17.03.2025, 22:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.03.2025, 22:12 przez The Lightbringer.)
Pory roku przychodziły i odchodziły, tak samo jak cyrk. Niedługo znów spakują namiot, wsiądą do swych kolorowych wozów i odjadą, hen daleko, z piosenką na ustach, tak jak śpiewające ptaki, z końcem lata ulatujące do ciepłych krajów. Choć po lecie pozostały mu już tylko wspomnienia żaru lejącego się z nieba, resztki letniego słońca wciąż jeszcze zlepiały rzęsy Jima, który – złożywszy głowę na kolanach Layli – mrugał uporczywie, starając się nie zasnąć, otoczony harmidrem głosów rodzeństwa. Jeszcze wino krążyło wśród nich, sączone z bukłaka, jeszcze świece rzucały na namiot cyrkowy ruchome cienie, jeszcze powietrze było gęste od zapachu kadzidła, ognia i rozgrzanego ciała.
Udając, że wcale nie musiał stłumić przed chwilą ziewnięcia, Jim pokiwał głową z uznaniem, gdy Layla pokazała mu wykonaną przez siebie laleczkę.
– Ma ręce – powtórzył sennie, podparłszy się na łokciu, aby móc lepiej przyjrzeć się jej robocie. – Ma ręce, więc teraz może się modlić i kraść. Nic więcej nie trzeba.
Jim sięgnął po laleczkę, uśmiechnąwszy się do pociesznej buziuchny wyrytej na chropowatej powierzchni kolby. Przesunął kciukiem po żłobieniu ust układających się w uśmiech, jak Bóg, który podziwia dzieło stworzenia, zanim zdecyduje się tchnąć w nie życie.
Przymknął oczy, pozwoliwszy myślom plątać się jak cieniom cyrkowych lin pnącym się po ścianach namiotu, jak smużkom dymu dopalającego się kadzidła, ulatującym ku niebu jak modlitwy. Zasnął, kołysany do snu dźwiękiem dud Fiery, cichym pobrzękiwaniem dzwoneczków przytroczonych do skradzionej z kościoła kadzielnicy i ciepłą obecnością cyrkowej trupy.
Udając, że wcale nie musiał stłumić przed chwilą ziewnięcia, Jim pokiwał głową z uznaniem, gdy Layla pokazała mu wykonaną przez siebie laleczkę.
– Ma ręce – powtórzył sennie, podparłszy się na łokciu, aby móc lepiej przyjrzeć się jej robocie. – Ma ręce, więc teraz może się modlić i kraść. Nic więcej nie trzeba.
Jim sięgnął po laleczkę, uśmiechnąwszy się do pociesznej buziuchny wyrytej na chropowatej powierzchni kolby. Przesunął kciukiem po żłobieniu ust układających się w uśmiech, jak Bóg, który podziwia dzieło stworzenia, zanim zdecyduje się tchnąć w nie życie.
Przymknął oczy, pozwoliwszy myślom plątać się jak cieniom cyrkowych lin pnącym się po ścianach namiotu, jak smużkom dymu dopalającego się kadzidła, ulatującym ku niebu jak modlitwy. Zasnął, kołysany do snu dźwiękiem dud Fiery, cichym pobrzękiwaniem dzwoneczków przytroczonych do skradzionej z kościoła kadzielnicy i ciepłą obecnością cyrkowej trupy.
Koniec sesji
gniew mój wybuchnie
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić