15.03.2025, 16:36 ✶
Ależ oczywiście, że doskonale zdawał sobie sprawę z doboru słów, jakie padały z jego ust. Wbrew pozorom i poniekąd zupełnie przeciwnie do tego, co ostatnio przychodziło mu wręcz zatrważająco łatwo podczas coraz liczniejszych dyskusji z Geraldine, Ambroise rzadko kiedy plótł trzy po trzy. Zazwyczaj doskonale wiedział, co robi. Korzystał z sytuacji, potrafił odpowiednio sformułować wypowiedź, dostosowując ją zarówno do okoliczności, jak i do rozmówcy. W tym konkretnym przypadku też to robić.
Tym bardziej, że przecież miał nad sobą panować i być miły. Czyż właśnie taki nie był? Grzeczny, kulturalny? Pozwolił sobie nawet na nieznaczny uśmiech, kiedy wyciągnął wolną rękę do Isaaca, odpowiadając na przywitanie. Kiwnął głową w jego stronę, po czym całkiem mocno, choć nie przesadnie (raczej standardowo, tym razem nie na pokaz), uścisnął dłoń gospodarza.
Miał chłodne ręce, znacznie zimniejsze niż zazwyczaj, szczególnie od czasu wydarzeń w Kniei. Raczej długie palce, dosyć smukłe w zastawieniu z jego posturą i sylwetką. Bez wątpienia pewny chwyt i swego rodzaju medyczną (co się zresztą dziwić, profesja robiła swoje) stabilność dłoni. Ręka nie zadrżała mu ani nie zadygotała przy wymianie gestów uprzejmości i całkiem spokojnych (choć ze strony Greengrassa jednocześnie dosyć przenikliwych) spojrzeń.
Drugą nadal trzymał na talii Geraldine, nie sprawiając przy tym wrażenia, jakby jakoś specjalnie przejmował się faktem, że tak właściwie nie powinien tego robić. Gesty kolejny raz przeczyły słowom. To też była ich nowa, całkiem świeża (bo około tygodniowa) domena. Z jednej strony nie spotykali się ze sobą. Z drugiej fizyczne reakcje i zachowania mogły sugerować zupełnie coś innego. Szczególnie, gdy trochę zbyt mocno się zapominał, instynktownie wracając do głęboko zakorzenionych odruchów nabytych przez te wszystkie wspólne lata, gdy jeszcze było między nimi dobrze.
Oczywiście, nie umknął mu sposób, w jaki spojrzała na niego Yaxleyówna. Zresztą czego jak czego, ale zdecydowanie spodziewał się takiej reakcji z jej strony. Doskonale wiedział, że miała wyłapać to jedno konkretne słowo. Z pozoru całkowicie niewinne, jednak w praktyce zazwyczaj wykorzystywane przez niego, aby podkreślić swoje niezadowolenie z sytuacji.
Tak, wtedy zawsze wszystko było wyśmienite. Nie parszywe, nie godne pożałowania, nie beznadziejne. Nie, nie. Ze wszech miar wyśmienite, toteż tego wyjątkowego wczesnego poranka w istocie wyśmienicie było spotkać się w sklepie piśmienniczym w Dolinie Godryka. W dodatku z kimś, do kogo Roise być może nie miał praktycznie żadnych podstaw, by mieć coś personalnie. Ale no właśnie...
...jedno równie kluczowe słowo: praktycznie. Praktycznie żadnych, bo gdyby miał być całkowicie szczery (a rzadko kiedy nie był w takich kwestiach) to jakoś nie do końca był w stanie przejść całkiem obojętnie wobec tego, w jaki sposób Geraldine niemal zawsze wypowiadała się o swoim starym znajomym. Mało o kim mówiła za każdym razem w tak pełen superlatywów sposób.
Kiedy zatem w stosunku do siebie słyszał (nie da się ukryć - szczególnie ostatnio) chuje muje, dzikie węże i inne jakże przyjemne stwierdzenia. Rzecz jasna, niespecjalnie je do siebie biorąc, bo przez miniony tydzień padło między nimi stosunkowo dużo mniej lub bardziej nieprzemyślanych słów, ale...
