24.04.2025, 06:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2025, 22:14 przez Lorraine Malfoy.)
Mówili do siebie wiele słów. Mówili bardzo dużo, ale czy słuchali? Lorraine słuchała. Słuchała żalów, słuchała radości. Słuchała utyskiwań, słuchała pytań. Słuchała oskarżeń, słuchała próśb. Zawsze miała dobry słuch. Z powodzeniem odtwarzała zasłyszaną raz melodię, choć nie przepadała za graniem "na ucho", wyżej od improwizacji stawiając precyzję wykonania. W rozmowie dostrajała się do rozmówcy, dostrzegając drobne zmiany w tonie głosie, zanim jeszcze zdążyła je dostrzec w ekspresji twarzy. Czy to nie było naturalne, że otwierała się aż do bólu przed jednym z niewielu ludzi, którym ufała? Przed kimś, kogo traktowała jak ojca niemal, bo kto, jeśli nie ojciec, miałby ją o ochronić przed światem, który był jej nieprzyjazny, nieprzychylny na każdym kroku? Kto miał jej pomóc w manewrowaniu przez annały arystokracji, kiedy jej status pośród tych annałów był tak samo ważny, jak respekt pośród rynsztoktów? Armand nie chciał słyszeć o rodowym dziedzictwie, które utracił. Baldwin nie chciał słyszeć o świecie elit, który porzucił. Anthony nie chciał słyszeć o cieniach życia, którego blask zachwalał.
To kto miał ją usłyszeć?
Nikt.
Zasłuchana, pozwoliła Anthony'emu snuć jego wizję, ale uśmiech, który zagościł na jej twarzy był smutnym uśmiechem. Słowa, które padały teraz z ust Anthony'ego były tak podobne do słów Armanda, kiedy jeszcze była dzieckiem i jak dziecko wierzyła, że jedno słowo ojca wystarczy, aby bohaterowie bajki "żyli długo i szczęśliwie". Tylko że Lorraine nie była już dzieckiem. Przestała wierzyć w szczęśliwe zakończenia zanim przestała jeszcze wierzyć w bajki ojca, a choć nie przestała wierzyć w moc jego słów, wierzyła, że potrzeba czegoś więcej niż czysta retoryka, aby nadać im moc. Widzę i pochwalam to, co lepsze, ale skłaniam się ku gorszemu, kazała wygrawerować na okuciu pozytywki – tak, aby Anthony nie mógł uciec od słów, w których zawierało się zarówno oskarżenie, jak i pociecha – aby nie mogł uciec od nich, tak jak uciekł przed zaklętą w środku melodią.
Bo nie chciał zakręcić korbą pozytywki, a jednak gwizdał melodię, którą wygrywała, niezadowolony, gdy fałsz sceptycyzmu Lorraine wkradł się dysonansem między dźwięki.
Tacy właśnie są ojcowie, pomyślała znużona. Zbyt dumni, aby przyznać się do błędów, zbyt dumni, aby dać swoim dzieciom to, czego sami od nich żądali. Wszyscy jesteśmy tylko dziećmi swoich ojców, zbyt dumnych, aby dostrzec, że wizje, jakie snują, niczym nie różnią się od bajek opowiadanych dzieciom na dobranoc i kołysanek zaklętych w pudłach pozytywek. Może właśnie to jest zwycięstwem tych, których nazywamy ojcami, pomyślała Lorraine, na powrót skupiając spojrzenie na twarzy Anthony'ego. To, że zawsze będziemy ich dziećmi. A może to, że ojcowie zawsze będą bardziej uparci od swych dzieci, które uporu uczyli. Bo pozytywka, którą Lorraine wysłała Anthony'emu, była przecież niczym więcej jak piękną zabawką dla dziecka.
Tylko że nikt nie wysłuchał melodii z pozytywki. Nikt. Miranda miała rację, pomyślała Lorraine, czerpiąc coś na kształt perwersyjnej przyjemności z przywołania wspomnień o kobiecie, którą nazywała matką. Podobną przyjemność musieli czerpać bluźniercy z przywoływania nadaremno imienia bogini Matki. Tylko że naturze bogini leżało wybaczenie, a Miranda nie wybaczała. Nikomu nigdy nic nie mów – powtarzała paranoicznie nawet na łożu śmierci, gdy nie było obok niej nikogo, kto potrzymałby ją za rękę – nikogo oprócz Lorraine. Nikt nie może wiedzieć. Nikomu nie można ufać.
Pod koniec życia miała taką obsesję na puncie przeszukiwania umysłów, że gdy nie dała już rady tego robić, po prostu pogrążyła się w rozpaczy. To, czego nie zdołała zabrać choroba, zabrała rozpacz. Lorraine zastanawiała się czasem, czy nie skończy jak ona. Uzależniona od legilimencji do tego stopnia, że nie będzie w stanie spojrzeć drugiemu człowiekowi w oczy bez pokusy przeczytania jego myśli.
Nieufność wobec wszystkich była tak samo głupia jak ufność wobec wszystkich – nic nie dało się zresztą osiągnąć bez odrobiny ryzyka – Lorraine zgadzała się w tym z Anthonym. Zgadzała się w tym z Armandem. A Armand Malfoy zawsze stawiał w wyścigach na konie, które przegrywały, mawiając, że dokonuje wówczas wyboru poety. Mawiając, że na tym polega prawdziwa kontrola. Sama niedawno powiedziała Lorien, że prawdziwą władzę może mieć tylko ten, kto częściowo popuszcza cugle kontroli, nie tracąc panowania nad koniem. Tylko że tu nigdy nie chodziło o konie. Chodziło o kontrolę. O iluzję kontroli. Armand nie tracił wiele, przegrywając, ale zyskiwał wszystko, wygrywając. Nie chodziło tu o sukces, chodziło o sprawczość. Życie, mawiał Armand, ma w sobie element przypadkowości, a każda decyzja jest jak moneta podrzucana przez przeznaczenie. Podrzuć monetą, Lorraine. Zagraj z przeznaczeniem w orła i reszkę. Dopiero wtedy poczujesz, że naprawdę żyjesz.
Wybór poety. Wybór przegranego konia, wybór przekory, wybór piękna nad skutecznością, wybór serca nad rozsądkiem. Wybory, które z jednej strony ją niszczyły, z drugiej – zapewniały jej integralność.
"Czy nie warto tego przepracować? Czy nie jest to konsekwencja drogi, którą ostatecznie wybrałaś?"
Miała powody, by nie przyjmować protekcji Anthony'ego lata temu. Powody małe i duże, miałkie i głębokie, samolubne i bezinteresowne. "Nie jesteś moim ojcem", rzuciła mu zamiast tego w twarz, gdy postawił przed nią wybór: on albo Nokturn. Wybór niemożliwy, wybór, który zranił ją do żywego, bo jak można kazać komuś wybierać między sercem, a duszą? Wybrała, i nie rozumiała, dlaczego wciąż wracał do tego wyboru, jak gdyby nie był świadom, że nie mogła wybrać inaczej. Jak gdyby nie był świadom, jak wiele kryje się za słowem "Nokturn". Jak gdyby nie był świadom konsekwencji, jakie czekałyby ich obojga, gdyby wybrała inaczej. Bo gdyby wybrała inaczej... Mówił jej o zasadach, a jego propozycja złamałaby wszelkie zasady. Jak on sobie w ogóle wyobrażał ich życie? Co z jej rodziną na Nokturnie? Co z Maeve? Co z tym wszystkim, co zdążyła zbudować przez lata? Już widziała te spojrzenia na salonach, już słyszała szepty. Kim by dla niego wtedy była? Córką czy utrzymanką? Protegowaną czy prostytutką? Malfoy czy Shafiq? Mogłaby rzucić w niego tymi wszystkimi oskarżeniami, którymi on teraz rzucał w nią. Mogłaby, ale tego nie zrobiła.
– Tak wiele zasad. Cały czas tylko te zasady i zasady. – Wreszcie przerwała milczenie Lorraine. – Słuchaj ojca. Kochaj matkę. Dbaj o dobre imię rodu, o swoją reputację, o naszą reputację, o reputację rodziny, bo dobra reputacja raz stracona, nigdy nie może być już odzyskana. – Przechyliła w zamyśleniu głowę, przypatrując się siedzącemu przed nią mężczyznie. – Tylko co, jeżeli wszystkie nauki twojego ojca stoją w sprzeczności z prawidłami pustego towarzystwa? Co, jeśli twój ojciec pogardza tą samą arystokracją, do której każe ci należeć, bo z niej czerpie swoją władzę? Co jeżeli twoja matka nie jest twoją matką? Co jeżeli cię nienawidzi? – Pokręciła delikatnie głową. – Przestrzegaj praw ludzkich, przestrzegaj praw boskich... Zawsze powtarzano mi, że być Malfoyem to znaczy zwyciężać za wszelką cenę. Bezwzględnie przeć do przodu. Nigdy nie klękać. A jednak nauczono mnie klękać przed obliczem bogów. Wyznawać wiarę w Matkę, chroniącą tych, którzy nie mogą zwyciężać wcale. Co jeśli kowen, który każe bronić skrzywdzonych, odwraca wzrok, gdy skrzywdzeni są zbyt ubodzy, by zasługiwać na uwagę? Co jeśli twoja własna rodzina żeruje na nieszczęściu skrzywdzonych i ubogich? – Mogłaby tak wyliczać w nieskończoność. Wybierz odpowiedniego męża, odpowiednią karierę, przywdziej odpowiednią sukienkę, odpowiedni uśmiech. Zachowuj się jak dama. Czaruj jak wila. Cierp jak kobieta. Myśl jak Malfoy. – Co jeśli osoba, którą kochasz, nie jest właściwym wyborem w oczach socjety? Co, jeśli serce wybiera inaczej, niż wymaga tego heraldyka? – Odchyliła się lekko na krześle. – Nieważne, co uczynisz, zawsze złamiesz jakąś zasadę: poświęcasz jedną, aby móc przestrzegać drugiej. – Uśmiechnęła się wymuszenie. – Myślisz, że nie próbowałam ich przestrzegać? Myślisz, że marzyłam o buncie? Że chciałam rzucać wyzwanie światu salonów? Och, Anthony. Mylisz mnie z Baldwinem. – Teraz jej głos zabrzmiał chłodno, bardzo chłodno. – Ja nie rzucałam wyzwań. Ja błagałam, żeby mnie nie zadeptano. Myślisz, że pragnęłam być inna? Że pragnęłam stanąć naprzeciwko wszystkiego, co mi wpojono? Nie, ja pozwalałam po sobie deptać rodzinie – och, gdyby tylko wytarli buty o moją sukienkę, może to znaczyłoby, że przynajmniej jestem ich godna – nie to co mój ojciec! – zakończyła ironicznie. Więc wybacz mi, że nie pozwalam ci przejść po mnie butami, pomyślała, zamrugawszy gwałtownie. Przepracuję to. – Próbowałam przetrwać – dodała, już łagodniej. – Próbowałam się dopasować. Próbowałam grać według zasad. Ich zasad. Twoich zasad. Wszystkich zasad. Nawet tych, których nie rozumiałam. – A potem umarła Miranda, pomyślała, ale nie powiedziała tego na głos. – I wiesz co? Może naprawdę nimi gardzę. Może gardzę tą całą socjetą, bo nic nie wiedzą o cierpieniu, o wyborze, o samotności, która zaczyna się tam, gdzie kończy się nazwisko. Ale o wiele bardziej im zazdroszczę. Bo chciałabym być jak oni. Pusta, przewidywalna, bezpieczna. Ale nigdy nie miałam takiego przywileju. Wciąż trzymam się ochłapów godności jak tylko mogę, a ty masz czelność mówić mi, że jestem wyniosła. Że udaję kogoś lepszego. Że się wywyższam, że się śmieję. – Już się nie śmieję, pomyślała. Mój śmiech został dawno pogrzebany w katakumbach. – Anthony, ja całe życie udawałam, że jestem lepsza, żeby mi nie przypominano, że jestem gorsza. A teraz, kiedy nie udaję, teraz też cię to boli? Złościsz się, kiedy mam podniesioną głowę. Ale złościsz się też, kiedy ją pochylam. Więc powiedz mi, Anthony. Co mam zrobić, żeby pasować? Żeby nie drażnić swoją dumą i nie uwłaczać jej brakiem? Jak bardzo mam się jeszcze zgiąć w pół, żebyś nie poczuł się przy mnie nieswojo? Bo jeśli naprawdę problemem jest to, że udaję zbyt dobrze – to przepraszam. Naprawdę. Przepraszam, że jedyne, co mam, to duma. Przepraszam, że przypominam ci, że pośród arystokratów sam jesteś wyjątkiem, nie regułą. A reguły nie mają sensu, jeżeli istnieją wyjątki. Sam mnie tego uczyłeś. Sam uczyłeś mnie, aby podchodzić krytycznie do tego, co mówią inni. Co myślą. W co wierzą. Bo sam skrycie pogardzasz wartościami, które wyznają. Bo co to niby za wartości, które mają przetrwać pokolenia, jeśli nie ma w nich miejsca na jedną nieidealną córkę?
