nieomal uśmiechnął się pod maską. To on był niepokojem społecznym. Przyszedł tu dzisiaj, żeby przynieść ogień. Przyszedł tu, aby zasiać strach. Strach, który wejdzie w pióra i rozpuści się w atramencie. Strach, który przeżre fundamenty redakcji od środka.
Stanley zniknął za drzwiami gabinetu redaktora naczelnego, które zatrzasnęły się za nim jak wieko trumny. Mary Anne Skeeter trzymała się kurczowo życia i instrukcji, które jej wydano: Alexander przesunął się głębiej w przestrzeń sali redakcyjnej – jak cień, który zapomniał, że ma właściciela – w milczeniu obserwując, jak kobieta wraca do swojego biurka, zaciskając drżące wargi, powleczone lekko rozmazaną szminką. Szum maszyn drukarskich dobiegający z oddali zagłuszał jego kroki. Salę rozdzielały rzędy zagraconych papierami biurek niedopitymi kawami i popielniczkami pełnymi niedopałków papierosów. Przeszedł między nimi, czekając cierpliwie, aż otrzyma odpowiedź na zadane pytanie, zatrzymując się przed biurkiem dziennikarza, który odchrząknął nagle, oparłszy dłonie o blat, jak gdyby chciał pokazać, że różdżka leży poza ich zasięgiem, a on sam jest nieuzbrojony i nie zamierza nikogo atakować.
– Ja... – Mężczyzna wyprostował się na krześle, zanim powtórzył, już pewniej. – Ja. Popieram Czarnego Pana.
Alexander przyjrzał mu się uważnie, zastukawszy w zamyśleniu w drewniany blat biurka. Raz. Dwa. Trzy. Nieszczęścia chodzą parami, przeszło mu nagle przez myśl, ale trzy to dobra liczba, bo wszystko, co dobre, przychodzi trójkami. Przechylił lekko głowę, przypatrując się siedzącemu przed nim mężczyźnie, którego imię i nazwisko przeczytał wcześniej na ozdobnym identyfikatorze przyczepionym do marynarki przewieszonej przez oparcie krzesła. Bardzo gustownej marynarki, co nie umknęło uwadze Mulcibera. Theodore Thackeray Kenway, bo tak się nazywał, nie mógł mieć wiele ponad trzydziestkę: na jego czole dopiero zaczynały się formować zmarszczki, wyglądał na zadbanego, ale nieprzesadnie, twarz pokrywał może kilkudniowy zarost, który przydawał mu wrażenia lekkiej nonszalancji, ale Alex wiedział, że ta nonszalancja jest jedynie pozą. W bystrych, brązowych oczach Kenwaya błyszczała inteligencja. Mulciberowi nie umknęło także lekkie drgnięcie szczęki mężczyzny. Nie potrzeba im było fanatyka, lecz kogoś, kogo pociąga potęga – bo Mulciber widział podziw w jego oczach – typ oportunisty, pomyślał z niechęcią, czyli mam odpowiedniego człowieka na odpowiednim miejscu. Typ adwokata diabła, który tylko czeka na okazję, aby podjąć dyskusję, błyskawicznie wyczuwając intencje rozmówców... Dobrze, że wyczuł, że Alexander nie cierpiał, jak podobni mu cwaniacy za dużo kłapali jadaczkami. Kenway ewidentnie czekał na reakcję Mulcibera, któremu nie umknął pomruk, jaki przeszedł przez redakcję. Spojrzenia pełne niedowierzania. Pogardliwe sarknięcie ociężałego mężczyzny w średnim wieku, który zajmował biurko obok.
– Gratulacje, panie Kenway – powiedział Alexander. Głos, który dobiegał zza pokrywającej jego twarz maski, napawał niepokojem. Po przystojnej twarzy dziennikarza przebiegł cień. – Właśnie awansował pan na nowego redaktora naczelnego Proroka Codziennego.
