05.02.2023, 17:24 ✶
Łatwo powiedzieć – „nie brać Sauriela na rodzinną Wigilię” i trudniej zrobić, bo przyjedzie taki moment, że będą musieli iść razem na jakąś rodzinną imprezę i co wtedy. Nie wygoni go, wręcz będzie oczekiwany, Chociaż przy Lestrange’ach istniała duża szansa, ze przy stole będzie po prostu sztywno, skoro ponad połowa z nich bujała myślami w jakichś swoich odkryciach naukowych i nie wiedziała co się dzieje jak kazano im usiąść do wspólnego stołu. To bardzo zabawne co powiem, ale Victoria była jedną z tych bardziej przebojowych z rodziny Lestrange – a to już chyba dużo mówiło, skoro wcale nie była duszą towarzystwa ani sercem każdej imprezy.
Nachyliła się lekko do Sauriela, kiedy ją zagadał i była bardzo chętna do tego, żeby się podnieść i ulotnić i wtedy duchy ich przyłapały. W połowie wstawania. I usadziły. Każą słuchać to trzeba słuchać, bo ta dwójka była wyjątkowo namolna, atencyjna i upierdliwa, a chyba nikt z nich nie chciał, żeby się do domu za nimi włóczył duch i robił „blebleble” nad głową, kiedy właśnie się kładziesz spać. Zrozumiała jednak zaproszenie, żeby usiąść bliżej – więc usiadła i niemalże objęła dłońmi swoją butelkę z miodem, wznosząc niemy toast z Saurielem. Tamci się kłócili i opowiadali o swoim życiu, a oni… siedzieli i się gapili. I pili. Victoria jeszcze czasami chrupała ciasteczka, jakie jej przyniósł Rookwood.
Duchy po prostu zniknęły – tak nagle, jak się pojawiły. A Victoria nawet nie była pewna tego, co ostatnio słyszała. Czuła się trochę jak w Hogwarcie na lekcjach z historii magii, gdzie wykładał nauczyciel-duch. Chcesz się skupić, ale za cholerę nie możesz. Sama może nie była aż tak wstawiona, ale czuła, że szumi jej trochę w głowie.
- Co to w ogóle było… - wymamrotała, gapiąc się bez cienia inteligencji przed siebie na groby. Jej różdżka nadal oświetlała im mroki cmentarza. Zamrugała nieprzytomnie. - Daj mi zapalić – stwierdziła w końcu. Tak. Na początku patrzyła się na Sauriela krzywo kiedy wyciągał fajki, ale teraz wręcz poprosiła, żeby jej jedną użyczył. Nie przesłyszałeś się, wampirku. Nawet na niego nie spojrzała.
Nachyliła się lekko do Sauriela, kiedy ją zagadał i była bardzo chętna do tego, żeby się podnieść i ulotnić i wtedy duchy ich przyłapały. W połowie wstawania. I usadziły. Każą słuchać to trzeba słuchać, bo ta dwójka była wyjątkowo namolna, atencyjna i upierdliwa, a chyba nikt z nich nie chciał, żeby się do domu za nimi włóczył duch i robił „blebleble” nad głową, kiedy właśnie się kładziesz spać. Zrozumiała jednak zaproszenie, żeby usiąść bliżej – więc usiadła i niemalże objęła dłońmi swoją butelkę z miodem, wznosząc niemy toast z Saurielem. Tamci się kłócili i opowiadali o swoim życiu, a oni… siedzieli i się gapili. I pili. Victoria jeszcze czasami chrupała ciasteczka, jakie jej przyniósł Rookwood.
Duchy po prostu zniknęły – tak nagle, jak się pojawiły. A Victoria nawet nie była pewna tego, co ostatnio słyszała. Czuła się trochę jak w Hogwarcie na lekcjach z historii magii, gdzie wykładał nauczyciel-duch. Chcesz się skupić, ale za cholerę nie możesz. Sama może nie była aż tak wstawiona, ale czuła, że szumi jej trochę w głowie.
- Co to w ogóle było… - wymamrotała, gapiąc się bez cienia inteligencji przed siebie na groby. Jej różdżka nadal oświetlała im mroki cmentarza. Zamrugała nieprzytomnie. - Daj mi zapalić – stwierdziła w końcu. Tak. Na początku patrzyła się na Sauriela krzywo kiedy wyciągał fajki, ale teraz wręcz poprosiła, żeby jej jedną użyczył. Nie przesłyszałeś się, wampirku. Nawet na niego nie spojrzała.