Zmarszczyła lekko brwi, gdy Anthony odniósł się do ich kłótni sprzed lat. Więc to cię jednak dotknęło, pomyślała. A więc moje słowa mają w sobie wystarczającą moc, by cię to dotknęło. Dotknąć musiały go jej listy. Zwłaszcza tej jeden list... Gdyby tylko wiedział jak okrutny był list, który wysłała w tym samym czasie do Baldwina. Gdyby wiedział, jak okrutne słowa padły między nimi z powodu tego, jak to ujął, "nieszczęsnego remontu". Gdyby wiedział, nie wyrzucałby jej teraz okrucieństwa. Bo jak Anthony śmiał kpić z krwi, która barwiła jego ściany? Z krwi tak drogiej – bo drogi był jej ten, w którego żyłach płynęła. Nie, Anthony nie miał prawa kpić z Baldwina. Nie gdy Lorraine była gotowa bronić Baldwina za cenę własnego życia. Kto inny miał go bronić, jeśli nie ona? "Wiedz bowiem, że jeżeli kto uczyni Ci jaki despekt – zelży, potraktuje z góry, wyśmieje – będę pierwszą, która stanie w Twojej obronie", pisała Baldwinowi. Nie mogła pozwolić na to, aby ktoś wykorzystał go tak jak Armand. A jednak, Baldwin nie miał prawa obrażać Anthony'ego. Być może nie rozumiał, jak ważne miejsce zajmuje w sercu Lorraine. Być może nie rozumiał tego sam Anthony. "Anthony jest mi drogi, bardzo drogi", pisała Baldwinowi, a ręka drżała jej przy pisaniu, bo tak jak nie potrafiła i nie chciała Anthony'emu wyjaśniać natury swej relacji z Baldwinem, tak Baldwinowi nie potrafiła i nie chciała wyjaśniać natury swej relacji z Anthony'm.
Obaj wyleli na nią wtedy swoje frustracje, Baldwin – pełen pompatycznego patosu, Anthony – ironicznego dystansu. Obaj zdecydowali się wykpić jej szczere intencje. Obaj ją wtedy zawiedli.
Obaj ją zranili.
Obaj ją zranili, choć nie w sposób, w jaki spodziewali się ją zranić.
Galeony i freski, status majątkowy i artystyczne wrażliwości... Wszystkie były tylko pierdoloną wymówką. Wygodną wymówką. Wymówką, dzięki której nie musiała zmierzyć się z tym, co trapiło ją najbardziej: nie potrafiła pogodzić Anthony'ego i Baldwina, bo należeli do różnych światów. Światów, które nie miały prawa współistnieć. To raniło Lorraine najbardziej, to też stanowiło sedno jej dzisiejszej rozmowy z Anthony'm. Chcąc należeć do obu tych światów, nie należała do żadnego. I jeden i drugi ją przecież odrzucał. I jeden i drugi ją ranił.
Więc pokazała im.
Zraniła i jednego, i drugiego.
Szkoda tylko, że raniąc tych, których kochała, najbardziej raniła samą siebie.
Ale im pokazałaś, Lorraine. Ale im wszystkim, kurwa, pokazałaś.
Armand... Ojciec byłby z niej taki dumny.
W końcu dokonywała wyboru poety.
– Nie jesteś moim ojcem. Nie chcę, żebyś był moim ojcem. – Tak wiele bólu było w tych słowach, że ledwo przeszły jej przez gardło. Ból pozostał niewypowiedziany. Ból, który łączył ją i Armanda, był bólem, którego nikt poza nimi nie mógłby zrozumieć. – Ale ja jestem twoją córką. Ja... – Westchnęła, wyzuta z wszystkiego, nawet ze wstydu.
"Cóż więc ma robić środowisko? Przyklasnąć ci? Iść za tobą? Kłaniać się w pas wobec kobiety, która jawnie wyśmiewa sposób ich życia i wartości, którymi się kierują?"
– Nie jestem kobietą, Anthony – powiedziała miękko Lorraine – tylko wilą.
Tego wyboru dokonała już dawno temu.
– Masz mnie. A ja mam tylko jeden warunek, zanim się zgodzę... Zgodzę się na wszystko, Anthony.
