13.04.2025, 14:07 ✶
Charles zastanowił się przez dłuższą chwilę. Westchnął lekko, rozważając słowa Rolpha. Rozumiał, że takie wyznanie musiało go wiele kosztować.
- Dziękuję, że mi to powiedziałeś. - Mruknął, bo to zaufanie wiele dla niego znaczyło. Lestrange obnażał się przed nim i Charles zamierzał to uszanować. - Nie wiem, jakie miała motywacje... ale wiem, że dużo straciła. - Dodał, przykrywając dłoń Rodolphusa swoją. Taki kontakt musiał wystarczyć, gdy chodziło o okazanie wsparcia. - Mogę sobie tylko wyobrazić, jak bardzo musiało boleć, tym bardziej po tylu latach znajomości i związku.
Nie dopuszczał do siebie możliwości, że to, co miało miejsce, było winą Rodolphusa. Lestrange wydawał się przecież zupełnie niewinny, zupełnie, jakby wszystko to było winą wyłącznie Bellatrix. Zresztą, nie był to czas i miejsce na roztrząsanie przyczyn, a jedynie na okazanie wsparcia w mierzeniu się ze skutkami.
Porównywaniu sprawy do sprawy Lorien i Roberta sprawiało jednak Charlesowi pewien problem. Skupił się na dotyku na swojej twarzy, mimowolnie ciągnąc do dłoni przyjaciela. Przymknął powieki, rozkoszując się dotykiem, a na jego usta wstąpił lekki uśmiech.
- Masz rację, Rolph. Jak zwykle, masz rację. - Przyznał lekko, nie znajdując w tym wstydu dla siebie i swoich błędnych ocen, a podziw dla Lestrange'a. - Oboje potrzebujemy czasu, żeby się z tym oswoić. Zastanowię się nad tym... kiedy indziej.
W towarzystwie Rodolphusa czuł się swobodnie, tak, jakby mógł zawierzyć mu całe swoje życie, bo wiedział, że byłoby w dobrych rękach. Lestrange, nawet jeśli nim manipulował, robił to w sposób, który uszczęśliwiał młodego Mulcibera. Nigdy nie dopuszczał do siebie możliwości dzielenia tak intymnych rozmów i gestów z innym mężczyzną, przekonywał się jednak, że wcześniej po prostu nie spotkał nikogo odpowiedniego. Między nim a Rodolphusem powstała więź, zaczęta przez zwykły przypadek i gest dobrej woli, kończąca się zaś czymś o wiele piękniejszym.
Zbliżył się, przytykając własne czoło do czoła Rodolphusa. Nie zamykał przestrzeni między ich ustami, pozwalając mu mówić. Słowa, które usłyszał, sprawiały, że po raz pierwszy w życiu naprawdę uwierzył. To nie były dziecinne wyznania wobec dziewcząt w szkole, to nie były rzucane na wiatr komplementy, które miały za zadanie tylko podbić ego obdarowywanego. Charles czuł, że wszystko, co słyszy, jest prawdą, ponadto łatwo akceptowalną. Rolph go potrzebował... a Charles potrzebował jego.
- Chcę dać ci w zamian wszystko, chcę odpłacić się za... za ciebie. - Wyszeptał. Mgiełka odgradzała ich od dementorka, szept sprawiał, że słowa były tylko dla Rodolphusa, byli w tym tylko we dwóch. - Na bogów, Rolph, nie potrafię mówić tak pięknie, jak ty, ale tak, tak!, dam ci to wszystko. Chcę tego samego. Za każdym razem, gdy się rozstajemy, wyczekuję kolejnego spotkania. Rolph… - Uniósł dłonie do jego policzków i otworzył oczy, odsunął się lekko, by móc na niego spojrzeć. Chciał widzieć jego twarz, gdy płynęły wyznania. - Zmieniłeś moje życie i nie chcę przeżyć choć jednego kolejnego dnia bez ciebie. Dopiero się poznaliśmy, ale czuję, jakbyś znał mnie od zawsze.
- Dziękuję, że mi to powiedziałeś. - Mruknął, bo to zaufanie wiele dla niego znaczyło. Lestrange obnażał się przed nim i Charles zamierzał to uszanować. - Nie wiem, jakie miała motywacje... ale wiem, że dużo straciła. - Dodał, przykrywając dłoń Rodolphusa swoją. Taki kontakt musiał wystarczyć, gdy chodziło o okazanie wsparcia. - Mogę sobie tylko wyobrazić, jak bardzo musiało boleć, tym bardziej po tylu latach znajomości i związku.
Nie dopuszczał do siebie możliwości, że to, co miało miejsce, było winą Rodolphusa. Lestrange wydawał się przecież zupełnie niewinny, zupełnie, jakby wszystko to było winą wyłącznie Bellatrix. Zresztą, nie był to czas i miejsce na roztrząsanie przyczyn, a jedynie na okazanie wsparcia w mierzeniu się ze skutkami.
Porównywaniu sprawy do sprawy Lorien i Roberta sprawiało jednak Charlesowi pewien problem. Skupił się na dotyku na swojej twarzy, mimowolnie ciągnąc do dłoni przyjaciela. Przymknął powieki, rozkoszując się dotykiem, a na jego usta wstąpił lekki uśmiech.
- Masz rację, Rolph. Jak zwykle, masz rację. - Przyznał lekko, nie znajdując w tym wstydu dla siebie i swoich błędnych ocen, a podziw dla Lestrange'a. - Oboje potrzebujemy czasu, żeby się z tym oswoić. Zastanowię się nad tym... kiedy indziej.
W towarzystwie Rodolphusa czuł się swobodnie, tak, jakby mógł zawierzyć mu całe swoje życie, bo wiedział, że byłoby w dobrych rękach. Lestrange, nawet jeśli nim manipulował, robił to w sposób, który uszczęśliwiał młodego Mulcibera. Nigdy nie dopuszczał do siebie możliwości dzielenia tak intymnych rozmów i gestów z innym mężczyzną, przekonywał się jednak, że wcześniej po prostu nie spotkał nikogo odpowiedniego. Między nim a Rodolphusem powstała więź, zaczęta przez zwykły przypadek i gest dobrej woli, kończąca się zaś czymś o wiele piękniejszym.
Zbliżył się, przytykając własne czoło do czoła Rodolphusa. Nie zamykał przestrzeni między ich ustami, pozwalając mu mówić. Słowa, które usłyszał, sprawiały, że po raz pierwszy w życiu naprawdę uwierzył. To nie były dziecinne wyznania wobec dziewcząt w szkole, to nie były rzucane na wiatr komplementy, które miały za zadanie tylko podbić ego obdarowywanego. Charles czuł, że wszystko, co słyszy, jest prawdą, ponadto łatwo akceptowalną. Rolph go potrzebował... a Charles potrzebował jego.
- Chcę dać ci w zamian wszystko, chcę odpłacić się za... za ciebie. - Wyszeptał. Mgiełka odgradzała ich od dementorka, szept sprawiał, że słowa były tylko dla Rodolphusa, byli w tym tylko we dwóch. - Na bogów, Rolph, nie potrafię mówić tak pięknie, jak ty, ale tak, tak!, dam ci to wszystko. Chcę tego samego. Za każdym razem, gdy się rozstajemy, wyczekuję kolejnego spotkania. Rolph… - Uniósł dłonie do jego policzków i otworzył oczy, odsunął się lekko, by móc na niego spojrzeć. Chciał widzieć jego twarz, gdy płynęły wyznania. - Zmieniłeś moje życie i nie chcę przeżyć choć jednego kolejnego dnia bez ciebie. Dopiero się poznaliśmy, ale czuję, jakbyś znał mnie od zawsze.