27.03.2025, 00:20 ✶
Żaby drzewołazy. Brzmiało to jak coś, co powinno pojawić się w bestiariuszu dla wścibskich kujonów, ewentualnie tym małym narożniku Proroka o wątpliwej jakości merytorycznej. I do czego niby miały się przydawać? Robienia barwników? To była pierwsza myśl, ale kolejne słowa dziewczyny dość skutecznie ją rozwiały.
Wzrok Greybacka odruchowo powiódł za jej dłońmi, a potem zdjęciem, które ostatecznie wziął do ręki. Żabki wyglądały nawet ładniej niż zakładał.
— Uroczo — skomentował toksyczność stworzonek. — Czyli jednak są przydatne. — Kiwnął głową, a potem uniósł brwi w niedowierzaniu. — Zamiast zafiksować się pod lampą? Niesłychane — mruknął teatralnie, rzucił okiem jeszcze raz na żabki zagapione w obiektyw i oddał jej zdjęcie.
Że potrzebowała robali, by to wykarmić, to mógł uwierzyć, ale w historię z muchami to już nie. A przynajmniej jej na złość mógłby w to nie uwierzyć, więc miał już plan na taką ewentualność.
Na moment zerknął gdzieś w bok, w stronę pobliskiego skrzyżowania uliczek, które Faye miała akurat za ramieniem. Jednak, jeśli by się obejrzała, nie było tam nic ponad przeciętnych przechodniów.
Skoll prychnął śmiechem.
— Trzeba być szczurem, żeby szukać świeżego powietrza w Nokturnie — odparł rozbawiony i pokręcił głową. — Tym raz... — urwał, przenosząc wzrok tam, skąd dobiegł ich krzyk. Ślepia Greybacka skupiły się w poszukiwaniu celu, ale ten był poza zasięgiem.
Za to słowa dość wymowne.
Priorytety jednak wróciły na swoje miejsca.
— Ta, jasne, kiedyś, a teraz posłuchaj mnie choć raz i zmiataj stąd — rzucił, sięgając do jej ramion, by obrócić jak porcelanową lalkę i popchnąć lekko w stronę przeciwną do krzyków. Jeśli tylko nie próbowała się wywinąć, nie byłoby to żadnym problemem.
Sam Skoll ruszył zaraz przez alejkę w stronę zamieszania, które rozlewało się jak pożar śmieci z niedopałka. Powoli, ale nieubłaganie, głównie dlatego, że niektórzy byli przerażeni, a drudzy zupełnie nie rozumieli dlaczego.
Ktoś klęczał przy ścianie kamienicy i ściskał zakrwawioną rękę. Jakiś chudy koleś nie był pewien, czy chce zgrywać bohatera i sterczał na środku skrzyżowania z wyciągniętą różdżką. Gdzieś dalej ktoś zaczął uciekać.
Ślepia Skolla rozszerzyły się lekko, kiedy dostrzegł smukłą, karykaturalną sylwetkę na długich, ale potężnych łapach, kłusującą za uciekającym człowieczkiem. Stworzenie ledwo dorównywało mu wzrostem, w całości przypominało wychudzonego niedźwiedzia, ale jego pewność siebie była wymowna. Polowało.
Sięgnął po różdżkę pod kurtką i ruszył przed siebie, ale stracił istotę z oczu.
Wzrok Greybacka odruchowo powiódł za jej dłońmi, a potem zdjęciem, które ostatecznie wziął do ręki. Żabki wyglądały nawet ładniej niż zakładał.
— Uroczo — skomentował toksyczność stworzonek. — Czyli jednak są przydatne. — Kiwnął głową, a potem uniósł brwi w niedowierzaniu. — Zamiast zafiksować się pod lampą? Niesłychane — mruknął teatralnie, rzucił okiem jeszcze raz na żabki zagapione w obiektyw i oddał jej zdjęcie.
Że potrzebowała robali, by to wykarmić, to mógł uwierzyć, ale w historię z muchami to już nie. A przynajmniej jej na złość mógłby w to nie uwierzyć, więc miał już plan na taką ewentualność.
Na moment zerknął gdzieś w bok, w stronę pobliskiego skrzyżowania uliczek, które Faye miała akurat za ramieniem. Jednak, jeśli by się obejrzała, nie było tam nic ponad przeciętnych przechodniów.
Skoll prychnął śmiechem.
— Trzeba być szczurem, żeby szukać świeżego powietrza w Nokturnie — odparł rozbawiony i pokręcił głową. — Tym raz... — urwał, przenosząc wzrok tam, skąd dobiegł ich krzyk. Ślepia Greybacka skupiły się w poszukiwaniu celu, ale ten był poza zasięgiem.
Za to słowa dość wymowne.
Priorytety jednak wróciły na swoje miejsca.
— Ta, jasne, kiedyś, a teraz posłuchaj mnie choć raz i zmiataj stąd — rzucił, sięgając do jej ramion, by obrócić jak porcelanową lalkę i popchnąć lekko w stronę przeciwną do krzyków. Jeśli tylko nie próbowała się wywinąć, nie byłoby to żadnym problemem.
Sam Skoll ruszył zaraz przez alejkę w stronę zamieszania, które rozlewało się jak pożar śmieci z niedopałka. Powoli, ale nieubłaganie, głównie dlatego, że niektórzy byli przerażeni, a drudzy zupełnie nie rozumieli dlaczego.
Ktoś klęczał przy ścianie kamienicy i ściskał zakrwawioną rękę. Jakiś chudy koleś nie był pewien, czy chce zgrywać bohatera i sterczał na środku skrzyżowania z wyciągniętą różdżką. Gdzieś dalej ktoś zaczął uciekać.
Ślepia Skolla rozszerzyły się lekko, kiedy dostrzegł smukłą, karykaturalną sylwetkę na długich, ale potężnych łapach, kłusującą za uciekającym człowieczkiem. Stworzenie ledwo dorównywało mu wzrostem, w całości przypominało wychudzonego niedźwiedzia, ale jego pewność siebie była wymowna. Polowało.
Sięgnął po różdżkę pod kurtką i ruszył przed siebie, ale stracił istotę z oczu.