Dostał to czego chciał. Dostał swoją wilę do kolekcji. Dostał jej przywiązanie bez oczekiwania na jego wzajemność, dostał jej oddanie bez jego gwarancji odwzajemnienia. "Tak, Anthony. Oczywiście, Anthony. Będzie jak chcesz, Anthony." Dostał jej serce na talerzu. Miała nadzieję, że było słodkie, pomyślała, spuściwszy oczy, słodsze od polanych czekoladą pralin, które wciąż piętrzyły się przed nią na paterze. Miała nadzieję, że było tak słodkie, że go zemdliło. Jej już było wszystko jedno. Życie straciło dla Lorraine smak zanim jeszcze poznała Anthony'ego.
Spojrzała na niego spod rzęs. Myślał pewnie, że się nie zgodzi. Głupiec. Jej kochany, kochany głupiec.
To kto miał ją usłyszeć?
Nikt.
Zasłuchana, pozwoliła Anthony'emu snuć jego wizję, ale uśmiech, który zagościł na jej twarzy był smutnym uśmiechem. Słowa, które padały teraz z ust Anthony'ego były tak podobne do słów Armanda, kiedy jeszcze była dzieckiem i jak dziecko wierzyła, że jedno słowo ojca wystarczy, aby bohaterowie bajki "żyli długo i szczęśliwie". Tylko że Lorraine nie była już dzieckiem. Przestała wierzyć w szczęśliwe zakończenia zanim przestała jeszcze wierzyć w bajki ojca, a choć nie przestała wierzyć w moc jego słów, wierzyła, że potrzeba czegoś więcej niż czysta retoryka, aby nadać im moc. Widzę i pochwalam to, co lepsze, ale skłaniam się ku gorszemu, kazała wygrawerować na okuciu pozytywki – tak, aby Anthony nie mógł uciec od słów, w których zawierało się zarówno oskarżenie, jak i pociecha – aby nie mogł uciec od nich, tak jak uciekł przed zaklętą w środku melodią.
Bo nie chciał zakręcić korbą pozytywki, a jednak gwizdał melodię, którą wygrywała, niezadowolony, gdy fałsz sceptycyzmu Lorraine wkradł się dysonansem między dźwięki.
Tacy właśnie są ojcowie, pomyślała znużona. Zbyt dumni, aby przyznać się do błędów, zbyt dumni, aby dać swoim dzieciom to, czego sami od nich żądali. Wszyscy jesteśmy tylko dziećmi swoich ojców, zbyt dumnych, aby dostrzec, że wizje, jakie snują, niczym nie różnią się od bajek opowiadanych dzieciom na dobranoc i kołysanek zaklętych w pudłach pozytywek. Może właśnie to jest zwycięstwem tych, których nazywamy ojcami, pomyślała Lorraine, na powrót skupiając spojrzenie na twarzy Anthony'ego. To, że zawsze będziemy ich dziećmi. A może to, że ojcowie zawsze będą bardziej uparci od swych dzieci, które uporu uczyli. Bo pozytywka, którą Lorraine wysłała Anthony'emu, była przecież niczym więcej jak piękną zabawką dla dziecka.
Tylko że nikt nie wysłuchał melodii z pozytywki. Nikt. Miranda miała rację, pomyślała Lorraine, czerpiąc coś na kształt perwersyjnej przyjemności z przywołania wspomnień o kobiecie, którą nazywała matką. Podobną przyjemność musieli czerpać bluźniercy z przywoływania nadaremno imienia bogini Matki. Tylko że naturze bogini leżało wybaczenie, a Miranda nie wybaczała. Nikomu nigdy nic nie mów – powtarzała paranoicznie nawet na łożu śmierci, gdy nie było obok niej nikogo, kto potrzymałby ją za rękę – nikogo oprócz Lorraine. Nikt nie może wiedzieć. Nikomu nie można ufać.
Pod koniec życia miała taką obsesję na puncie przeszukiwania umysłów, że gdy nie dała już rady tego robić, po prostu pogrążyła się w rozpaczy. To, czego nie zdołała zabrać choroba, zabrała rozpacz. Lorraine zastanawiała się czasem, czy nie skończy jak ona. Uzależniona od legilimencji do tego stopnia, że nie będzie w stanie spojrzeć drugiemu człowiekowi w oczy bez pokusy przeczytania jego myśli.
