23.03.2025, 10:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2025, 22:13 przez Lorraine Malfoy.)
Lorraine mogła być podobna wodom oblewającym skaliste wybrzeża Wyspy Umarłych.
Mogła być spokojnym szmerem fal, które przychodziły i odchodziły w naturalnym rytmie przypływów i odpływów, rozkołysane łagodnym tembrem głosu Anthony'ego. Trwała, zasłuchana w skrzydlate słowa, ulatujące z jego ust niczym nadmorskie ptaki. Nie musiały bać się wodnej kipieli, choć ta wydawała się równie bezkresna, co rozciągające się nad nią przestworza.
Mogła być łoskotem zwałów piany morza podrażnionego sztormem. Gwałtownym szkwałem, który kazał jej otulić się ciaśniej ciemnozielonym, wełnianym szalem, nim poderwał ją z krzesła nieoczekiwanym przybojem. Próżno było jednak oczekiwać ogłuszającego huku wody, bo Lorraine milczała, a jej milczenie przypominało, że morze było najstraszliwsze nie wtedy, gdy wzbierało gniewem, lecz gdy zmuszało do dryfowania w pasie ciszy.
Towarzyszyć, powtórzyła w myślach Lorraine. Cóż to znaczy, "towarzyszyć"? W tę i z powrotem, jak powracająca fala, kroczyła powoli, tak jak to miała w zwyczaju, gdy pochłaniały ją rozmyślania, każdy jej krok niczym recytatyw kantaty. Czy nie byłam ci miłą towarzyszką przez przeszło siedem lat? Tysiące godzin spędzonych na wspólnych rozmowach, tysiące wymienionych słów i spojrzeń. Tysiące uśmiechów, zanim poznał ten prawdziwy – nauczył się go szukać w jej twarzy tylko po to, aby ten zawsze mógł znaleźć go pierwszy – bo uśmiech Lorraine znajdował Anthony'ego zanim ten jeszcze zaczynał go szukać.
Nikły uśmiech i teraz zadrgał na jej wargach, gdy przystanęła odwrócona profilem, z wzrokiem utkwionym w poruszanych delikatnym wiatrem gałązkach starannie przystrzyżonych krzewów, wciąż jeszcze pokrytych kwieciem. Dłonie trzymała jak do modlitwy, elegancko splecione przed sobą, jak gdyby chciała ukryć przed Anthony'm zwyczajowy niepokój swych palców, tych wiecznie w ruchu, tych wiecznie wygrywających sobie tylko znane melodie. Czy chciał, aby przygrała mu dzisiaj na fortepianie pieśń ku pokrzepieniu serc, jedną z falujących egzaltacją symfonii Brücknera, czy wolał prostszego, bardziej bezpośredniego, acz nie mniej patetycznego Bacha?
Czy potrzebował spolegliwej córki z oczami tchnącymi łagodnością, pochylającej się, aby czule ucałować ojcowskie czoło, czy sprytnej legilimentki z sercem równie hardym, co jego spojrzenie, która śladami pocałunków znaczyła drogę do wnętrza umysłu? Czy chciał dzisiaj grać rolę ojca? Czy biznesmana z kolekcjonerskim zacięciem?
Lorraine słuchała Anthony’ego jak morze słucha wiatru. Tak jak wiatr może wzburzyć fale lub uspokoić ich powierzchnię, tak jego słowa zmieniały ją, ale nie jej naturę, nie rytm jej pływów. Głowę trzymała prosto, nie pozwalając sobie na zanurzenie się w kipieli rozważań, na dryfowanie pośród domysłów. Nie pozwalając sobie na dopowiadanie znaczeń, których nie ma, nigdy nie było i nie będzie.
– Jako kto?
Odwróciła się, aby móc spojrzeć Anthony'emu w oczy, bo w czasie huraganu najbezpieczniej było przecież w samym oku cyklonu.
Mogła być spokojnym szmerem fal, które przychodziły i odchodziły w naturalnym rytmie przypływów i odpływów, rozkołysane łagodnym tembrem głosu Anthony'ego. Trwała, zasłuchana w skrzydlate słowa, ulatujące z jego ust niczym nadmorskie ptaki. Nie musiały bać się wodnej kipieli, choć ta wydawała się równie bezkresna, co rozciągające się nad nią przestworza.
Mogła być łoskotem zwałów piany morza podrażnionego sztormem. Gwałtownym szkwałem, który kazał jej otulić się ciaśniej ciemnozielonym, wełnianym szalem, nim poderwał ją z krzesła nieoczekiwanym przybojem. Próżno było jednak oczekiwać ogłuszającego huku wody, bo Lorraine milczała, a jej milczenie przypominało, że morze było najstraszliwsze nie wtedy, gdy wzbierało gniewem, lecz gdy zmuszało do dryfowania w pasie ciszy.
Towarzyszyć, powtórzyła w myślach Lorraine. Cóż to znaczy, "towarzyszyć"? W tę i z powrotem, jak powracająca fala, kroczyła powoli, tak jak to miała w zwyczaju, gdy pochłaniały ją rozmyślania, każdy jej krok niczym recytatyw kantaty. Czy nie byłam ci miłą towarzyszką przez przeszło siedem lat? Tysiące godzin spędzonych na wspólnych rozmowach, tysiące wymienionych słów i spojrzeń. Tysiące uśmiechów, zanim poznał ten prawdziwy – nauczył się go szukać w jej twarzy tylko po to, aby ten zawsze mógł znaleźć go pierwszy – bo uśmiech Lorraine znajdował Anthony'ego zanim ten jeszcze zaczynał go szukać.
Nikły uśmiech i teraz zadrgał na jej wargach, gdy przystanęła odwrócona profilem, z wzrokiem utkwionym w poruszanych delikatnym wiatrem gałązkach starannie przystrzyżonych krzewów, wciąż jeszcze pokrytych kwieciem. Dłonie trzymała jak do modlitwy, elegancko splecione przed sobą, jak gdyby chciała ukryć przed Anthony'm zwyczajowy niepokój swych palców, tych wiecznie w ruchu, tych wiecznie wygrywających sobie tylko znane melodie. Czy chciał, aby przygrała mu dzisiaj na fortepianie pieśń ku pokrzepieniu serc, jedną z falujących egzaltacją symfonii Brücknera, czy wolał prostszego, bardziej bezpośredniego, acz nie mniej patetycznego Bacha?
Czy potrzebował spolegliwej córki z oczami tchnącymi łagodnością, pochylającej się, aby czule ucałować ojcowskie czoło, czy sprytnej legilimentki z sercem równie hardym, co jego spojrzenie, która śladami pocałunków znaczyła drogę do wnętrza umysłu? Czy chciał dzisiaj grać rolę ojca? Czy biznesmana z kolekcjonerskim zacięciem?
Lorraine słuchała Anthony’ego jak morze słucha wiatru. Tak jak wiatr może wzburzyć fale lub uspokoić ich powierzchnię, tak jego słowa zmieniały ją, ale nie jej naturę, nie rytm jej pływów. Głowę trzymała prosto, nie pozwalając sobie na zanurzenie się w kipieli rozważań, na dryfowanie pośród domysłów. Nie pozwalając sobie na dopowiadanie znaczeń, których nie ma, nigdy nie było i nie będzie.
– Jako kto?
Odwróciła się, aby móc spojrzeć Anthony'emu w oczy, bo w czasie huraganu najbezpieczniej było przecież w samym oku cyklonu.