Rita wsłuchiwała się w komunikat, który rozlegał się z radia. Cóż, nie wróżyło to niczego dobrego. Londyn faktycznie się palił. Nie miała pojęcia, gdzie są jej bracia. Matka powinna być w pracy... tyle dobrego, chociaż ona była bezpieczna. Nie odzywała się póki co, ani słowem. Pozwoliła sobie na chwilę odpłynąć, żeby znaleźć odpowiedzi na nurtujące ją pytania.
Wiedziała, że ona i jej bracia, i mama, oni wszyscy musieli się pilnować. To, że Charlotte postanowiła dawno temu uciec z kraju wraz z ich ojcem stawiało ich po tej nie do końca mile widzianej stronie w konflikcie czarodziejów, który właśnie przybierał na sile. Znajdowali się w niebezpieczeństwie. Nie obwiniała za to matki, tylko tych ludzi, którzy mieli klapki na oczach i podążali za jakimiś dziwnymi przekonaniami, o których już dawno powinni byli zapomnieć. Była zła, że nie umieli dostrzec tego absurdu. Czystokrwiści naprawdę mieli okropne podejście. Nie wszyscy, bo przecież jej wujkowie nie stronili od ich towarzystwa, więc nie do końca przeszkadzało im to, w kim zakochała się jej matka, ale dla niektórych było to nie do pomyślenia.
Zresztą Rita nauczyła się żyć tak, aby nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi, nie wydawało jej się to potrzebne. Potrafiła dostosowywać się do sytuacji. W przeciwieństwie do jej braci. Miała nadzieję, że są cali i zdrowi, chociaż czuła, że mogło im się przytrafić coś złego. Obawiała się okropnie o ich bezpieczeństwo, chociaż starała się nie dać tego po sobie poznać. Musiała być silna, dla nich.
Anielski spokój... tak. Wyprostowała się odruchowo, nie chcąc pokazać, że faktycznie zaczęła się martwić o swoich najbliższych. Musiała udawać, że ma nad sobą kontrolę. Nie powinna dawać ponieść się emocjom.
- Tak. Musimy ich znaleźć. - Nie było innej możliwości. Nie zamierzała zostać w Ministerstwie, kiedy oni byli gdzieś tam, Merlin sam wiedział gdzie.
- Mnie też nie tknie żaden ogień. - Mruknęła jeszcze cicho, bardziej do siebie, chyba chciała przypomnieć o tym, że mogła nadać się do tego, żeby odszukać braci. Theo jak ona posiadał te umiejętność, gorzej jednak z Jasperem, u niego te geny się nie pokazały, to o niego aktualnie najbardziej się martwiła.
Wujowie zaczęli wymieniać między sobą zdania. Nie do końca była w stanie wyłapać o czym mówili. Nie umknęło jej jednak to, że przeszli na francuski. W końcu doskonale znała ten język. Tłumaczyła przecież teksty. Nie zamierzała podsłuchiwać, jednak chcąc nie chcąc coś doszło do jej uszu. Czekała na dalsze rozkazy, bo to nie ona tutaj dowodziła. Zależało jej tylko na tym, żeby jej matka i bracia byli bezpieczni, nie wątpiła w to, że obecni tu mężczyźni nie pozwolą zrobić im krzywdy, byli w końcu rodziną.
- Powinien być w domu. - Odpowiedziała Jonathanowi, ale czy mogli mieć pewność? No nie. Niczego nie mogli być pewni. Nikt przecież nie spodziewał się tego, co się wydarzyło, prawda?
// przewagi język francuski, występowanie