Biedny był ten cały Aidanek w swoich problemach. Spierdolił pięć ostatnich raportów... Cóż... Stanley mógłby powiedzieć coś podobnego, a nie. Jednak nie mógł, ponieważ to on je pisał. Parkinson jednak był na tyle dobrym kompanem, że siedział przy tym biurku i dotrzymywał towarzystwa przy pisaniu rozległej dokumentacji. Czasem przyniósł kawę, tudzież lurę Ministerialną. Rzucił żartem. Ot, taka trochę symbioza, która zakwitła między dwójką - jeszcze wtedy - brygadzistów.
Co mógł mu powiedzieć? "Kiedyś to było"? No średnio. Z drugiej strony całkowicie go rozumiał. Wiedział jak to było z Bonesem. Wiedział jak to było z tą wiedźmą Moody.
A co do nowych? Trzeba było ich sobie wyszkolić. Aidan miał trochę przejebane jako ten bardziej doświadczony funkcjonariusz, ponieważ to właśnie jemu przypisywano żółtodziobów, aby mógł im pokazać z czym się je ten zawód. Pomyśleć, że to tylko z jednego powodu - faktu, że Borgin "wyfrunął" z Ministerstwa i Parkinson został bez swojego duetu.
Czy Stanley wróciłby do Brygady? Tak ale tylko dla ludzi, których tam poznał, a nie dla samej idei służenia z Harper czy innymi mądralami z jednostki. Brakowało mu Aidana czy Atreusa - nawet jeżeli ten przychodził się do nich wywyższać, wszak "wielki pan auror". Nawet ta nienawiść do Brenny była składową części służby u Borgina - takim nieodłącznym elementem, który kończył się rozsierdzeniem i chęcią na papierosa. Nie wspominając o Victorii, której widok powodował niemal PTSD, ponieważ zawsze słyszał ten jeden głos z Hogwartu, który mówił - Stanley, nie biegaj.
Szklanka szybko została opróżniona i to nie dlatego, że chciało mu się pić. O nie, nic bardziej mylnego. Stanley palił się do roboty. Nosiło go na jakąś wspólną akcję z Parkinsonem. Jak za starych, dobrych lat.
Tym razem - ich akcja - zakrawała o przemoc i wtargnięcie z włamaniem.
- Wolisz blondynki? - zasugerował. Dlaczego akurat blondynki? Nie było to trudne. Borgin je uwielbiał i jego towarzysz raczej o tym wiedział - Znam dobrych fachowców. Raz, dwa mogą mnie przefarbować - zapewnił. Oczywiście chodziło mu o nikogo innego jak Rodolphusa, który potrafił to i owo. Można było rzecz, że miał fach w ręku.
- Znasz bardzo dużo kolorów jak na tego, kim jesteś. Nie myślałeś o karierze malarza? - zapytał, stukając melodycznie w blat. Aidan mógł dostrzeć, że Stanley odrobinę nosi. Tak, jakby się nabuzował czy nażarł jakiejś amfetaminy, chociaż stronił od używek innych niż alkohol i papierosy.
Podstawił popielniczkę z jakiejś bocznej ławy, a następnie zgasił papierosa. Długo jednak mu nie zajęło, aby odpalić kolejnego. Nie grali w karty ale nałóg nie wybaczał.
- Ale tak na poważnie to rozumiem. Zrobimy to po mojemu - uniósł kącik ust - Gwarantuję, że będzie skomlał i błagał Cię o litość. Pasuje? - przetarł blat z niewidzialnego kurzu. To było też pytanie retoryczne, bo Stanley już powtarzał "crucio" w myślach, aby przypadkiem nie zapomnieć tej pięknej formułku. Avada była lekkim przerostem formy nad treścią. Chociaż, może to też było rozwiązanie?
- Powiedziałbym, że... - przeniósł wzrok na twarz Aidana - Szukaj, skoro dalej jesteś psem... Ekhhm... Funkcjonariuszem służb bezpieczeństwa - dodał pod nosem, dosyć cicho, aby inni tego nie usłyszeli - A jako, że się szanujemy to powiem tak - prowadź - uśmiechnął się szczerze pod nosem. Stanley był gotów, aby sprawiedliwości stało się za dość. Nikt mu nie będzie podnosił ręki na Parkinsona. No chyba, że byłaby to Victoria we własnej osobie, wszak sam się jej odrobinę obawiał... Odrobinę bardzo... Więc ona mogła.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972