...no tak. Nie dało się nie zauważyć pewnego kontrastu, który dosyć mocno działał mu na nerwy. Nie mówiąc o tym, że Ambroise także sam w sobie nie był osobą, która zbyt ochoczo korzystała z pomocy innych ludzi. Zazwyczaj wyglądało to całkowicie w drugą stronę. Preferował bycie wybiórczym dawcą, nie biorcą. Nie lubił wisieć komuś przysług. Szczególnie, że prędzej czy później zawsze należało je jakoś zwrócić.
Mimo to, tym razem nie mieli innego wyjścia. Musieli skorzystać z uprzejmości znajomego, więc starał się być przy tym dokładnie taki jak mu to zasugerowano. Przeuprzejmy. Choć, gdy dołączył do nich ich trzeci towarzysz, również bardzo ochoczo włączając się w komplementowanie zmiany w wizerunku Isaaca, Roise niemal parsknął pod nosem. Nie ma co kryć to znaczy: jest i właśnie to teraz robił trochę go to rozbawiło.
- Ależ tak. Z pewnością - odpowiedział, całkowicie celowo pozostawiając do luźnej interpretacji to, do czego pił w tym momencie.
Czy chodziło o wtopienie się w tłum mugoli, czy o to, że wąs Bagshota był wyjątkowo uwodzicielski, czy o problemy w Dolinie Godryka? Tak.
Zaraz potem ponownie zabrał jednak głos, kiwając głową i...
...kolejny raz niczego nie uściślając.
- Fakt - przytaknął bez większego trudu.
Zdecydowanie nie zamierzając w żaden sposób głębiej wdawać się w dyskusję na temat tego, co mugole mogli sądzić o wszystkim tym, co działo się w Dolinie. A bynajmniej sam też mógł całkiem sporo wyrokować, poza minionym tygodniem, mieszkając tu tak naprawdę przez większość czasu poza dyżurami w Londynie. Mieszkanie przy Horyzontalnej, jakie zajmował w mieście, nie było jego głównym domem. Od praktycznie półtora roku ponownie rezydował w rodzinnej posiadłości na skraju Kniei Godryka.
Nie było to jednak coś, czym wyjątkowo mocno by się chwalił. Nie uważał tego za ujmę na honorze, nawet jeśli powrót na stare śmieci po kilku latach układania sobie dorosłego życia gdzieś indziej nie był niczym, co mógłby kiedykolwiek docenić. Może nie wrócił tu z podkulonym ogonem, nie czuł także potrzeby tłumaczenia swojej decyzji.
Po prostu któregoś dnia zjawił się w domu, informując bliskich o tym, że odtąd mogą z powrotem uważać go za mieszkańca. Z początku zajmując swoje stare pokoje w głównym budynku, ale stosunkowo szybko przenosząc się do odremontowanego budynku gospodarczego przy szklarniach przerobionego na samodzielne mieszkanie.
Miał zatem bardzo dobry ogląd na to wszystko, co działo się w okolicy. Był również na tyle bezpośrednio związany z Knieją (i to nie tylko przez rodowe prawa własności), że kwestia widm była dla niego wyjątkowo naglącą sprawą. Cholernie trudno było przez cały czas czuć się ostatnio w ten sposób. Momentami lepiej, momentami gorzej, zawsze niewłaściwie i nieswojo. Na pograniczu podświadomości wiedząc, co dzieje się z gęstwiną, ostatnio zaś mając tego większą, znacznie głębszą świadomość.
Geraldine nie była bowiem jedyną osobą, która wyniosła coś z nocnej wizyty w lesie. Tyle tylko, że o ile jej wspomnienia mogły nieść ze sobą wyjątkowo przydatne wskazówki i informacje, te jego były po prostu obciążające. Zarówno mentalnie, jak i poniekąd także fizycznie. Od tamtej pory nie czuł się już całkowicie jak on.
Ostatnie dwa lata wyjątkowo go przeciągnęły. W porównaniu do tego, w jaki sposób zachowywał się jeszcze w czasach szkolnych czy do pewnego stopnia przez większość dorosłego życia, obecnie był dużo bardziej milczący. Może nie do końca markotny, ale dostrzegalnie zdystansowany. Utrzymywał neutralny, kulturalny wyraz twarzy, ale oczami bacznie obserwował Isaaca. Być może Rina ufała Bagshotowi...
