16.03.2025, 22:20 ✶
— Twoje problemy to nie moja sprawa.
— Zwykle, tak. Ale dopóki masz do mnie interes, mój problem jest też twoim. Rozumiesz?
— Rozumiem, że nie wiesz, jak zwykłem je rozwiązywać. Ta rozmowa zaczyna być męcząca.
— Wiem. Słuchaj, Skoll, stary, nie chcesz stracić swojego kontaktu, obaj to wiemy. Słuchaj, schrzaniłem pewną sprawę... straciłem towar. Nie twój. Ale jeśli go nie odzyskam, będzie po mnie.
— Czyżby?
— Baron każe mnie zapierdolić...
— ... Kurwa.
— Jego ludzie nie lubią niespodzianek, zosta...
— A JA MAM LUBIĆ?
— ... Jeśli to się rozniesie, będę skończony.
— Hrrr.
— W tym momencie nie wiem, komu jeszcze mógłbym to zlecić, a...
— Co zgubiłeś?
Jeden krok za drugim wiodły go w stronę targowiska, a im był bliżej, tym więcej twarzy pojawiało się na chodnikach. Więcej sylwetek do wyminięcia, aż miał wrażenie, że robi się niewygodnie tłoczno, jakby musiał lawirować między porozrzucanymi kartonami i walającymi się butelkami po tanim piwie. Innymi słowy, jeden wielki śmietnik i to w dodatku ruchomy. Spojrzenie Greybacka biegało od jednej twarzy do drugiej, rejestrując rysy, te niepozornie łagodne, tamte ostre, piegi, pryszcz, blizna pod okiem, nierówno narysowana kredką brew na czole starszej pani. Miał wrażenie, że ją kojarzy, że to właśnie ta dzielna babuszka, która diabłów się nie boi, bo mieszkała tu od lat i żaden chuligan jej do wyprowadzki nie zmusi.
Nie wnikał.
Szyld marketu już wystawał nad głowami przechodniów, wyrastał z linii kamienic jak sucha gałąź. Skoll przyspieszył kroku, skupiając się na nieciekawie wyglądającej konstrukcji dachu i ścian, jakby czegoś w nich szukał, ale nie był pewien, co to dokładnie ma być. Może drogi na górę, a może kryjówki.
Wtedy właśnie postanowił ni stąd ni zowąd skręcić w alejkę między kamienicami i dojść do jednego z bocznych wejść na teren targowy, jednak ten plan spalił na samym początku, bo przypadkowo zaszedł drogę dziewczynie, która siłą rzeczy na niego wpadła.
— Uważaj... — Urwał i ciężko powiedzieć, jak pierwotnie miało brzmieć to zdanie, ale na widok Faye zmarszczył brwi. — ... jak chodzisz. Co ty tu znowu robisz? — Znowu szukała kłopotów, to jasne. Pytanie tylko po co i czemu tak bardzo jej się podobały. Względnie szukała Maddoxa, więc kłopotów z własną świadomością i światopoglądem.
— Zwykle, tak. Ale dopóki masz do mnie interes, mój problem jest też twoim. Rozumiesz?
— Rozumiem, że nie wiesz, jak zwykłem je rozwiązywać. Ta rozmowa zaczyna być męcząca.
— Wiem. Słuchaj, Skoll, stary, nie chcesz stracić swojego kontaktu, obaj to wiemy. Słuchaj, schrzaniłem pewną sprawę... straciłem towar. Nie twój. Ale jeśli go nie odzyskam, będzie po mnie.
— Czyżby?
— Baron każe mnie zapierdolić...
— ... Kurwa.
— Jego ludzie nie lubią niespodzianek, zosta...
— A JA MAM LUBIĆ?
— ... Jeśli to się rozniesie, będę skończony.
— Hrrr.
— W tym momencie nie wiem, komu jeszcze mógłbym to zlecić, a...
— Co zgubiłeś?
* * *
Jeden krok za drugim wiodły go w stronę targowiska, a im był bliżej, tym więcej twarzy pojawiało się na chodnikach. Więcej sylwetek do wyminięcia, aż miał wrażenie, że robi się niewygodnie tłoczno, jakby musiał lawirować między porozrzucanymi kartonami i walającymi się butelkami po tanim piwie. Innymi słowy, jeden wielki śmietnik i to w dodatku ruchomy. Spojrzenie Greybacka biegało od jednej twarzy do drugiej, rejestrując rysy, te niepozornie łagodne, tamte ostre, piegi, pryszcz, blizna pod okiem, nierówno narysowana kredką brew na czole starszej pani. Miał wrażenie, że ją kojarzy, że to właśnie ta dzielna babuszka, która diabłów się nie boi, bo mieszkała tu od lat i żaden chuligan jej do wyprowadzki nie zmusi.
Nie wnikał.
Szyld marketu już wystawał nad głowami przechodniów, wyrastał z linii kamienic jak sucha gałąź. Skoll przyspieszył kroku, skupiając się na nieciekawie wyglądającej konstrukcji dachu i ścian, jakby czegoś w nich szukał, ale nie był pewien, co to dokładnie ma być. Może drogi na górę, a może kryjówki.
Wtedy właśnie postanowił ni stąd ni zowąd skręcić w alejkę między kamienicami i dojść do jednego z bocznych wejść na teren targowy, jednak ten plan spalił na samym początku, bo przypadkowo zaszedł drogę dziewczynie, która siłą rzeczy na niego wpadła.
— Uważaj... — Urwał i ciężko powiedzieć, jak pierwotnie miało brzmieć to zdanie, ale na widok Faye zmarszczył brwi. — ... jak chodzisz. Co ty tu znowu robisz? — Znowu szukała kłopotów, to jasne. Pytanie tylko po co i czemu tak bardzo jej się podobały. Względnie szukała Maddoxa, więc kłopotów z własną świadomością i światopoglądem.