18.03.2025, 22:05 ✶
Przyjąłem jej słowa, ale nie mogłem się z nimi zgodzić. Nie od razu. Nie w tej chwili. Może nigdy.
Nie miało znaczenia, że Laurent prowokował. Właściwie wtedy oboje prowokowaliśmy siebie nawzajem… Ale w ostatecznym rozrachunku to ja byłem tym, który uległ. To ja rzuciłem się na niego jak zwierzę, wgryzłem się w jego gardło, poczułem smak, o którym nie powinienem nawet myśleć. A jednak fantazjowałem o jego krwi do tego stopnia, że kiedy nadarzyła się okazja, zrobiłem to. Zasady były proste – nie polowało się. A jednak polowałem. Jedyna różnica polegała na tym, że Laurent przeżył. Cudem. I to nie ja go ocaliłem.
Victoria mówiła o wampirzej społeczności, o tym, że istnienie wampirów nie jest zakazane, że Ministerstwo miało na to odpowiednie paragrafy i urzędników. Oczywiście, że miało. Prawo. Sztuczne, martwe przepisy, które miały uspokoić ludzi i te marne imitacje ludzi – uspołecznione wampiry. Dać im złudzenie, że można nad tym panować. Że można ująć w ramy coś, co wymykało się kontroli.
A jeszcze znalazł w tym miejsce nawet Sauriel! Pracownik Ministerstwa, Biuro Kontaktu z Wampirami. Śmiechu warte.
Nie ufałem wampirom.
Nie ufałem Saurielowi.
Nie ufałem sobie.
Nie spodziewałem się, że Victoria tak wyraźnie stanie po tej stronie. Zmarszczyłem brwi, śledząc jej spojrzenie, pełne irytacji i złości. Wywróciła oczami, jakbym przesadzał, jakby moje słowa były niepotrzebnym dramatyzowaniem. Jakbym był kolejnym zagubionym dzieciakiem, któremu trzeba wytłumaczyć podstawowe zasady funkcjonowania świata. A ja po prostu próbowałem odnaleźć się w czymś, co było sprzeczne ze mną na każdym poziomie.
I wtedy padło to jedno zdanie. To, które sprawiło, że zesztywniałem. Nie zaatakowałeś Laurenta wbrew jego woli, tylko zgodnie z jego wolą.
Jak można było chcieć zostać zaatakowanym przez wampira? To przeczyło jakiejkolwiek logice.
Patrzyłem na nią, czując, jak coś we mnie się zaciska. Jakbym trzymał w płucach powietrze i nie potrafił go wypuścić. Żal? Czułem żal? Niewyobrażalny żal?!
– Wszystko sobie wyjaśniliśmy z Laurentem – wyrzuciłem z siebie, zanim zdążyłem się powstrzymać. Mój głos był twardy, bardziej szorstki, niż zamierzałem. To była jedna z najgorszych nocy w moim życiu, a teraz znowu wracała. Wracała jak cholerny bumerang.
– A Sauriel jest po prostu jednym z tych twoich nieskazitelnych wampirów – dodałem, zaciskając dłonie w pięści.
Słowa były ostrzejsze, niż planowałem, ale nie mogłem ich cofnąć. Wbiłem wzrok w pustą przestrzeń, skupiając się na niewidzialnym punkcie, byle nie patrzeć jej w oczy.
Byłem wampirem.
Byłem łowcą.
Byłem kimś pomiędzy i nikim zarazem.
I to mnie tak cholernie wkurwiało.
Polowałem na swojego stwórcę nie bez powodu. Był zdeprawowanym wampirem. Takim, na którego wystawiono list gończy. Nie znałem Sauriela, ale z jego słów wynikało, że też miał swoje za uszami, więc… Victoria chyba w ogóle nie miała pojęcia o świecie.
Pięknie ubarwione historie Ministerstwa? Mogliby pisać bajki, ale życie bajką nie było.
Skinąłem jej głową, dając znać, że przyjąłem jej słowa do siebie. Nie chciałem jeszcze bardziej pogarszać naszej relacji, ale miałem wiele do przemyślenia. O sobie. O nich.
Obróciłem się na pięcie i wbiegłem po schodach na górę, uważając – rzecz jasna – na szpiegujące tam koty. A potem wybiegłem w mrok nocy.
