15.04.2025, 13:24 ✶
Mówili do siebie dużo słów. Mówili bardzo dużo, ale czasem nie było dobrą poradą dla osób skłóconych, by mówiły zbyt wiele, skoro do tej pory nie nauczyły się jak mówić. Skłóconych? Czy tacy teraz byli. Słyszał jej żal, ale nie był w stanie pojąć jej rozgoryczenia. Wraz z tym brakiem zrozumienia pojawiła się w nim także irytacja, rozdrażnienie, jak świąd pod łopatką, które nieco zaburzało klarowność myśli, a jednocześnie nie było boleścią definiującą marny żywot.
Zignorował oskarżenia. Kolejne oskarżenia. Oddzielił od pytań chwasty utyskiwania, do tego jeszcze mogli wrócić. Za moment.
Jak daleko mogliby się usadowić na kręgu jungowskich archetypów? On władca. On buntownik. Porządek i chaos. Zasady i ich gwałtowne, ostentacyjne odrzucenie. Tylko wspólny cel mógł znów ich połączyć. Wspólna wartość, dbanie o ludzi. Ten cel istniał, widniał na horyzoncie, tylko czemu słowa jak dzikie, pokryte kolcami krzewy obrastały ich coraz mocniej?
– Zapraszam do tej współpracy, do syndykatu ludzi, którym ufam. W których intencje wierzę. Którzy mają powody, aby chcieć zakończyć konflikt każdą z możliwych dróg. Ci ludzie jednak, których interesy są ze sobą powiązane, nie muszą o sobie wiedzieć wzajemnie, chociażby dla własnego bezpieczeństwa zakładam. Chciałbym uczynić Eden Malfoy osobą, która znałaby wszystkie te ścieżki, ale przed nią i jej opinią nie muszę Ciebie chronić, bo znasz je lepiej niż ktokolwiek inny.
Pytam o to kim Ty chcesz być, bowiem nikomu nie muszę zdradzać Twoich sekretów. To nie kult na którego ołtarzu składasz swoje życie, a każdy wie wszystko o każdym. To zbiorowość, którą łączy wspólny cel, a ja i... być może Eden jeśli się zgodzi, będziemy znali topografię tych zależności i splotów. Możesz więc nie zmieniać nic w naszym bieżącym układzie. Informować mnie czasem. Dawać znać, że potrzebujesz jakiś zasobów. Możesz też sięgnąć po więcej, pozostać anonimowym głosem Nokturnu, który w jakimś zakresie dostaje to o co prosi, przepływem zasobów i informacji z innych źródeł. Możesz być osobą, która umożliwia pozostałym odpowiedzenie na potrzeby Twojego środowiska tak, aby nasza sprawa, a nie machinacje Voldemorta rozogniały ludzi. Ja wierzę, że potrzebujemy silnej społeczności i tylko tak będziemy w stanie odeprzeć tą zarazę, jaką są śmierciożercy. Wypchnąć ją z krwioobiegu miasta. Voldemort gra strachem, przemocą, a ja potrzebuję Nokturnu, potrzebuje Ciebie, aby nie dopuścić do sprzymierzenia się tego szaleńca z podziemiem. Gdybym był nim, szukałbym zasilenia wśród porzuconych i zapomnianych, którym da się do ręki uzasadnienie przemocy. – Przemawiał spokojnie, klarując jej swoją wizję, rozmach z jakim myślał o ludziach, choć ktoś oczywiście mógłby zarzucić mu, że wcale nie zależy mu na ludziach a na strefie wpływów. Całkiem sporo ktosiów. Dlatego dotarcie do Nokturnu było takie trudne, nie zamierzał jednak zbędnie tego ukwiecać. Cel uświęcał środki, a Anthony... był zmęczony.
– A jednak, ja nie chcę niczego Ci narzucać, odrobiłem swoją lekcję, przy poprzedniej mojej propozycji, w której gwałtem według Ciebie chciałem narzucić Ci inną drogę niż tą, którą dla siebie umyśliłaś. – powtórzył, a w jego spokojny ton wkradła się gorycz. Duszna, ciężka pigułka, którą przeszło mu przełknąć lata temu, a która wciąż całkiem możliwie krążyła w jego żyłach. – I tak. Masz mnie. Dalej mogę ofiarować Ci pomoc szwadronu adwokatów w ramach potrzeby, poruszyłbym wszystkie znajomości w Wizengamocie, gdyby było to potrzebne, ale... Lorraine, ochrona przed opinią innych? Mogę sprawić, że nikt kpiąco się przy Tobie nie uśmiechnie, nie zmienię jednak serc i głowy. Czy nie warto tego przepracować? Czy nie jest to konsekwencja drogi, którą ostatecznie wybrałaś? Z dumą gardzisz zasadami, którymi kieruje się świat salonów, uważając się za lepszą od każdej osoby przemieszczającej się marmurowymi korytarzami. Za osobą, która jest ponad te zasady. Cóż więc ma robić środowisko? Przyklasnąć Ci? Iść za Tobą? Kłaniać się w pas wobec kobiety, która jawnie wyśmiewa sposób ich życia i wartości, którymi się kierują? Cóż mam zrobić ja, kiedy tak często punktujesz mi, że Cię nie szanuję, że drwię z Ciebie i Twojego braku majątku, gdy nawet nie było to moją intencją jak wtedy, przy tym nieszczęsnym remoncie? – Uniósł brwi ku górze, zdając sobie sprawę jak bardzo przypominali siebie czasem w tej bucie, w ostrej alergicznej reakcji tak ów malarzyna jak i siedząca przed nim niewiasta. Był bardziej niż pewien, że gdyby okoliczności ich poznania były inne, gdyby nie spotkał jej na recitalu, w cichym szepcie rodowej bibliotece, był pewien, że gardziłaby nim tak samo jak ów Baldwin, oburzony drobnym nieporozumieniem, jakby sam fakt posiadania przez Anthony'ego majątku był dla niego obrazą.
