23.03.2025, 23:25 ✶
Prudence była interesująca. Miała nad innymi przewagę w postaci choroby Milforda, co oznaczało, że jej głowę zaprzątało naprawdę od groma tematów, których nie była w stanie zapomnieć czy zignorować. To sprawiało, że się zamyślała, co samo w sobie nie było odpowiednio odbierane, a na domiar złego w kontaktach z ludźmi stawiała na chłodną rzeczowość, co z kolei nie dodawało ocieplenia jej wizerunkowi. Choć zapewne myślała inaczej. Była nieświadoma tego, w jaki sposób inni to odbierają i czemu się jej czepiają, więc nie lubiła ludzi, gdyż ich najnormalniej w świecie nie rozumiała. To było wzajemne. Tym samym była żywym dowodem na to, że istniał ktoś, kto posiadał jeszcze większą niechęć do przebywania wśród ludzi niż Elias, zresztą jej brat z krwi i kości.
Relacje międzyludzkie najzwyczajniej w świecie ją przerastały, więc wcisnąłem odpowiedni guzik, kiedy tylko usłyszałem Biuro Aurorów. Nie zamierzałem narażać jej na dodatkowe towarzystwo w windzie, a już ktoś tam zainteresowany unosił rękę, by na niego poczekać. Baju-baj!
Prudence, tak jak wspomniałem, należała do tego grona osób, których zachowanie śledziłem z zainteresowaniem. Potrzeba kontroli, porządek i schludność w ubiorze, na biurku, najlepiej też w głowie, unikanie kontaktu wzrokowego, niechętna uprzejmość. Zdaje się, że jeszcze szczypta napięcia w gestach i krótkie, rzeczowe pytania...? Chciała jak najszybciej zakończyć naszą rozmowę, do której, tak na dobrą sprawę, wcale jej nie zachęcałem.
Była jak książka, której nikt nie nauczył się dobrze czytać. Ludzie odbierali ją jako oschłą, a ona po prostu wiedziała, że świat jest pełen zgiełku, którego nie potrzebowała. Intrygowało mnie to, jak bardzo selektywna była jej uwaga – wybierała tylko to, co konieczne, odrzucając całą resztę. Jakby każde słowo kosztowało ją cenny procent energii.
Chciałem tylko znać cel jej podróży w związku z moim przejawem dżentelmeństwa, ale nie wycofałem się z tego. Wręcz przeciwnie, poszedłem za jej przykładem i oparłem się o ścianę windy. W taki mało elegancki sposób, gdyż wyciągnąłem nogi nieco przed siebie, ale chciałem tym zmniejszyć różnicę naszych wzrostów. Nikt raczej nie chce rozmawiać z olbrzymami.
– Ach, nie, nie te sprawy służbowe – stwierdziłem, zwracając jej uwagę na teczkę, którą trzymałem. Jakby była w stanie odczytać, co znajduje się w środku... Zresztą, miała podobną teczkę, ale pewnie znajdowały się w niej zdjęcia trupów i szczegółowe opisy sekcji zwłok. Uroczo.
– Okazało się, że jestem dłużnikiem Ministerstwa Magii... Zakładam, że to pomyłka, ale nim będę wskazywał palcem i osądzał, wpierw porozmawiam i wyjaśnię. – Brzmiało rozważnie? A jak! Z dorosłymi trzeba było jak z dziećmi. Cukierek na zachętę, a potem mów mi, ty mały gnoju, co masz za uszami! Ech, żartowałem sobie... Chyba.
– Ty z Biura Koronera. Cornelius ma dziś zły dzień...? – zapytałem, biorąc pod uwagę fakt, że wysyłał Prudence na pożarcie wilkom. Zapewne nic jej nie zrobią, w końcu to byli aurorzy, ale woń dymu bijąca od Prudence wskazywała na to, że przed tym spotkaniem na jednym papierosie się nie skończyło.
Nie byłem pewien, czy doczekam się odpowiedzi, bo winda jakby zadrgała, coś wymruczała niepocieszona i najzwyczajniej w świecie stanęła. Doskonale.
Relacje międzyludzkie najzwyczajniej w świecie ją przerastały, więc wcisnąłem odpowiedni guzik, kiedy tylko usłyszałem Biuro Aurorów. Nie zamierzałem narażać jej na dodatkowe towarzystwo w windzie, a już ktoś tam zainteresowany unosił rękę, by na niego poczekać. Baju-baj!
Prudence, tak jak wspomniałem, należała do tego grona osób, których zachowanie śledziłem z zainteresowaniem. Potrzeba kontroli, porządek i schludność w ubiorze, na biurku, najlepiej też w głowie, unikanie kontaktu wzrokowego, niechętna uprzejmość. Zdaje się, że jeszcze szczypta napięcia w gestach i krótkie, rzeczowe pytania...? Chciała jak najszybciej zakończyć naszą rozmowę, do której, tak na dobrą sprawę, wcale jej nie zachęcałem.
Była jak książka, której nikt nie nauczył się dobrze czytać. Ludzie odbierali ją jako oschłą, a ona po prostu wiedziała, że świat jest pełen zgiełku, którego nie potrzebowała. Intrygowało mnie to, jak bardzo selektywna była jej uwaga – wybierała tylko to, co konieczne, odrzucając całą resztę. Jakby każde słowo kosztowało ją cenny procent energii.
Chciałem tylko znać cel jej podróży w związku z moim przejawem dżentelmeństwa, ale nie wycofałem się z tego. Wręcz przeciwnie, poszedłem za jej przykładem i oparłem się o ścianę windy. W taki mało elegancki sposób, gdyż wyciągnąłem nogi nieco przed siebie, ale chciałem tym zmniejszyć różnicę naszych wzrostów. Nikt raczej nie chce rozmawiać z olbrzymami.
– Ach, nie, nie te sprawy służbowe – stwierdziłem, zwracając jej uwagę na teczkę, którą trzymałem. Jakby była w stanie odczytać, co znajduje się w środku... Zresztą, miała podobną teczkę, ale pewnie znajdowały się w niej zdjęcia trupów i szczegółowe opisy sekcji zwłok. Uroczo.
– Okazało się, że jestem dłużnikiem Ministerstwa Magii... Zakładam, że to pomyłka, ale nim będę wskazywał palcem i osądzał, wpierw porozmawiam i wyjaśnię. – Brzmiało rozważnie? A jak! Z dorosłymi trzeba było jak z dziećmi. Cukierek na zachętę, a potem mów mi, ty mały gnoju, co masz za uszami! Ech, żartowałem sobie... Chyba.
– Ty z Biura Koronera. Cornelius ma dziś zły dzień...? – zapytałem, biorąc pod uwagę fakt, że wysyłał Prudence na pożarcie wilkom. Zapewne nic jej nie zrobią, w końcu to byli aurorzy, ale woń dymu bijąca od Prudence wskazywała na to, że przed tym spotkaniem na jednym papierosie się nie skończyło.
Nie byłem pewien, czy doczekam się odpowiedzi, bo winda jakby zadrgała, coś wymruczała niepocieszona i najzwyczajniej w świecie stanęła. Doskonale.