25.03.2025, 21:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.05.2025, 20:40 przez Millie Moody.)
Kobiecość kotłowała się w kulturze, nie znajdując właściwego dla siebie ujścia i archetypu, który nie nosiłby w sobie znamion sprzeczności. Dziewica, kurwa, matka, kochanka, córka, starucha, opiekunka, hetera, łagodność i agresja spojone w jednym, nieustępliwym chaotycznym tańcu zmysłów, pragnień, oczekiwań, marzeń. Miles nie miała w sobie łagodności macierzyństwa, szala jej szaleństwa skutecznie uniemożliwiała jej jakąkolwiek stabilizację życiową. Jej jedyną kotwicą, jej kapitanem, latarnią, światłem za którym mknęła w mrokach otaczających ją koszmarów i wynaturzeń był Alastor. Ten, którego twardy, niezłomny kręgosłup moralny i poczucie obowiązku wobec wszystkich wkoło, stanowił metalowy pręt wbity głęboko w ziemię jej istnienia, po którym niczym łodyga grochu, mogła wznosić się w poszukiwaniu właściwego kierunku. Marzyła by być z metalu jak on, nie doceniając zieleni i życia, nie doceniając własnych możliwości, tak odmiennych, ale wciąż cennych.
Teraz jednak wiedziała kim jest, wpatrywała się w oblicze swojego brata, którego wypluło przecież łono tej samej kurwy. Przez myśl przemknęło jej zwątpienie, czy urok był na tyle silny, aby w ruchu i z tak bliska Baldwin nie przełamał słodkiego kłamstwa. A może tak mocno chciał wierzyć w to, że siedzi teraz na nim krew z krwi, ciało z ciała, najbliższa, ale prawem społeczności możliwie daleka bogini, władczyni jego marzeń, bezlitosnym chłodem nadająca właściwy, akceptowalny nurt ich relacji. Z pijackich rozmów, z pełnych dusznego erotyzmu obrazów wiedziała kto napędza jego krew. Teraz też, z reakcji ciała, czuła to dosadnie, żarem i podnieceniem, którego nie dało się przesłonić. Szarpnął nią i wydobył uśmiech, zakrzywił giętkie wargi, odsłonił białe zęby w nieprzeniknionym złocie oczu, gdy jej lustra duszy zaczęły miodowo zmieniać się, fluktuować miedzy ostrym, bezchmurnym niebem, ku słodyczy zachodu malującego ciepłą barwą sklepienie.
– Nie.– wycharczała twardo – To Ty jesteś mój.
Na tę krótką chwilę, na potrzeby fantazji, której trzeba było dotknąć, którą trzeba było skonsumować nie czekała dłużej, a wpiła w niego swoje usta, szukając smaku jego krwi, szukając miłości tak żarłocznej, że konsumującej samą siebie.
Teraz jednak wiedziała kim jest, wpatrywała się w oblicze swojego brata, którego wypluło przecież łono tej samej kurwy. Przez myśl przemknęło jej zwątpienie, czy urok był na tyle silny, aby w ruchu i z tak bliska Baldwin nie przełamał słodkiego kłamstwa. A może tak mocno chciał wierzyć w to, że siedzi teraz na nim krew z krwi, ciało z ciała, najbliższa, ale prawem społeczności możliwie daleka bogini, władczyni jego marzeń, bezlitosnym chłodem nadająca właściwy, akceptowalny nurt ich relacji. Z pijackich rozmów, z pełnych dusznego erotyzmu obrazów wiedziała kto napędza jego krew. Teraz też, z reakcji ciała, czuła to dosadnie, żarem i podnieceniem, którego nie dało się przesłonić. Szarpnął nią i wydobył uśmiech, zakrzywił giętkie wargi, odsłonił białe zęby w nieprzeniknionym złocie oczu, gdy jej lustra duszy zaczęły miodowo zmieniać się, fluktuować miedzy ostrym, bezchmurnym niebem, ku słodyczy zachodu malującego ciepłą barwą sklepienie.
– Nie.– wycharczała twardo – To Ty jesteś mój.
Na tę krótką chwilę, na potrzeby fantazji, której trzeba było dotknąć, którą trzeba było skonsumować nie czekała dłużej, a wpiła w niego swoje usta, szukając smaku jego krwi, szukając miłości tak żarłocznej, że konsumującej samą siebie.