24.04.2025, 12:32 ✶
Karty były wszystkiemu winne
Karty były winne prawdzie. Karty były winne odsłanianiu tego, co ukryte - były winne tego, że ludzie chcąc poznać swoją przyszłość błędnie interpretowali ich rozkład, a potem próbowali usilnie wpłynąć na bieg wydarzeń, pragnąc uniknąć konsekwencji swoich własnych zachowań. Próbowali zawrócić rzekę i zmienić jej bieg: lecz to było daremne. Czy ktokolwiek kiedykolwiek widział, by rzeka płynęła w górę, ku źródłu, od oceanu?
Życie było zawiłe i kręte tak jak sieć rzek - miało wiele odnóg, koryt i wiło się niczym wąż, podobnież sycząc, jeżeli tylko człowiek postanowił się wsłuchać w szum. Czasem ryczało jak wodospad, a czasem szemrało niczym strumyczek. Płynęło własnym tempem i nie dało się w żaden sposób na nie wpłynąć a wszyscy ci, którzy uważali, że jest to możliwe: byli głupcami.
Czarne, proste włosy przesłaniały bladą twarz, pogrążoną w nieobecności. Na twarzy Cassandry nie widać było skupienia, charakterystycznego dla osób, czytających książki - mimo że przecież jeden gruby, obciągnięty skórą tom dzierżyła w tej chwili w dłoniach. Kartki nie przewracały się jednak od blisko kilkunastu minut, chociaż półprzymknięte powieki sugerowały, że Dolohov była pogrążona w lekturze. A może po prostu odpłynęła myślami gdzieś daleko. Może z powrotem do Rosji? Do swojego drugiego domu, który zostawiła bez mrugnięcia okiem, gdy tylko jej mąż wyzionął ducha. Nie rozmawiała o nim - gdy ktoś pytał, nawet nie zmieniała tematu, tylko wpatrywała się w rozmówcę tak długo nieobecnym wzrokiem, że sam odpuszczał. Nie musiała mówić, że było jej ciężko: nie musiała kłamać, nie musiała szeptać półprawd. Wystarczyło milczeć tak, jak milczała teraz, przysłuchując się wymianie zdań, dochodzącej ze stolika obok. Gdy Lyssa wybuchła, Cassandra nawet nie drgnęła, tak jakby nie dotarł do niej krzyk dziewczyny. Zupełnie tak, jakby echo jej słów nie odbiło się od ścian i nie przedostało się przez kanaliki słuchowe wprost do jej mózgu. Dopiero po krótkiej chwili, gdy ostatnie słowa oskarżenia wybrzmiały dobitnie i donośnie, Dolohov uniosła głowę. Jej duże, szaro-niebieskie oczy przypominające srebrzyste jezioro o mroźnym, zimowym poranku, przesunęły się leniwie z twarzy Lyssy na Peregrinusa. Milczała, dając im przestrzeń do sprzeczek, do obrony - być może do sięgnięcia po przemoc, która przecież nie byłaby niczym nowym w jej życiu. Córka Vakela była tak kompletnie inna od niej samej. Jak ogień i woda. Jedna miotała iskry samym spojrzeniem, druga z kolei pochłaniała swoje ofiary jak jezioro pochłaniało śmiałków, którzy ośmielili się zanurzyć w nim wiedząc, że nie potrafią pływać. Czy ta woda i spokój byłby w stanie ugasić porywczość Lyssy? Nie zamierzała tego sprawdzać. Jej twarz pozostawała nieruchoma, chociaż teraz oczy skierowane były na sylwetkę Trelawneya. Niemalże odruchowo przesunęła opuszkami palców wzdłuż kartki papieru, by ująć jej skrawek i prawie bezszelestnie przewrócić na drugą stronę, nie patrząc na nią.
Karty były winne prawdzie. Karty były winne odsłanianiu tego, co ukryte - były winne tego, że ludzie chcąc poznać swoją przyszłość błędnie interpretowali ich rozkład, a potem próbowali usilnie wpłynąć na bieg wydarzeń, pragnąc uniknąć konsekwencji swoich własnych zachowań. Próbowali zawrócić rzekę i zmienić jej bieg: lecz to było daremne. Czy ktokolwiek kiedykolwiek widział, by rzeka płynęła w górę, ku źródłu, od oceanu?
Życie było zawiłe i kręte tak jak sieć rzek - miało wiele odnóg, koryt i wiło się niczym wąż, podobnież sycząc, jeżeli tylko człowiek postanowił się wsłuchać w szum. Czasem ryczało jak wodospad, a czasem szemrało niczym strumyczek. Płynęło własnym tempem i nie dało się w żaden sposób na nie wpłynąć a wszyscy ci, którzy uważali, że jest to możliwe: byli głupcami.
Czarne, proste włosy przesłaniały bladą twarz, pogrążoną w nieobecności. Na twarzy Cassandry nie widać było skupienia, charakterystycznego dla osób, czytających książki - mimo że przecież jeden gruby, obciągnięty skórą tom dzierżyła w tej chwili w dłoniach. Kartki nie przewracały się jednak od blisko kilkunastu minut, chociaż półprzymknięte powieki sugerowały, że Dolohov była pogrążona w lekturze. A może po prostu odpłynęła myślami gdzieś daleko. Może z powrotem do Rosji? Do swojego drugiego domu, który zostawiła bez mrugnięcia okiem, gdy tylko jej mąż wyzionął ducha. Nie rozmawiała o nim - gdy ktoś pytał, nawet nie zmieniała tematu, tylko wpatrywała się w rozmówcę tak długo nieobecnym wzrokiem, że sam odpuszczał. Nie musiała mówić, że było jej ciężko: nie musiała kłamać, nie musiała szeptać półprawd. Wystarczyło milczeć tak, jak milczała teraz, przysłuchując się wymianie zdań, dochodzącej ze stolika obok. Gdy Lyssa wybuchła, Cassandra nawet nie drgnęła, tak jakby nie dotarł do niej krzyk dziewczyny. Zupełnie tak, jakby echo jej słów nie odbiło się od ścian i nie przedostało się przez kanaliki słuchowe wprost do jej mózgu. Dopiero po krótkiej chwili, gdy ostatnie słowa oskarżenia wybrzmiały dobitnie i donośnie, Dolohov uniosła głowę. Jej duże, szaro-niebieskie oczy przypominające srebrzyste jezioro o mroźnym, zimowym poranku, przesunęły się leniwie z twarzy Lyssy na Peregrinusa. Milczała, dając im przestrzeń do sprzeczek, do obrony - być może do sięgnięcia po przemoc, która przecież nie byłaby niczym nowym w jej życiu. Córka Vakela była tak kompletnie inna od niej samej. Jak ogień i woda. Jedna miotała iskry samym spojrzeniem, druga z kolei pochłaniała swoje ofiary jak jezioro pochłaniało śmiałków, którzy ośmielili się zanurzyć w nim wiedząc, że nie potrafią pływać. Czy ta woda i spokój byłby w stanie ugasić porywczość Lyssy? Nie zamierzała tego sprawdzać. Jej twarz pozostawała nieruchoma, chociaż teraz oczy skierowane były na sylwetkę Trelawneya. Niemalże odruchowo przesunęła opuszkami palców wzdłuż kartki papieru, by ująć jej skrawek i prawie bezszelestnie przewrócić na drugą stronę, nie patrząc na nią.