Potrzebowałem poczuć, że żyję.
Był tylko jeden problem – byłem martwy.
Nie miało znaczenia, że Laurent prowokował. Właściwie wtedy oboje prowokowaliśmy siebie nawzajem… Ale w ostatecznym rozrachunku to ja byłem tym, który uległ. To ja rzuciłem się na niego jak zwierzę, wgryzłem się w jego gardło, poczułem smak, o którym nie powinienem nawet myśleć. A jednak fantazjowałem o jego krwi do tego stopnia, że kiedy nadarzyła się okazja, zrobiłem to. Zasady były proste – nie polowało się. A jednak polowałem. Jedyna różnica polegała na tym, że Laurent przeżył. Cudem. I to nie ja go ocaliłem.
Victoria mówiła o wampirzej społeczności, o tym, że istnienie wampirów nie jest zakazane, że Ministerstwo miało na to odpowiednie paragrafy i urzędników. Oczywiście, że miało. Prawo. Sztuczne, martwe przepisy, które miały uspokoić ludzi i te marne imitacje ludzi – uspołecznione wampiry. Dać im złudzenie, że można nad tym panować. Że można ująć w ramy coś, co wymykało się kontroli.
A jeszcze znalazł w tym miejsce nawet Sauriel! Pracownik Ministerstwa, Biuro Kontaktu z Wampirami. Śmiechu warte.
Nie ufałem wampirom.
Nie ufałem Saurielowi.
Nie ufałem sobie.
Nie spodziewałem się, że Victoria tak wyraźnie stanie po tej stronie. Zmarszczyłem brwi, śledząc jej spojrzenie, pełne irytacji i złości. Wywróciła oczami, jakbym przesadzał, jakby moje słowa były niepotrzebnym dramatyzowaniem. Jakbym był kolejnym zagubionym dzieciakiem, któremu trzeba wytłumaczyć podstawowe zasady funkcjonowania świata. A ja po prostu próbowałem odnaleźć się w czymś, co było sprzeczne ze mną na każdym poziomie.
I wtedy padło to jedno zdanie. To, które sprawiło, że zesztywniałem. Nie zaatakowałeś Laurenta wbrew jego woli, tylko zgodnie z jego wolą.
Jak można było chcieć zostać zaatakowanym przez wampira? To przeczyło jakiejkolwiek logice.
Patrzyłem na nią, czując, jak coś we mnie się zaciska. Jakbym trzymał w płucach powietrze i nie potrafił go wypuścić. Żal? Czułem żal? Niewyobrażalny żal?!
– Wszystko sobie wyjaśniliśmy z Laurentem – wyrzuciłem z siebie, zanim zdążyłem się powstrzymać. Mój głos był twardy, bardziej szorstki, niż zamierzałem. To była jedna z najgorszych nocy w moim życiu, a teraz znowu wracała. Wracała jak cholerny bumerang.
– A Sauriel jest po prostu jednym z tych twoich nieskazitelnych wampirów – dodałem, zaciskając dłonie w pięści.
Słowa były ostrzejsze, niż planowałem, ale nie mogłem ich cofnąć. Wbiłem wzrok w pustą przestrzeń, skupiając się na niewidzialnym punkcie, byle nie patrzeć jej w oczy.
Byłem wampirem.
Byłem łowcą.
Byłem kimś pomiędzy i nikim zarazem.
I to mnie tak cholernie wkurwiało.
Polowałem na swojego stwórcę nie bez powodu. Był zdeprawowanym wampirem. Takim, na którego wystawiono list gończy. Nie znałem Sauriela, ale z jego słów wynikało, że też miał swoje za uszami, więc… Victoria chyba w ogóle nie miała pojęcia o świecie.
Pięknie ubarwione historie Ministerstwa? Mogliby pisać bajki, ale życie bajką nie było.
Skinąłem jej głową, dając znać, że przyjąłem jej słowa do siebie. Nie chciałem jeszcze bardziej pogarszać naszej relacji, ale miałem wiele do przemyślenia. O sobie. O nich.
Obróciłem się na pięcie i wbiegłem po schodach na górę, uważając – rzecz jasna – na szpiegujące tam koty. A potem wybiegłem w mrok nocy.
Potrzebowałem poczuć, że żyję.
Był tylko jeden problem – byłem martwy.