31.03.2025, 11:17 ✶
Jeżeli oczekiwał poklepania po ramieniu wtedy, 8 września, i słów dobra robota, to musiał się obejść smakiem. Pozory były dla Rodolphusa czymś tak naturalnym i oczywistym, że nawet nie przemknęłoby mu przez głowę, by miał się odezwać i pochwalić Mulcibera - nie w towarzystwie pozostałych śmierciożerców. Nie był jednak niewdzięczną glistą, która jedyne co potrafiła, to wydawać rozkazy i wrzucać ludzi w wir nowych wyzwań. Potrafił okazać wdzięczność: nawet jeśli doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że właśnie tej wdzięczności ludzie oczekiwali i wcale nie musiał jej czuć, by ją dać.
Chatka pozostała nietknięta: Lestrange nie zadbał w tym przypadku o odpowiednią zasłonę dymną, bo nie musiał. Kilka okolicznych chat również ocalało, Little Hangleton nie oberwało aż tak mocno, jak Londyn. Bo to właśnie na Londynie skupili się Śmierciożercy, a w drugiej kolejności na Dolinie Godryka, którą zamieszkiwali zdrajcy krwi. To miejsce jednak pozostało spokojne i nietknięte, chociaż dym dotarł i tutaj, a ogień osmalił kilka drzew. To nie tak, że w całym miasteczku nic nie spłonęło: bo spłonęło. Lestrange zadbał jednak o to, by jego chata znalazła się na uboczu, podejrzewał że nawet gdyby nie interwencja u Mistrza, to i tak ogień by tam nie dotarł.
Rodolphus czekał na Charlesa w salonie. Dementorek latał znudzony pod kloszem i pukał w szkło co jakiś czas. Wcześniej trzymał go oraz całe to wyposażenie w gabinecie, ale mała menda zbyt go rozpraszała - zdecydował się więc przenieść prezent od Lorien do salonu. I tak rzadko kiedy tu bywał, więc nie musiał się martwić, że ożywiona figurka będzie mu przeszkadzać. Nie wydano dzisiaj Proroka: ewentualnie sowa, którą opłacił by codziennie dostarczała mu gazety, została zestrzelona przez któregoś ze Śmierciożerców. A może to któryś z nich pozbawił biuro dziennikarzy, tak jak oni z Mulciberem pozbawili rozgłośnię radiową sprzętu i speakera? Większość tego, co robili, była okryta tajemnicą, lecz nie wątpił, że w końcu każdy dowie się, jak wielki udział miały poszczególne osoby.
Gdy rozległo się pukanie do drzwi, Lestrange wstał z fotela, wcześniej ostrożnie odkładając książkę na stolik. Przeszedł jednak przez salon dość szybkim krokiem. Darował sobie również sprawdzanie, kto jest za drzwiami: tylko na Charlesa dzisiaj czekał. Otworzył drzwi, a widząc jego sylwetkę, odetchnął cicho. Mimowolnie pochwycił chłopaka za przegub dłoni i wciągnął do środka chaty. Gdy drzwi się za nim zamknęły, zamknął Mulcibera w swoich ramionach. Mocno i pewnie, opierając czoło o jego czoło. Czy się martwił? Nie, wierzył że Charles sobie poradzi. Ufał jego umiejętnościom, na dodatek tamtej nocy odkrył, że Mulciber potrafi posługiwać się magią bezróżdżkową - to była przyjemna niespodzianka, mało kto to potrafił. Ale nie ufał swoim kolegom w czarnych szatach i maskach. Nie każdy wierzył w to, że potrzebowali więcej żołnierzy i był pewny że część z nich byłaby gotowa zrzucić Charlesa z klifu bo tak, dla zabawy.
Chatka pozostała nietknięta: Lestrange nie zadbał w tym przypadku o odpowiednią zasłonę dymną, bo nie musiał. Kilka okolicznych chat również ocalało, Little Hangleton nie oberwało aż tak mocno, jak Londyn. Bo to właśnie na Londynie skupili się Śmierciożercy, a w drugiej kolejności na Dolinie Godryka, którą zamieszkiwali zdrajcy krwi. To miejsce jednak pozostało spokojne i nietknięte, chociaż dym dotarł i tutaj, a ogień osmalił kilka drzew. To nie tak, że w całym miasteczku nic nie spłonęło: bo spłonęło. Lestrange zadbał jednak o to, by jego chata znalazła się na uboczu, podejrzewał że nawet gdyby nie interwencja u Mistrza, to i tak ogień by tam nie dotarł.
Rodolphus czekał na Charlesa w salonie. Dementorek latał znudzony pod kloszem i pukał w szkło co jakiś czas. Wcześniej trzymał go oraz całe to wyposażenie w gabinecie, ale mała menda zbyt go rozpraszała - zdecydował się więc przenieść prezent od Lorien do salonu. I tak rzadko kiedy tu bywał, więc nie musiał się martwić, że ożywiona figurka będzie mu przeszkadzać. Nie wydano dzisiaj Proroka: ewentualnie sowa, którą opłacił by codziennie dostarczała mu gazety, została zestrzelona przez któregoś ze Śmierciożerców. A może to któryś z nich pozbawił biuro dziennikarzy, tak jak oni z Mulciberem pozbawili rozgłośnię radiową sprzętu i speakera? Większość tego, co robili, była okryta tajemnicą, lecz nie wątpił, że w końcu każdy dowie się, jak wielki udział miały poszczególne osoby.
Gdy rozległo się pukanie do drzwi, Lestrange wstał z fotela, wcześniej ostrożnie odkładając książkę na stolik. Przeszedł jednak przez salon dość szybkim krokiem. Darował sobie również sprawdzanie, kto jest za drzwiami: tylko na Charlesa dzisiaj czekał. Otworzył drzwi, a widząc jego sylwetkę, odetchnął cicho. Mimowolnie pochwycił chłopaka za przegub dłoni i wciągnął do środka chaty. Gdy drzwi się za nim zamknęły, zamknął Mulcibera w swoich ramionach. Mocno i pewnie, opierając czoło o jego czoło. Czy się martwił? Nie, wierzył że Charles sobie poradzi. Ufał jego umiejętnościom, na dodatek tamtej nocy odkrył, że Mulciber potrafi posługiwać się magią bezróżdżkową - to była przyjemna niespodzianka, mało kto to potrafił. Ale nie ufał swoim kolegom w czarnych szatach i maskach. Nie każdy wierzył w to, że potrzebowali więcej żołnierzy i był pewny że część z nich byłaby gotowa zrzucić Charlesa z klifu bo tak, dla zabawy.