11.04.2025, 11:06 ✶
- Ofiary są koniecznie do tego, by udało nam się osiągnąć cel - kusiło powiedzieć "to tylko zwierzęta", ale powstrzymał się. Mało kto miał taki stosunek do zwierząt, jak on. Dla niego to były po prostu istoty, gorsze niż ludzie - przydatne, owszem, ale nie zamierzał płakać nad kilkoma sowami, biednymi kotkami czy psami, które spłonęły żywcem podczas ich akcji.
Przemilczał odpowiedź na to, co mówił Charles. Robert Mulciber nie szanował nikogo - takie było jego zdanie - a już zwłaszcza kobiet. Nie uważał jednak, by tłumaczenie Charliemu tych zawiłości w tej dokładnie chwili było czymś, co powinien robić. Być może później, być może innego dnia powie mu o tym, jak Robert Mulciber otaczał się młodymi ludźmi, których wykorzystywał do swoich celów. Jak spiskował, jak został ukarany. Jak nie dopilnował swojej własnej żony, przez co on, Lestrange, musiał mu pomóc, za co został... Cóż, nawet nie ukarany, a po prostu odepchnięty. Może Robert bał się tego, że Lestrange był młodszy? Tak to sobie tłumaczył, bo przecież Rodolphus osiągnął tak dużo w tak młodym wieku, a kroczył dokładnie tą samą ścieżką, co Mulciber.
- Jestem, owszem - powiedział niechętnie, luzując nieco uścisk. Nie bardzo miał ochotę na rozmowy o nim samym w kontekście małżeństwa, ale czuł że nie wywinie się od odpowiedzi. - Do lata byłem zaręczony z krewną Perseusa, Bellatrix Black. Zerwała zaręczyny.
Powiedział krótko, zabierając swoje ręce. Rozmowa o tym nie sprawiała mu bólu, raczej po prostu niewygodnie kłuła w jego ego. Ostatnią osobą, z którą o tym rozmawiał, była Victoria. Kazała mu wtedy czekać i... Cóż, faktycznie, problem rozwiązał się sam.
- Nie znałeś swojego wuja, Charles. Nie miał on szacunku do kobiet - uważał je za zbędne, przeszkadzające w tym, co robimy. Nie ufał im, dyskredytował je i... Obawiam się, że Lorien traktował tak samo.
Powiedział w końcu, odwracając głowę w kierunku dementorka, który latał w tę i z powrotem, obserwując mężczyzn, siedzących na kanapie. Wścibska figurka, która zaraz dostanie kociej mordy.
- Robert popełniał masę błędów, Charlie. Jednym z nich było właśnie niedocenianie kobiet. I został za to odpowiednio ukarany - nie wdawał się w szczegóły, jego ręce na powrót oplotły Charlesa w miękkim uścisku, a dłoń przejechała po miękkich włosach. - Nie osądzaj swojej ciotki, póki nie poznasz wszystkich szczegółów życia Roberta Mulcibera, po którym masz drugie imię.
Uśmiechnął się lekko, acz nieco sztywno. Złożył na czole Charlesa ostrożny pocałunek.
- Osądzanie leży w ludzkiej naturze, lecz tak samo w naszej naturze leczy zbyt szybkie wyciąganie wniosków. Ludzie kłamią praktycznie cały czas, doprowadzając do tego, że zwracamy się przeciwko nie tym osobom, przeciw którym powinniśmy - dodał, odsuwając się lekko. Zerknął na obłok, który wyczarował Charles, a sztywny uśmiech zmienił się w delikatny, nieco rozbawiony. Rozczulony być może? - Draconis miał rację, nie powinieneś się tym aż tak chwalić. To rzadka umiejętność, po której mogą cię rozpoznać, Charlie.
Przynajmniej mgiełka odcięła ich od figurki, która zapukała piąstkami w oburzeniu. Halo, dajcie mi przedstawienie!
- Oczywiście, że przyjąłbym cię na kilka dni, tygodni lub nawet miesięcy - zmarszczył brwi i chwycił jego dłoń, by odsunąć ją od swoich ust. - Czemu uważasz, że chciałbym coś w zamian, Charles? Co jeszcze mam zrobić byś zrozumiał, że lubię twoje towarzystwo?
