15.04.2025, 09:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.04.2025, 07:50 przez Charles Mulciber.)
Kokon pleciony przez Rodolphusa nie był ciasnym, duszącym więzieniem, nie przygotowywał do pożarcia tej naiwnej, ufnej muszki, a wręcz przeciwnie: sploty sieci Lestarange'a były ciepłe, miłe i miękkie, otulały tak, jak jego ramiona, trzymały blisko serca i dawały spokój i bezpieczeństwo. Nie miało znaczenia, że również łowca utknął w tym więzieniu. Wpadli w to razem, ale to nie przeszkadzało, Charles nie czuł się ofiarą. Kokon pomagał my się przekształcić, porzucić dziecięcą formę i stać się mężczyzną pod czujnym okiem przyjaciela.
Intryga zaplanowana była idealnie i Charles nie miał żadnych podstaw, by sądzić, że ten rozkojarzony wzrok, ten nieprzytomny uśmiech, mogą nie być dla niego, a dla wyższego celu. Wszystko schodziło na drugi plan, gdy Rolph tak na niego patrzył. Miłe słowa, czułe gesty padały na podatny grunt, gdy wytęskniony pochwał, docenienia, a nawet zwykłego zainteresowania Charles czerpał to wszystko z ich relacji, w końcu wypełniając pustkę, która istniała w nim od ukończenia szkoły, od chwili, gdy mógł porzucić maskę i wyczekiwać, by ktoś w końcu mógł docenić go i być z niego dumny. Może rzeczywiście miał coś z Malfoya - był słaby.
- Nie zamierzam wracać. - Przyznał, rozbawiony, gdy ich usta rozłączyły się na powrót, gdy obaj musieli złapać oddech. Nie, to teraz nie wchodziło w grę, bo dlaczego miałby zrezygnować z kochających objęć na rzecz wiatru chulającego w szparach okien? Leonard z pewnością sobie poradzi, gdy większość czasu i tak spędzał w Mungu. W szpitalu mógł spać, jeść, żyć, gdy mieszkanie się do tego nie nadawało.
Podobała mu się ta nowoodkryta czułość. Miała w sobie wiele z tego, co zaprezentował sobą Rolph podczas ich pierwszego spotkania, kiedy odpowiedział na prośby i naprawdę nie zostawił go, mimo stanu, w jakim znajdował się młody Mulciber. Gdy Charlie potrzebował kogoś, kto byłby obok, Rodolphus zaoferował nie tylko swoje towarzystwo, ale całego siebie.
Nie miał dość tych ust, ale w końcu musieli przerwać. Charles czuł się spokojny, zaopiekowany i szczęśliwy, i chciał podzielić się tym z Rodolphusem. Nie było w tym pożądliwości, a zwykła potrzeba bliskości, gdy na nowo gładził policzek Rolpha, jednocześnie przyciskając się do jego boku, jakby kontaktu nie było dość.
Sam nie zauważył, kiedy zaczął się cicho śmiać.
- Wiesz? - Zaczął niewinnie. - Jesteś cudotwórcą. Kiedy myślałem, że przepadłem i po Lammas nic mnie już nie czeka... Pojawiłeś się ty i zmieniłeś moje życie. Odkąd cię poznałem... Odkrywam świat na nowo. Dziękuję, Rolph. Jak ci się odpłacę? Pozwól mi zrobić coś dla ciebie, proszę. Coś... Co nie będzie tylko byciem obok. Będę.
Intryga zaplanowana była idealnie i Charles nie miał żadnych podstaw, by sądzić, że ten rozkojarzony wzrok, ten nieprzytomny uśmiech, mogą nie być dla niego, a dla wyższego celu. Wszystko schodziło na drugi plan, gdy Rolph tak na niego patrzył. Miłe słowa, czułe gesty padały na podatny grunt, gdy wytęskniony pochwał, docenienia, a nawet zwykłego zainteresowania Charles czerpał to wszystko z ich relacji, w końcu wypełniając pustkę, która istniała w nim od ukończenia szkoły, od chwili, gdy mógł porzucić maskę i wyczekiwać, by ktoś w końcu mógł docenić go i być z niego dumny. Może rzeczywiście miał coś z Malfoya - był słaby.
- Nie zamierzam wracać. - Przyznał, rozbawiony, gdy ich usta rozłączyły się na powrót, gdy obaj musieli złapać oddech. Nie, to teraz nie wchodziło w grę, bo dlaczego miałby zrezygnować z kochających objęć na rzecz wiatru chulającego w szparach okien? Leonard z pewnością sobie poradzi, gdy większość czasu i tak spędzał w Mungu. W szpitalu mógł spać, jeść, żyć, gdy mieszkanie się do tego nie nadawało.
Podobała mu się ta nowoodkryta czułość. Miała w sobie wiele z tego, co zaprezentował sobą Rolph podczas ich pierwszego spotkania, kiedy odpowiedział na prośby i naprawdę nie zostawił go, mimo stanu, w jakim znajdował się młody Mulciber. Gdy Charlie potrzebował kogoś, kto byłby obok, Rodolphus zaoferował nie tylko swoje towarzystwo, ale całego siebie.
Nie miał dość tych ust, ale w końcu musieli przerwać. Charles czuł się spokojny, zaopiekowany i szczęśliwy, i chciał podzielić się tym z Rodolphusem. Nie było w tym pożądliwości, a zwykła potrzeba bliskości, gdy na nowo gładził policzek Rolpha, jednocześnie przyciskając się do jego boku, jakby kontaktu nie było dość.
Sam nie zauważył, kiedy zaczął się cicho śmiać.
- Wiesz? - Zaczął niewinnie. - Jesteś cudotwórcą. Kiedy myślałem, że przepadłem i po Lammas nic mnie już nie czeka... Pojawiłeś się ty i zmieniłeś moje życie. Odkąd cię poznałem... Odkrywam świat na nowo. Dziękuję, Rolph. Jak ci się odpłacę? Pozwól mi zrobić coś dla ciebie, proszę. Coś... Co nie będzie tylko byciem obok. Będę.