Kierowany przeczuciem Mulciber zwrócił się w stronę starszego redaktora zajmującego biurko nieco dalej, boks obok: łysiejący mężczyzna poczerwieniał, i otworzył usta, ale Alexander przerwał mu, zanim padło choćby słowo protestu.
– Jako nowy redaktor – ciągnął dalej, stojąc bokiem do Kenwaya, – powinien podkreślić pan zmianę kierunku polityki Proroka. Przede wszystkim czysta krew. – Wbił wzrok w Kenwaya, w którego żyłach na pewno płynęła jakaś lurowata mieszanka krwi czarodziejów. Nie było to istotne. Winy krążące w krwiobiegu można było odkupić wierną służbą. – Wymyśl jakieś dobre hasło. Napiszemy je na ścianie redakcji. – Zachlapując szlamem pomniki dawnej chwały Proroka, dokończył w myślach. – A wy... – odwrócił się do reszty pracowników – ...wy napiszecie manifest o czystości krwi. Na co czekacie?!
– Pierdolę twoją czystą krew – rzucił w odpowiedzi łysiejący czarodziej, zrywając się na równe nogi, aby pochwycić różdżkę, która potoczyła się pod jego biurko. Alexander wycelował w niego swoją różdżką, schyliwszy się, aby osłoniła go ściana pracowniczego boksu.
Jak to wszystko się skończy i go wykrwawi, każe napisać Kenwayowi ma ścianie hasło chwalące Voldemorta krwią tego szlamoluba.
// Który z nas pierwszy rzuci zaklęcie? 1 – Alexander, 2 – dziennikarz.
Rzut 1d2 - 2
---
Arnold Bacon siedział za biurkiem, obracając w rękach niewielkie okulary z okrągłymi szkłami. Wydawał się dziwnie nieobecny, a na jego nalanej twarzy malowała się pustka. Milczał. Milczenie narosło między nim a celującym do niego z różdzki Śmierciożercą jak stos wymagających korekty artykułów na biurku redaktora. Milczenie narosło także między rzędami biurek, jakby jego redakcja – ta święta ostoja wolności słowa, której Bacon był najwyższym kapłanem i strażnikiem zarazem – została nagle zbezczeszczona obecnością ciał i głosów, które mówiły nie w imieniu prawdy, lecz przemocy.
W końcu ocknął się. Zamrugał. Powoli poprawił okulary, które oparł na mięsistym nosie, tylko po to, aby te po chwili znowu osunęły się niżej. Różdżkę trzymał schowaną w dolnej szufladzie biurka, ale nie mógłby jej dosięgnąć nie zwracając przy tym uwagi terrorysty. Siedział więc wyprostowany, rozważając słowa, które przeleciały przed chwilą nad jego głową, w trakcie jednego z wyłączeń, jakie czasem miewał z powodu choroby Milforda, próbując uchwycić zawarty w nich sens.
Sensu nie znajdował. Ale dawno już przestał znajdować go w świecie, który każdego dnia rodził się na nowo, w ludziach, którzy budzili się jako tabula rasa, w historii, która powtarzała się wciąż na nowo, bo nikt nie pamiętał... Nikt, oprócz niego. Bo sir Arnold Bacon pamiętał wszystko.
Utkwił swe mętne oczy w nieruchomej masce Śmierciożercy, zapamiętując zdobiący ją wzór.
– Pamiętam każdą z moich krzyżówek, szanowny panie – odpowiedział, zachowując nienaganne opanowanie. – Wystarczyłby list do redakcji, abym rozwiał pańskie wątpliwości odnośnie poprawności rozwiązania. Proszę, aby postąpił pan tak samo, i rozwiał moje wątpliwości: czym spowodowane jest pańskie najście na siedzibę redakcji? Czy mam wezwać służby? – Urwał na chwilę, unosząc uspokajająco dłonie. – Chciałbym się z panem porozumieć. Zależy mi na zapewnieniu bezpieczeństwa moich pracowników. Jakie są pańskie żądania?
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat