11.04.2025, 11:50 ✶
Lorelei stała niedaleko przepięknego drzewka, które rosło w rozarium, lecz nie patrzyła na nie. W dłoni trzymała niewielką książęczkę w twardej okładce w kolorze ciemnego dębu, bez żadnych napisów. Notatnik? Być może, chociaż w jej dłoni nie znajdowało się pióro. Wokół postaci nie krążyło też samopiszące pióro - wydawało się, że Lorelei czyta jakieś zapiski, skupiona i ze ściągniętymi, ciemnymi brwiami. Twarz miała spokojną, tak jakby jej umysłu nie mąciło pojawienie się anomalii w postaci czarnych róż. Drgnęła dopiero, gdy usłyszała kroki, a potem swoje imię, wypowiedziane znajomym głosem.
- Victoria! Moja droga, tak dawno cię nie widziałam. I pan Prewett, dzień dobry - Lorelei zamknęła książeczkę, obdarzając parę promiennym, choć nieco zmęczonym uśmiechem. - Wiele o panu słyszałam i rada jestem, że przyszedł pan akurat z Victorią.
Na wspomnienie Louvaina Lorelei przechyliła głowę, unosząc lekko brwi - nawet nie starała się ukryć zaskoczenia, gdy jej krewna wspomniała, że tu był.
- Louvain tu był? Od kiedy interesuje się roślinami? - roześmiała się, przyciskając książeczkę do klatki piersiowej. - Czy może kradł normalne róże dla którejś ze swoich wybranek?
Mrugnęła porozumiewawczo do Victorii, bo przecież to nie tak, że Louvain codziennie przychodził do ogrodów i kradł kwiaty - nie musiał. Ale to byłoby w jego stylu, a tak się składa, że akurat kilka sztuk zostało uciętych kilka dni temu, więc może to jego sprawka?
- Nie najlepiej, mam całkiem sporo pracy - powiedziała, nieco chmurniejąc. - Nie będę ci kłamać, Victorio, pojawienie się tych czarnych róż pokrzyżowało nieco moje plany, plany ogrodników... I zapędziło nas w kozi róg. To jedna z nich?
Zapytała, wskazując na doniczkę, którą dzierżyła Vika. Nie była zła, że ją wzięła - kto jak kto, ale akurat Victoria Lestrange mogła brać z ogrodów tyle czarnych róż, ile trzeba, by rozwikłać tę zagadkę.
Lost in the serenity
Found by the water
Found by the water