Nieufność wobec wszystkich była tak samo głupia jak ufność wobec wszystkich – nic nie dało się zresztą osiągnąć bez odrobiny ryzyka – Lorraine zgadzała się w tym z Anthonym. Zgadzała się w tym z Armandem. A Armand Malfoy zawsze stawiał w wyścigach na konie, które przegrywały, mawiając, że dokonuje wówczas wyboru poety. Mawiając, że na tym polega prawdziwa kontrola. Sama niedawno powiedziała Lorien, że prawdziwą władzę może mieć tylko ten, kto częściowo popuszcza cugle kontroli, nie tracąc panowania nad koniem. Tylko że tu nigdy nie chodziło o konie. Chodziło o kontrolę. O iluzję kontroli. Armand nie tracił wiele, przegrywając, ale zyskiwał wszystko, wygrywając. Nie chodziło tu o sukces, chodziło o sprawczość. Życie, mawiał Armand, ma w sobie element przypadkowości, a każda decyzja jest jak moneta podrzucana przez przeznaczenie. Podrzuć monetą, Lorraine. Zagraj z przeznaczeniem w orła i reszkę. Dopiero wtedy poczujesz, że naprawdę żyjesz.
Wybór poety. Wybór przegranego konia, wybór przekory, wybór piękna nad skutecznością, wybór serca nad rozsądkiem. Wybory, które z jednej strony ją niszczyły, z drugiej – zapewniały jej integralność.
"Czy nie warto tego przepracować? Czy nie jest to konsekwencja drogi, którą ostatecznie wybrałaś?"
Miała powody, by nie przyjmować protekcji Anthony'ego lata temu. Powody małe i duże, miałkie i głębokie, samolubne i bezinteresowne. "Nie jesteś moim ojcem", rzuciła mu zamiast tego w twarz, gdy postawił przed nią wybór: on albo Nokturn. Wybór niemożliwy, wybór, który zranił ją do żywego, bo jak można kazać komuś wybierać między sercem, a duszą? Wybrała, i nie rozumiała, dlaczego wciąż wracał do tego wyboru, jak gdyby nie był świadom, że nie mogła wybrać inaczej. Jak gdyby nie był świadom, jak wiele kryje się za słowem "Nokturn". Jak gdyby nie był świadom konsekwencji, jakie czekałyby ich obojga, gdyby wybrała inaczej. Bo gdyby wybrała inaczej... Mówił jej o zasadach, a jego propozycja złamałaby wszelkie zasady. Jak on sobie w ogóle wyobrażał ich życie? Co z jej rodziną na Nokturnie? Co z Maeve? Co z tym wszystkim, co zdążyła zbudować przez lata? Już widziała te spojrzenia na salonach, już słyszała szepty. Kim by dla niego wtedy była? Córką czy utrzymanką? Protegowaną czy prostytutką? Malfoy czy Shafiq? Mogłaby rzucić w niego tymi wszystkimi oskarżeniami, którymi on teraz rzucał w nią. Mogłaby, ale tego nie zrobiła.
– Tak wiele zasad. Cały czas tylko te zasady i zasady. – Wreszcie przerwała milczenie Lorraine. – Słuchaj ojca. Kochaj matkę. Dbaj o dobre imię rodu, o swoją reputację, o naszą reputację, o reputację rodziny, bo dobra reputacja raz stracona, nigdy nie może być już odzyskana. – Przechyliła w zamyśleniu głowę, przypatrując się siedzącemu przed nią mężczyznie. – Tylko co, jeżeli wszystkie nauki twojego ojca stoją w sprzeczności z prawidłami pustego towarzystwa? Co, jeśli twój ojciec pogardza tą samą arystokracją, do której każe ci należeć, bo z niej czerpie swoją władzę? Co jeżeli twoja matka nie jest twoją matką? Co jeżeli cię nienawidzi? – Pokręciła delikatnie głową. – Przestrzegaj praw ludzkich, przestrzegaj praw boskich... Zawsze powtarzano mi, że być Malfoyem to znaczy zwyciężać za wszelką cenę. Bezwzględnie przeć do przodu. Nigdy nie klękać. A jednak nauczono mnie klękać