31.03.2025, 04:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2025, 22:13 przez Lorraine Malfoy.)
– Nie wiesz – powtórzyła spokojnie, obracając słowa Anthony'ego na języku, smakując je, tak, jak gdyby smakowała jednej ze słodkich pralin, która spoczywała na paterze między nimi. – Nie wiesz, kim dla ciebie jestem.
Umilkła.
– Kim zatem byłabym dla twoich bliskich? – spytała wreszcie z dziwną zadumą, przerywając milczenie. Dla twoich... – urwała, szukając w myślach odpowiednich słów – ...partnerów biznesowych? Sojuszników? Zdobyczy z twej kolekcji? – Czy poczułbyś się w obowiązku zdradzić im, czym zajmuję się na co dzień? Zdradzić, że param się legilimencją? Magią, którą darzysz nieprzejednanym wstrętem?
Odwróciła się, tak, aby znów mogli stać twarzą w twarz.
– Jak byś mnie im przedstawił? Lorraine Malfoy, pianistka z Nokturnu? – Przechyliła w zamyśleniu głowę. – Już jest jeden, którego tak wołają. Umbriel Degenhardt. – Nikły uśmiech zaigrał na wargach Lorraine, gdy padło między nimi znajome nazwisko. – Słyszałeś jego kompozycje, ale czy słyszałeś, jaką nagrodę wyznaczono za jego głowę?
Nie odrywała teraz wzroku od twarzy Anthony'ego, szukając na niej oznak obrzydzenia, zmarszczki pogardy tam gdzie zwykła widzieć tylko zmarszczki jego uśmiechu.
– Kim bym dla nich była? – powtórzyła cicho. – Dzieckiem skażonym magią wili? Dziewczyną, którą litościwie podniosłeś z bruku ulicy? Kobietą, a może potworem?
Lorraine wiedziała, kim jest – czym jest – ale czy wiedział to Anthony?
– Powinieneś usłyszeć, co mówili na Muzie. "Tę Lorraine dawno powinni wydziedziczyć", szeptali. "Ciekawe, czy ona w ogóle myje ręce po trupach?"
Jej palce, niemal odruchowo, przesunęły się po szczupłych nadgarstkach, jakby próbowała zetrzeć z nich coś, czego tam nie było.
– Urodziłam się w Londynie pośród bogactw, ale najwięcej wspomnień z dzieciństwa mam z ubogiego Little Hangleton. Wychował mnie Nokturn, ukształtowały Podziemne Ścieżki. Nie chodzi o to, że boję się tego, co o mnie szepczą. Ich szepty mnie nie definiują. Kim jestem, jeśli nie panią szeptów? Szepty dają mi chleb, kołyszą mnie do snu. Noszę brzemię tych szeptów z dumą, ale…
Zawahała się.
– Ale nienawidzę sposobu, w jaki mówisz "Nokturn", Anthony. Mówisz to tak, jakby to było coś złego. A jeśli nawet ty nie potrafisz wypowiedzieć tego słowa bez pogardy w głosie, to jak myślisz, jak będą wypowiadać je inni?
Będą szeptać.
Metodycznej wiwisekcji swego bólu dokonywała powoli, z taką samą precyzją, z jaką kroiła trupy – z taką samą cierpliwością.
– Będą wypowiadać je tak, jak wypowiadasz je ty. Nie tylko zrani to moje uczucia, ale i zaszkodzi to naszym interesom. Bo oni nie widzą tego, co ja widzę w Nokturnie. Widzą w nim tylko środek do celu, ale nie dostrzegają jego piękna. A piękno Nokturnu kryje się tuż pod jego powierzchnią. Ty go nie dostrzegasz. Widzisz jedynie moją wizję piękna, bo patrzysz przez pryzmat mnie. To dlatego trzymasz mnie przy sobie. Bo w głębi serca jesteś wizjonerem, Anthony. A ja zawsze wierzyłam w ciebie i w twoją wizję, tak jak ty, mam nadzieję, próbowałeś uwierzyć w moją. Wierzysz, ale nie widzisz, bo odmawiasz zobaczenia.
Tak samo jako odmawiasz zobaczenia czaru zaklętego w pozytywce, pomyślała.
– Ja jestem Nokturnem, Anthony. Jestem nim, a on jest mną. Nie możesz postrzegać Nokturnu jak ciężaru. A raczej… nie możesz pozwolić im, kimkolwiek oni są, zobaczyć, że tak go postrzegasz. Bo to oznaczałoby, że ja jestem ciężarem dla ciebie. Może i jestem. W końcu nie wiesz, kim dla ciebie jestem.
To nie była tylko kwestia ich relacji. To była kwestia jej miejsca w jego świecie. Jeśli on nie będzie umiał jej tego miejsca dać, nikt inny jej go nie da. A to będzie znaczyło, że nie ma dla niej miejsca w jego życiu. Bo nikt nie potraktuje jej poważnie, jeżeli on nie będzie jej tak traktował. Jeśli on sam nie nauczy się mówić o Nokturnie z szacunkiem, to nikt inny się tego nie nauczy. Nikt inny nie da jej szacunku, jeżeli on jej go nie da.
W świecie Anthony’ego – w jego kręgu wpływów, wśród jego ludzi – jej tożsamość zależała od niego. Nie od jego intencji. Nie od jego uczuć.
Od jego słów.
To on miał moc, by nadać jej miejsce w swoim świecie.
To on mógł sprawić, że inni spojrzą na nią tak, jak on ją widział. Jeśli się wahał – jeśli nie wiedział, jakich słów użyć – jeśli nie wiedział, kim dla niego jest – to kim miała być dla reszty?
