— Dzień dobry, Albusie — przywitał się już bardziej formalnie Morpheus, widząc sylwetkę swojego dawnego profesora Obrony Przed Czarną Magią. Zabawne, bo pewnie Dumbledore pamiętał go bardziej jako patykowatego chłopaczka z ogromnymi, sarnimi oczami, a teraz nietypowy dla rodzaju homo sapiens sapiens sposób starzenia się czarodziejów sprawiał, że ciężko ustalić różnicę wieku pomiędzy nimi. Longbottom po prostu wiedział, że rozdziela ich ocean doświadczeń i dekad życia, nawet jeżeli to u niego srebrna siwizna połyskiwała niczym klinga Gryffindora na tle czarnego jedwabiu włosów.
Nawet się uśmiechnął, uśmiechem, który teraz po części skrywała równo przycięta, krótka broda. Zawsze uważał Albusa za wybitnie sympatycznego czarodzieja, a jego odmienność bardzo rezonowała z odmiennością młodego wtedy profety, nawet jeżeli przedmiot tego konkretnego profesora przyprawiał go o bezsenność i był powodem, dla którego nie chciał pokazywać swoich świadectw ojcu, póki w Godryku jeszcze chwilę tliła się nadzieja, że jego najmłodsza pociecha również stanie z orężem magii przeciwko ciemności czarnoksiężników i nieprawości. Usiadł koło profesora.
— Mierzę cię swoją miarą, od śmierci głodowej ratuje mnie Malwa. — zażartował, nie bez knuta prawdy, a raczej galeona w tym wypadku. — Muszę przyznać, że jestem... zaskoczony zaproszeniem. Ile lat już się nie widzieliśmy? Chyba jeszcze nie byłeś wtedy Dyrektorem? Chyba że źle liczę? — To stwierdzenie mogło być zaskoczeniem dla byłego belfra, bo Morpheus przedstawiał w Hogwarcie silne powiązanie z linią swojej matki, Slughorn, wynalazców, odkrywców, naukowców. Cyfry były dlań całkowicie logiczne, a czas wyjątkowo w ryzach, jak na kogoś, kto spoglądał namiętnie w przyszłość.
Oczywiście miał swoje podejrzenia, związane z poprzednim hobbistycznym pokonywaniem czarnoksiężników przez Dumbledore'a, z dopowiedzeniami, podsłuchanymi rozmowami, zanim został wciągnięty do sieci. Zawsze wiedział za dużo, nawet jeżeli niecelowo, przez przebłyski przyszłych rozmów, które prowadzili inni, chociażby jego domownicy. Był jednak Niewymownym i jakkolwiek karykaturalnie mroczni lub zabawni by nie zdawali się reszcie, umieli milczeć. Dochowywać tajemnic. Umysły tak poskręcane dziwnością, że gubiły tych, którzy chcieli w nie zaglądać bez przygotowania. Tak przynajmniej mówiono. Morpheus więc domyślał się, dlaczego spotykają się w magicznie opuszczonej wiosce, dlaczego rybacy zaspali, mimo najlepszego czasu na połów ryb.
Wyjął z jednej ze swoich kieszeni magiczne wahadełko, dotykając je i bawiąc się łańcuszkiem przez całą rozmowę, prosty wisiorek bez kamienia, ze srebra, zrobiony w kształt lecącego skowronka, z dziobem wyznaczającym dół i oś ciężkości wahadła. Precyzyjna robota. Spojrzenie czarodzieja jednak nie skupiało się na kierunkach, ale na rozmówcy.
Percepcja ◉◉◉◉◉: Morpheus przygląda się i sprawdza, czy widzi w Albusie coś niepokojącego, odmiennego, dziwne zapachy, maniery, negatywną energię, nerwowe tiki etc.
Sukces!