Ostatnie zdanie wypełzło spomiędzy jego ust niczym wąż, którego nie zdążył w porę powstrzymać. Na chwilę między nimi zapanowała cisza. Na twarzy Rodolphusa chyba po raz pierwszy w ich relacji odbiło się zakłopotanie. Nie chciał tego powiedzieć i nie rozumiał, czemu to się stało. Zwykle panował nad słowami lepiej niż niejeden polityk.
Przemilczał odpowiedź na to, co mówił Charles. Robert Mulciber nie szanował nikogo - takie było jego zdanie - a już zwłaszcza kobiet. Nie uważał jednak, by tłumaczenie Charliemu tych zawiłości w tej dokładnie chwili było czymś, co powinien robić. Być może później, być może innego dnia powie mu o tym, jak Robert Mulciber otaczał się młodymi ludźmi, których wykorzystywał do swoich celów. Jak spiskował, jak został ukarany. Jak nie dopilnował swojej własnej żony, przez co on, Lestrange, musiał mu pomóc, za co został... Cóż, nawet nie ukarany, a po prostu odepchnięty. Może Robert bał się tego, że Lestrange był młodszy? Tak to sobie tłumaczył, bo przecież Rodolphus osiągnął tak dużo w tak młodym wieku, a kroczył dokładnie tą samą ścieżką, co Mulciber.
- Jestem, owszem - powiedział niechętnie, luzując nieco uścisk. Nie bardzo miał ochotę na rozmowy o nim samym w kontekście małżeństwa, ale czuł że nie wywinie się od odpowiedzi. - Do lata byłem zaręczony z krewną Perseusa, Bellatrix Black. Zerwała zaręczyny.
Powiedział krótko, zabierając swoje ręce. Rozmowa o tym nie sprawiała mu bólu, raczej po prostu niewygodnie kłuła w jego ego. Ostatnią osobą, z którą o tym rozmawiał, była Victoria. Kazała mu wtedy czekać i... Cóż, faktycznie, problem rozwiązał się sam.
- Nie znałeś swojego wuja, Charles. Nie miał on szacunku do kobiet - uważał je za zbędne, przeszkadzające w tym, co robimy. Nie ufał im, dyskredytował je i... Obawiam się, że Lorien traktował tak samo.
Powiedział w końcu, odwracając głowę w kierunku dementorka, który latał w tę i z powrotem, obserwując mężczyzn, siedzących na kanapie. Wścibska figurka, która zaraz dostanie kociej mordy.
- Robert popełniał masę błędów, Charlie. Jednym z nich było właśnie niedocenianie kobiet. I został za to odpowiednio ukarany - nie wdawał się w szczegóły, jego ręce na powrót oplotły Charlesa w miękkim uścisku, a dłoń przejechała po miękkich włosach. - Nie osądzaj swojej ciotki, póki nie poznasz wszystkich szczegółów życia Roberta Mulcibera, po którym masz drugie imię.
Uśmiechnął się lekko, acz nieco sztywno. Złożył na czole Charlesa ostrożny pocałunek.
- Osądzanie leży w ludzkiej naturze, lecz tak samo w naszej naturze leczy zbyt szybkie wyciąganie wniosków. Ludzie kłamią praktycznie cały czas, doprowadzając do tego, że zwracamy się przeciwko nie tym osobom, przeciw którym powinniśmy - dodał, odsuwając się lekko. Zerknął na obłok, który wyczarował Charles, a sztywny uśmiech zmienił się w delikatny, nieco rozbawiony. Rozczulony być może? - Draconis miał rację, nie powinieneś się tym aż tak chwalić. To rzadka umiejętność, po której mogą cię rozpoznać, Charlie.
Przynajmniej mgiełka odcięła ich od figurki, która zapukała piąstkami w oburzeniu. Halo, dajcie mi przedstawienie!
- Oczywiście, że przyjąłbym cię na kilka dni, tygodni lub nawet miesięcy - zmarszczył brwi i chwycił jego dłoń, by odsunąć ją od swoich ust. - Czemu uważasz, że chciałbym coś w zamian, Charles? Co jeszcze mam zrobić byś zrozumiał, że lubię twoje towarzystwo?
Ostatnie zdanie wypełzło spomiędzy jego ust niczym wąż, którego nie zdążył w porę powstrzymać. Na chwilę między nimi zapanowała cisza. Na twarzy Rodolphusa chyba po raz pierwszy w ich relacji odbiło się zakłopotanie. Nie chciał tego powiedzieć i nie rozumiał, czemu to się stało. Zwykle panował nad słowami lepiej niż niejeden polityk.