17.04.2025, 13:54 ✶
Opuszki palców, które dotykały wnętrza dłoni sekundę za długo. Przymknięte powieki, przesłaniające smutny błękit kilka ziarenek piasku dłużej. Kącik ust uniesiony o dwa milimetry, uniesiony nieuprawnioną nadzieją. To było szaleństwo, to był krok przeczący wszelkiej rutynie wydeptanej ścieżkami dziesięcioleci. To było wspomnienie mrowienia własnych warg odciśniętych na cienkiej materii rękawiczki, która wcześniej skrywała jej smukłą dłoń. Już za chwilę… już za moment te oczy znikną, twarz rozmyje się w bólu kary, która niechybnie będzie go czekać od obrażonego bożka. Już niedługo.
Not yet – ułożył wargi w niemym poleceniu, a potem ostry nóż delikatnie naciął jej gładką skórę, choć ostrze momentalnie odstąpiło od porcelanowej bieli, gdy tylko pojawiła się krew – w końcu nasycony wampir był jej pełen. Jej szczęście, w jego nieszczęściu.
– Cóż za przypadek… – tym razem nadał głos swoim słowom. – Ofiara może być kompletna skoro krwawi, ale trudno w tej sytuacji umieścić ją na należnym miejscu. W jedynym słusznym dla niej miejscu – z przyganą w głosie zwrócił się do posągu, samemu zaś z pleców ściągając bogato zdobioną kurtę i rzucając ją niedbale na ziemię, rozwiązując mankiety i podwijając je tak, aby odsłonić własne przedramiona, jakby nie był szlachcicem a rzeźnikiem, który przypadkiem zapomniał swojego roboczego kaftana. Pozornie zobojętniały, ale można było zobaczyć napięcie jego ciała gotowego do walki, gdy będzie to potrzebne.
Gdy tylko różane gałęzie z szelestem liści zaczęły się z ociąganiem rozluźniać, złapał rękojeść rytualnego noża mocniej, stając tuż obok Lucy, tak że jego własny winny oddech zdawał się bardziej realny od duchoty podziemnych krzewów. Przed nią rozpościerało się skąpane w mroku wyjście, tuż za upuszczoną złotą maską. Przed nim przeciwnik, który lada moment przekona się o podstępie. Złapał ją za rękę, jakby chciał przymierzyć się do dobrego cięcia, może nazbyt samolubnie pragnąc tylko skraść ostatni moment tej unikatowej przyjemności, którą był dotyk ciała o tej samej temperaturze, spróbować zapamiętać jej zapach, jakby miała to byś ostatnia rzecz, którą miałby czuć. Zamknął na moment oczy, ponownie przykładając lśniący metal do jej ciała, jakby miał krok od plugawego ołtarza zacząć rytuał.
A potem ścisnął jej rękę mocniej, po czym zdecydowanie wypchnął ją z dywanu kolczatych gałęzi, postępując krok w miejsce, w którym przed chwilą była. Jednocześnie zatopił nóż we własną skórę, zanurzając się pod nią, oddzielając cały płat od podłużnych mięśni. Kupował jej czas, gdy kolczaste wici na ślepo zaczęły oplatać jego łydki i uda, sycąc się gęstą, oszczędnie skapującą ku liściom wampirzą krwią.
– Teraz… – wydusił z siebie, nie oglądając się wcale, a kontynuując bezwzględnie cięcie – Biegnij. BIEGNIJ! – Krzyknął w końcu, nie patrząc na nią, nie mając jak upewnić się, czy słodki pąk zawalczył o siebie. Zamiast tego skupiał się na próbie zachowania świadomości w bólu wsuwających się zachłannie w rozcięcie na przedramieniu łodyżek i kolców spragnionych roślin, niepomnych na fakt, że nie tym wampirem miały się nasycić.
Not yet – ułożył wargi w niemym poleceniu, a potem ostry nóż delikatnie naciął jej gładką skórę, choć ostrze momentalnie odstąpiło od porcelanowej bieli, gdy tylko pojawiła się krew – w końcu nasycony wampir był jej pełen. Jej szczęście, w jego nieszczęściu.
– Cóż za przypadek… – tym razem nadał głos swoim słowom. – Ofiara może być kompletna skoro krwawi, ale trudno w tej sytuacji umieścić ją na należnym miejscu. W jedynym słusznym dla niej miejscu – z przyganą w głosie zwrócił się do posągu, samemu zaś z pleców ściągając bogato zdobioną kurtę i rzucając ją niedbale na ziemię, rozwiązując mankiety i podwijając je tak, aby odsłonić własne przedramiona, jakby nie był szlachcicem a rzeźnikiem, który przypadkiem zapomniał swojego roboczego kaftana. Pozornie zobojętniały, ale można było zobaczyć napięcie jego ciała gotowego do walki, gdy będzie to potrzebne.
Gdy tylko różane gałęzie z szelestem liści zaczęły się z ociąganiem rozluźniać, złapał rękojeść rytualnego noża mocniej, stając tuż obok Lucy, tak że jego własny winny oddech zdawał się bardziej realny od duchoty podziemnych krzewów. Przed nią rozpościerało się skąpane w mroku wyjście, tuż za upuszczoną złotą maską. Przed nim przeciwnik, który lada moment przekona się o podstępie. Złapał ją za rękę, jakby chciał przymierzyć się do dobrego cięcia, może nazbyt samolubnie pragnąc tylko skraść ostatni moment tej unikatowej przyjemności, którą był dotyk ciała o tej samej temperaturze, spróbować zapamiętać jej zapach, jakby miała to byś ostatnia rzecz, którą miałby czuć. Zamknął na moment oczy, ponownie przykładając lśniący metal do jej ciała, jakby miał krok od plugawego ołtarza zacząć rytuał.
A potem ścisnął jej rękę mocniej, po czym zdecydowanie wypchnął ją z dywanu kolczatych gałęzi, postępując krok w miejsce, w którym przed chwilą była. Jednocześnie zatopił nóż we własną skórę, zanurzając się pod nią, oddzielając cały płat od podłużnych mięśni. Kupował jej czas, gdy kolczaste wici na ślepo zaczęły oplatać jego łydki i uda, sycąc się gęstą, oszczędnie skapującą ku liściom wampirzą krwią.
– Teraz… – wydusił z siebie, nie oglądając się wcale, a kontynuując bezwzględnie cięcie – Biegnij. BIEGNIJ! – Krzyknął w końcu, nie patrząc na nią, nie mając jak upewnić się, czy słodki pąk zawalczył o siebie. Zamiast tego skupiał się na próbie zachowania świadomości w bólu wsuwających się zachłannie w rozcięcie na przedramieniu łodyżek i kolców spragnionych roślin, niepomnych na fakt, że nie tym wampirem miały się nasycić.