Zignorował oskarżenia. Kolejne oskarżenia. Oddzielił od pytań chwasty utyskiwania, do tego jeszcze mogli wrócić. Za moment.
Jak daleko mogliby się usadowić na kręgu jungowskich archetypów? On władca. On buntownik. Porządek i chaos. Zasady i ich gwałtowne, ostentacyjne odrzucenie. Tylko wspólny cel mógł znów ich połączyć. Wspólna wartość, dbanie o ludzi. Ten cel istniał, widniał na horyzoncie, tylko czemu słowa jak dzikie, pokryte kolcami krzewy obrastały ich coraz mocniej?
– Zapraszam do tej współpracy, do syndykatu ludzi, którym ufam. W których intencje wierzę. Którzy mają powody, aby chcieć zakończyć konflikt każdą z możliwych dróg. Ci ludzie jednak, których interesy są ze sobą powiązane, nie muszą o sobie wiedzieć wzajemnie, chociażby dla własnego bezpieczeństwa zakładam. Chciałbym uczynić Eden Malfoy osobą, która znałaby wszystkie te ścieżki, ale przed nią i jej opinią nie muszę Ciebie chronić, bo znasz je lepiej niż ktokolwiek inny.
Pytam o to kim Ty chcesz być, bowiem nikomu nie muszę zdradzać Twoich sekretów. To nie kult na którego ołtarzu składasz swoje życie, a każdy wie wszystko o każdym. To zbiorowość, którą łączy wspólny cel, a ja i... być może Eden jeśli się zgodzi, będziemy znali topografię tych zależności i splotów. Możesz więc nie zmieniać nic w naszym bieżącym układzie. Informować mnie czasem. Dawać znać, że potrzebujesz jakiś zasobów. Możesz też sięgnąć po więcej, pozostać anonimowym głosem Nokturnu, który w jakimś zakresie dostaje to o co prosi, przepływem zasobów i informacji z innych źródeł. Możesz być osobą, która umożliwia pozostałym odpowiedzenie na potrzeby Twojego środowiska tak, aby nasza sprawa, a nie machinacje Voldemorta rozogniały ludzi. Ja wierzę, że potrzebujemy silnej społeczności i tylko tak będziemy w stanie odeprzeć tą zarazę, jaką są śmierciożercy. Wypchnąć ją z krwioobiegu miasta. Voldemort gra strachem, przemocą, a ja potrzebuję Nokturnu, potrzebuje Ciebie, aby nie dopuścić do sprzymierzenia się tego szaleńca z podziemiem. Gdybym był nim, szukałbym zasilenia wśród porzuconych i zapomnianych, którym da się do ręki uzasadnienie przemocy. – Przemawiał spokojnie, klarując jej swoją wizję, rozmach z jakim myślał o ludziach, choć ktoś oczywiście mógłby zarzucić mu, że wcale nie zależy mu na ludziach a na strefie wpływów. Całkiem sporo ktosiów. Dlatego dotarcie do Nokturnu było takie trudne, nie zamierzał jednak zbędnie tego ukwiecać. Cel uświęcał środki, a Anthony... był zmęczony.
– A jednak, ja nie chcę niczego Ci narzucać, odrobiłem swoją lekcję, przy poprzedniej mojej propozycji, w której gwałtem według Ciebie chciałem narzucić Ci inną drogę niż tą, którą dla siebie umyśliłaś. – powtórzył, a w jego spokojny ton wkradła się gorycz. Duszna, ciężka pigułka, którą przeszło mu przełknąć lata temu, a która wciąż całkiem możliwie krążyła w jego żyłach. – I tak. Masz mnie. Dalej mogę ofiarować Ci pomoc szwadronu adwokatów w ramach potrzeby, poruszyłbym wszystkie znajomości w Wizengamocie, gdyby było to potrzebne, ale... Lorraine, ochrona przed opinią innych? Mogę sprawić, że nikt kpiąco się przy Tobie nie uśmiechnie, nie zmienię jednak serc i głowy. Czy nie warto tego przepracować? Czy nie jest to konsekwencja drogi, którą ostatecznie wybrałaś? Z dumą gardzisz zasadami, którymi kieruje się świat salonów, uważając się za lepszą od każdej osoby przemieszczającej się marmurowymi korytarzami. Za osobą, która jest ponad te zasady. Cóż więc ma robić środowisko? Przyklasnąć Ci? Iść za Tobą? Kłaniać się w pas wobec kobiety, która jawnie wyśmiewa sposób ich życia i wartości, którymi się kierują? Cóż mam zrobić ja, kiedy tak często punktujesz mi, że Cię nie szanuję, że drwię z Ciebie i Twojego braku majątku, gdy nawet nie było to moją intencją jak wtedy, przy tym nieszczęsnym remoncie? – Uniósł brwi ku górze, zdając sobie sprawę jak bardzo przypominali siebie czasem w tej bucie, w ostrej alergicznej reakcji tak ów malarzyna jak i siedząca przed nim niewiasta. Był bardziej niż pewien, że gdyby okoliczności ich poznania były inne, gdyby nie spotkał jej na recitalu, w cichym szepcie rodowej bibliotece, był pewien, że gardziłaby nim tak samo jak ów Baldwin, oburzony drobnym nieporozumieniem, jakby sam fakt posiadania przez Anthony'ego majątku był dla niego obrazą.