przed obliczem bogów. Wyznawać wiarę w Matkę, chroniącą tych, którzy nie mogą zwyciężać wcale. Co jeśli kowen, który każe bronić skrzywdzonych, odwraca wzrok, gdy skrzywdzeni są zbyt ubodzy, by zasługiwać na uwagę? Co jeśli twoja własna rodzina żeruje na nieszczęściu skrzywdzonych i ubogich? – Mogłaby tak wyliczać w nieskończoność. Wybierz odpowiedniego męża, odpowiednią karierę, przywdziej odpowiednią sukienkę, odpowiedni uśmiech. Zachowuj się jak dama. Czaruj jak wila. Cierp jak kobieta. Myśl jak Malfoy. – Co jeśli osoba, którą kochasz, nie jest właściwym wyborem w oczach socjety? Co, jeśli serce wybiera inaczej, niż wymaga tego heraldyka? – Odchyliła się lekko na krześle. – Nieważne, co uczynisz, zawsze złamiesz jakąś zasadę: poświęcasz jedną, aby móc przestrzegać drugiej. – Uśmiechnęła się wymuszenie. – Myślisz, że nie próbowałam ich przestrzegać? Myślisz, że marzyłam o buncie? Że chciałam rzucać wyzwanie światu salonów? Och, Anthony. Mylisz mnie z Baldwinem. – Teraz jej głos zabrzmiał chłodno, bardzo chłodno. – Ja nie rzucałam wyzwań. Ja błagałam, żeby mnie nie zadeptano. Myślisz, że pragnęłam być inna? Że pragnęłam stanąć naprzeciwko wszystkiego, co mi wpojono? Nie, ja pozwalałam po sobie deptać rodzinie – och, gdyby tylko wytarli buty o moją sukienkę, może to znaczyłoby, że przynajmniej jestem ich godna – nie to co mój ojciec! – zakończyła ironicznie. Więc wybacz mi, że nie pozwalam ci przejść po mnie butami, pomyślała, zamrugawszy gwałtownie. Przepracuję to. – Próbowałam przetrwać – dodała, już łagodniej. – Próbowałam się dopasować. Próbowałam grać według zasad. Ich zasad. Twoich zasad. Wszystkich zasad. Nawet tych, których nie rozumiałam. – A potem umarła Miranda, pomyślała, ale nie powiedziała tego na głos. – I wiesz co? Może naprawdę nimi gardzę. Może gardzę tą całą socjetą, bo nic nie wiedzą o cierpieniu, o wyborze, o samotności, która zaczyna się tam, gdzie kończy się nazwisko. Ale o wiele bardziej im zazdroszczę. Bo chciałabym być jak oni. Pusta, przewidywalna, bezpieczna. Ale nigdy nie miałam takiego przywileju. Wciąż trzymam się ochłapów godności jak tylko mogę, a ty masz czelność mówić mi, że jestem wyniosła. Że udaję kogoś lepszego. Że się wywyższam, że się śmieję. – Już się nie śmieję, pomyślała. Mój śmiech został dawno pogrzebany w katakumbach. – Anthony, ja całe życie udawałam, że jestem lepsza, żeby mi nie przypominano, że jestem gorsza. A teraz, kiedy nie udaję, teraz też cię to boli? Złościsz się, kiedy mam podniesioną głowę. Ale złościsz się też, kiedy ją pochylam. Więc powiedz mi, Anthony. Co mam zrobić, żeby pasować? Żeby nie drażnić swoją dumą i nie uwłaczać jej brakiem? Jak bardzo mam się jeszcze zgiąć w pół, żebyś nie poczuł się przy mnie nieswojo? Bo jeśli naprawdę problemem jest to, że udaję zbyt dobrze – to przepraszam. Naprawdę. Przepraszam, że jedyne, co mam, to duma. Przepraszam, że przypominam ci, że pośród arystokratów sam jesteś wyjątkiem, nie regułą. A reguły nie mają sensu, jeżeli istnieją wyjątki. Sam mnie tego uczyłeś. Sam uczyłeś mnie, aby podchodzić krytycznie do tego, co mówią inni. Co myślą. W co wierzą. Bo sam skrycie pogardzasz wartościami, które wyznają. Bo co to niby za wartości, które mają przetrwać pokolenia, jeśli nie ma w nich miejsca na jedną nieidealną córkę?
