Yaxleyówna była oszołomiona takim widokiem. Wszystko przez to, że pomyślała o tym, że tak może się wydarzyć, że jej brat faktycznie postanowi skorzystać z okazji, że krew rannych wzbudzi jego zainteresowanie, że przekroczy granicę, że nie będzie się obawiał konsekwencji, że kogoś tutaj zeżre. W końcu taka była natura wampirów. Żywiły się krwią, to nie powinno być zaskakujące, prawda? Ciągle wierzyła jednak w to, że Roth jest ponad to, że uda mu się odnaleźć jakiś złoty środek, substytuty, cokolwiek. Może się oszukiwała? To było możliwe, była zaślepiona tym, że tak bardzo chciała mieć go przy sobie, że nie chciała go stracić.
Krew. Dużo krwi. To była jej pierwsza myśl. Co innego mogła sobie wyobrazić? To wydawało się być oczywiste.
Naprawdę chciała wierzyć w samokontrolę swojego brata, ale w tej sytuacji trudno jej to przychodziło, zwłaszcza, że miała świadomość, że nie był aktualnie w najlepszej formie. Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, nie mogła oderwać oczu od czerwieni, która zdobiła jego ciało. Nie wyglądało to dobrze, wręcz przeciwnie. Nie zmieniało to jednak faktu, że Geraldine zamierzała go stąd zabrać, dla niej nadal przede wszystkim był młodszym bratem, a nie bestią, którą miała zabić - to pewnie nigdy się nie zmieni.
Nie usłyszała słów padających z ust Roisa, przynajmniej nie wtedy, gdy odezwał się po raz pierwszy. Głosy, krzyki, piski dochodzące z wszystkich stron skutecznie go zagłuszyły.
Robiła krok w stronę tłumu, z którym mieli się ponownie mieszać, gdy dotarły do niej słowa Roisa. Przeniosła na niego swój wzrok, na krótką chwilę. Nie krew. Tyle, czy na pewno? Znał się na tym bardziej od niej, ale czy z tej odległości mógł mieć pewność, że jej brat nie był wytaplany w krwi? Naprawdę chciała w to uwierzyć, naprawdę liczyła na to, że to nie była krew, ale dopóki do niego nie dotrze i nie będzie przekonana, że faktycznie to coś innego to nie będzie spokojna. Słowa Ambroisa jednak spowodowały nadzieję, że jednak z Rothem nie było, aż tak źle jak jej się wydawało.
Nie zwlekała. Wskoczyła w ten tłum niczym w rwącą rzekę, musiała płynąć pod prąd, aby dostać się do Astarotha. Nie brała jeńców, nie przejmowała się nikim innym, po prostu przepychała się, aby dotrzeć do niego jak najszybciej, póki jeszcze dostrzegała jego sylwetkę w tłumie.
Nie mogło być zbyt prosto? Prawda? Poczuła, że ktoś w nich wpadł, w zasadzie trafił idealnie w ich zaciśnięte dłonie, przez co rozluźniła uścisk. Wypuściła dłoń Roisa ze swojej, zdążyła się jednak odwrócić na kilka sekund, aby sprawdzić, czy nadal był gdzieś za nią. Był. Mówił, żeby ruszyła do przodu. Czy powinna to robić? Obawiała się, że się nie znajdą, że straci go z oczu. Nie wybaczyłaby sobie tego. Mimo wszystko kiwnęła jedynie głową i ponownie zaczęła brnąć przed siebie. Obawiała się, że Ambroise zniknie, ale nie mogła zostawić Astarotha.
Nim w ogóle się odezwała, bez zastanowienia rzuciła się bratu na szyję. Musiała go przytulić, naprawdę cieszyła się, że w końcu go odnaleźli. Był cały, przynajmniej wyglądał tak, jakby nic, poza tym czerwonym czymś mu się nie stało. Ściskała go krótką chwilę, bo nie mieli czasu na zbyt wylewne przywitanie. Gdy odsunęła się o krok poczuła dłoń zaciskającą się na jej talii. Ambroise do nich dotarł. Byli tutaj we trójkę, bezpieczni, no względnie bezpieczni. Ulżyło jej. Udało im się odnaleźć, może jednak nie było aż tak źle? Jasne, Londyn płonął, ogień pochłaniał miasto, ale część z jej najbliższych była bezpieczna, to było najistotniejsze.
- Przykro mi, ale nie mogę tego powiedzieć. To się dzieje, naprawdę się dzieje. - Nie chciała być osobą, która go w tym uświadomi, ale chyba padło na nią, ktoś musiał to zrobić.
- Też nas zaatakowali. - Kamień spadł jej z serca, gdy dowiedziała się, dlaczego Roth był taki czerwony. To była farba, a ona głupia bała się tego, że mógł z kogoś wyssać krew... Cóż, powinna chyba bardziej ufać swojemu bratu.
- Tak, popiół i dym. - Ogień, wszystko, co działo się wokół nie miało na nich dobrego wpływu. Czuła ciężar w płucach spowodowany tym, co działo się wokół nich. Zresztą przed chwilą, w mieszkaniu zasłabła, co zapewne było spowodowane tym, czego się nawdychała.
- Musimy dotrzeć do domu naszego przyjaciela, Fabian... - Na pewno wspominała Astarothowi o swoim chrześniaku, nie miała pojęcia, czy teraz połączy fakty, ale musieli z Roisem sprawdzić, czy ich pierwsze wspólne dziecko jest bezpieczne. Nie wiedziała, czy Cornelius jest w pracy, czy dzieciak był z ciotką Ursulą, co się z nim właściwie teraz działo, ale musieli to sprawdzić.
- Zajmiemy się też kotem. - Tak, nie dziwiło ją wcale to, że Ambroise martwił się o tą słodką różową kotkę. Musieli zająć się zwierzętami i ludźmi, lista robiła się coraz dłuższa.
- Idziemy? To chyba nie daleko? - Przynajmniej tak się jej wydawało. Yaxleyówna całkiem nieźle radziła sobie z określeniem drogi. Może podczas swoich wypadów do lasu nie musiała sobie radzić z oszalałym tłumem, jednak nawet tutaj była w stanie odnaleźć charakterystyczne punkty i określić ich położenie.
// AF, percepcja