Opadła z powrotem na krzesło, powoli, jak gdyby zbyt gwałtowny ruch mógł sprawić jej ból. Nie było jednak gorszego bólu od milczenia Anthony'ego.
– Należy mi się odpowiedź – szepnęła.
Umilkła.
– Kim zatem byłabym dla twoich bliskich? – spytała wreszcie z dziwną zadumą, przerywając milczenie. Dla twoich... – urwała, szukając w myślach odpowiednich słów – ...partnerów biznesowych? Sojuszników? Zdobyczy z twej kolekcji? – Czy poczułbyś się w obowiązku zdradzić im, czym zajmuję się na co dzień? Zdradzić, że param się legilimencją? Magią, którą darzysz nieprzejednanym wstrętem?
Odwróciła się, tak, aby znów mogli stać twarzą w twarz.
– Jak byś mnie im przedstawił? Lorraine Malfoy, pianistka z Nokturnu? – Przechyliła w zamyśleniu głowę. – Już jest jeden, którego tak wołają. Umbriel Degenhardt. – Nikły uśmiech zaigrał na wargach Lorraine, gdy padło między nimi znajome nazwisko. – Słyszałeś jego kompozycje, ale czy słyszałeś, jaką nagrodę wyznaczono za jego głowę?
Nie odrywała teraz wzroku od twarzy Anthony'ego, szukając na niej oznak obrzydzenia, zmarszczki pogardy tam gdzie zwykła widzieć tylko zmarszczki jego uśmiechu.
– Kim bym dla nich była? – powtórzyła cicho. – Dzieckiem skażonym magią wili? Dziewczyną, którą litościwie podniosłeś z bruku ulicy? Kobietą, a może potworem?
Lorraine wiedziała, kim jest – czym jest – ale czy wiedział to Anthony?
– Powinieneś usłyszeć, co mówili na Muzie. "Tę Lorraine dawno powinni wydziedziczyć", szeptali. "Ciekawe, czy ona w ogóle myje ręce po trupach?"
Jej palce, niemal odruchowo, przesunęły się po szczupłych nadgarstkach, jakby próbowała zetrzeć z nich coś, czego tam nie było.
– Urodziłam się w Londynie pośród bogactw, ale najwięcej wspomnień z dzieciństwa mam z ubogiego Little Hangleton. Wychował mnie Nokturn, ukształtowały Podziemne Ścieżki. Nie chodzi o to, że boję się tego, co o mnie szepczą. Ich szepty mnie nie definiują. Kim jestem, jeśli nie panią szeptów? Szepty dają mi chleb, kołyszą mnie do snu. Noszę brzemię tych szeptów z dumą, ale…
Zawahała się.
– Ale nienawidzę sposobu, w jaki mówisz "Nokturn", Anthony. Mówisz to tak, jakby to było coś złego. A jeśli nawet ty nie potrafisz wypowiedzieć tego słowa bez pogardy w głosie, to jak myślisz, jak będą wypowiadać je inni?
Będą szeptać.
Metodycznej wiwisekcji swego bólu dokonywała powoli, z taką samą precyzją, z jaką kroiła trupy – z taką samą cierpliwością.
– Będą wypowiadać je tak, jak wypowiadasz je ty. Nie tylko zrani to moje uczucia, ale i zaszkodzi to naszym interesom. Bo oni nie widzą tego, co ja widzę w Nokturnie. Widzą w nim tylko środek do celu, ale nie dostrzegają jego piękna. A piękno Nokturnu kryje się tuż pod jego powierzchnią. Ty go nie dostrzegasz. Widzisz jedynie moją wizję piękna, bo patrzysz przez pryzmat mnie. To dlatego trzymasz mnie przy sobie. Bo w głębi serca jesteś wizjonerem, Anthony. A ja zawsze wierzyłam w ciebie i w twoją wizję, tak jak ty, mam nadzieję, próbowałeś uwierzyć w moją. Wierzysz, ale nie widzisz, bo odmawiasz zobaczenia.
Tak samo jako odmawiasz zobaczenia czaru zaklętego w pozytywce, pomyślała.
– Ja jestem Nokturnem, Anthony. Jestem nim, a on jest mną. Nie możesz postrzegać Nokturnu jak ciężaru. A raczej… nie możesz pozwolić im, kimkolwiek oni są, zobaczyć, że tak go postrzegasz. Bo to oznaczałoby, że ja jestem ciężarem dla ciebie. Może i jestem. W końcu nie wiesz, kim dla ciebie jestem.
To nie była tylko kwestia ich relacji. To była kwestia jej miejsca w jego świecie. Jeśli on nie będzie umiał jej tego miejsca dać, nikt inny jej go nie da. A to będzie znaczyło, że nie ma dla niej miejsca w jego życiu. Bo nikt nie potraktuje jej poważnie, jeżeli on nie będzie jej tak traktował. Jeśli on sam nie nauczy się mówić o Nokturnie z szacunkiem, to nikt inny się tego nie nauczy. Nikt inny nie da jej szacunku, jeżeli on jej go nie da.
W świecie Anthony’ego – w jego kręgu wpływów, wśród jego ludzi – jej tożsamość zależała od niego. Nie od jego intencji. Nie od jego uczuć.
Od jego słów.
To on miał moc, by nadać jej miejsce w swoim świecie.
To on mógł sprawić, że inni spojrzą na nią tak, jak on ją widział. Jeśli się wahał – jeśli nie wiedział, jakich słów użyć – jeśli nie wiedział, kim dla niego jest – to kim miała być dla reszty?
Opadła z powrotem na krzesło, powoli, jak gdyby zbyt gwałtowny ruch mógł sprawić jej ból. Nie było jednak gorszego bólu od milczenia Anthony'ego.
– Należy mi się odpowiedź – szepnęła.