Zmarszczyła lekko brwi, gdy Anthony odniósł się do ich kłótni sprzed lat. Więc to cię jednak dotknęło, pomyślała. A więc moje słowa mają w sobie wystarczającą moc, by cię to dotknęło. Dotknąć musiały go jej listy. Zwłaszcza tej jeden list... Gdyby tylko wiedział jak okrutny był list, który wysłała w tym samym czasie do Baldwina. Gdyby wiedział, jak okrutne słowa padły między nimi z powodu tego, jak to ujął, "nieszczęsnego remontu". Gdyby wiedział, nie wyrzucałby jej teraz okrucieństwa. Bo jak Anthony śmiał kpić z krwi, która barwiła jego ściany? Z krwi tak drogiej – bo drogi był jej ten, w którego żyłach płynęła. Nie, Anthony nie miał prawa kpić z Baldwina. Nie gdy Lorraine była gotowa bronić Baldwina za cenę własnego życia. Kto inny miał go bronić, jeśli nie ona? "Wiedz bowiem, że jeżeli kto uczyni Ci jaki despekt – zelży, potraktuje z góry, wyśmieje – będę pierwszą, która stanie w Twojej obronie", pisała Baldwinowi. Nie mogła pozwolić na to, aby ktoś wykorzystał go tak jak Armand. A jednak, Baldwin nie miał prawa obrażać Anthony'ego. Być może nie rozumiał, jak ważne miejsce zajmuje w sercu Lorraine. Być może nie rozumiał tego sam Anthony. "Anthony jest mi drogi, bardzo drogi", pisała Baldwinowi, a ręka drżała jej przy pisaniu, bo tak jak nie potrafiła i nie chciała Anthony'emu wyjaśniać natury swej relacji z Baldwinem, tak Baldwinowi nie potrafiła i nie chciała wyjaśniać natury swej relacji z Anthony'm.
Obaj wyleli na nią wtedy swoje frustracje, Baldwin – pełen pompatycznego patosu, Anthony – ironicznego dystansu. Obaj zdecydowali się wykpić jej szczere intencje. Obaj ją wtedy zawiedli.
Obaj ją zranili.
Obaj ją zranili, choć nie w sposób, w jaki spodziewali się ją zranić.
Galeony i freski, status majątkowy i artystyczne wrażliwości... Wszystkie były tylko pierdoloną wymówką. Wygodną wymówką. Wymówką, dzięki której nie musiała zmierzyć się z tym, co trapiło ją najbardziej: nie potrafiła pogodzić Anthony'ego i Baldwina, bo należeli do różnych światów. Światów, które nie miały prawa współistnieć. To raniło Lorraine najbardziej, to też stanowiło sedno jej dzisiejszej rozmowy z Anthony'm. Chcąc należeć do obu tych światów, nie należała do żadnego. I jeden i drugi ją przecież odrzucał. I jeden i drugi ją ranił.
Więc pokazała im.
Zraniła i jednego, i drugiego.
Szkoda tylko, że raniąc tych, których kochała, najbardziej raniła samą siebie.
Ale im pokazałaś, Lorraine. Ale im wszystkim, kurwa, pokazałaś.
Armand... Ojciec byłby z niej taki dumny.
W końcu dokonywała wyboru poety.
– Nie jesteś moim ojcem. Nie chcę, żebyś był moim ojcem. – Tak wiele bólu było w tych słowach, że ledwo przeszły jej przez gardło. Ból pozostał niewypowiedziany. Ból, który łączył ją i Armanda, był bólem, którego nikt poza nimi nie mógłby zrozumieć. – Ale ja jestem twoją córką. Ja... – Westchnęła, wyzuta z wszystkiego, nawet ze wstydu.
"Cóż więc ma robić środowisko? Przyklasnąć ci? Iść za tobą? Kłaniać się w pas wobec kobiety, która jawnie wyśmiewa sposób ich życia i wartości, którymi się kierują?"
– Nie jestem kobietą, Anthony – powiedziała miękko Lorraine – tylko wilą.
Tego wyboru dokonała już dawno temu.
– Masz mnie. A ja mam tylko jeden warunek, zanim się zgodzę... Zgodzę się na wszystko, Anthony.
Dostał to czego chciał. Dostał swoją wilę do kolekcji. Dostał jej przywiązanie bez oczekiwania na jego wzajemność, dostał jej oddanie bez jego gwarancji odwzajemnienia. "Tak, Anthony. Oczywiście, Anthony. Będzie jak chcesz, Anthony." Dostał jej serce na talerzu. Miała nadzieję, że było słodkie, pomyślała, spuściwszy oczy, słodsze od polanych czekoladą pralin, które wciąż piętrzyły się przed nią na paterze. Miała nadzieję, że było tak słodkie, że go zemdliło. Jej już było wszystko jedno. Życie straciło dla Lorraine smak zanim jeszcze poznała Anthony'ego.
Spojrzała na niego spod rzęs. Myślał pewnie, że się nie zgodzi. Głupiec. Jej kochany, kochany głupiec.