...ale on? Ambroise zdecydowanie tego nie robił. Miał raczej wąskie grono zaufanych ludzi, nie był wyjątkowo skory do dawania komukolwiek kredytu zaufania. Prawdopodobnie w każdym innym wypadku tu także by tego nie zrobił, ale nie istniała praktycznie żadna inna opcja, prawda? Chcąc nie chcąc, pojawił się tu w towarzystwie dwojga ludzi, którym ufał po to, żeby brać udział we włączeniu w sprawę kogoś, o kim praktycznie nic nie wiedział.
No, poza tym, że jego dziewczyna ewidentnie nie widziała w historyku żadnych wad, co już samo w sobie w zupełności wystarczyło, aby Roise był wobec niego wyjątkowo sceptyczny. Lekko mówiąc, mimo że zamierzał zachowywać to dla siebie, bo przecież miał być miły.
No to był.
Całkiem miło stał już nie z boku a pomiędzy dwojgiem towarzyszy, pozostawiając w rękach Geraldine wyjaśnienie wszystkich szczegółów, samemu zaś przez ten czas obserwując otoczenie. To była wyjątkowo dyskretna, bardzo istotna kwestia. Sam w sobie nie miał aż tak znaczącej roli jak Rina czy Benjy, miał tego pełną świadomość, toteż bez większych oporów przyjął tu rolę milczącego obserwatora.
Bodyguarda patrząc po zachowaniu i posturze tudzież psa obronnego głównie jego dziewczyny (ale poniekąd też reszty towarzystwa), bo w końcu mieli czasy jakie mieli. Był wczesny poranek, nikt nie wiedział o ich spotkaniu, teoretycznie nie powinno wydarzyć się nic nieoczekiwanego, ale...
...no właśnie. Mimo wszystko zachowywał czujność. Być może trochę nazbyt dostrzegalną, ujmując sobie przy tym część pozorów, bo magomedycy raczej nie zwykli strzyc uszami w ten sposób. Byli czujni i gotowi do reakcji, ale inaczej. To były nawyki wyniesione z tej drugiej profesji, jednak w tym wypadku nie zamierzał bagatelizować sytuacji. W końcu widma zaczęły pojawiać się w Dolinie, mieli magiczną wojnę, świat nie był już zupełnie spokojny. Należało mieć to na uwadze.
Tym bardziej, że przecież miał nad sobą panować i być miły. Czyż właśnie taki nie był? Grzeczny, kulturalny? Pozwolił sobie nawet na nieznaczny uśmiech, kiedy wyciągnął wolną rękę do Isaaca, odpowiadając na przywitanie. Kiwnął głową w jego stronę, po czym całkiem mocno, choć nie przesadnie (raczej standardowo, tym razem nie na pokaz), uścisnął dłoń gospodarza.
Miał chłodne ręce, znacznie zimniejsze niż zazwyczaj, szczególnie od czasu wydarzeń w Kniei. Raczej długie palce, dosyć smukłe w zastawieniu z jego posturą i sylwetką. Bez wątpienia pewny chwyt i swego rodzaju medyczną (co się zresztą dziwić, profesja robiła swoje) stabilność dłoni. Ręka nie zadrżała mu ani nie zadygotała przy wymianie gestów uprzejmości i całkiem spokojnych (choć ze strony Greengrassa jednocześnie dosyć przenikliwych) spojrzeń.
Drugą nadal trzymał na talii Geraldine, nie sprawiając przy tym wrażenia, jakby jakoś specjalnie przejmował się faktem, że tak właściwie nie powinien tego robić. Gesty kolejny raz przeczyły słowom. To też była ich nowa, całkiem świeża (bo około tygodniowa) domena. Z jednej strony nie spotykali się ze sobą. Z drugiej fizyczne reakcje i zachowania mogły sugerować zupełnie coś innego. Szczególnie, gdy trochę zbyt mocno się zapominał, instynktownie wracając do głęboko zakorzenionych odruchów nabytych przez te wszystkie wspólne lata, gdy jeszcze było między nimi dobrze.
Oczywiście, nie umknął mu sposób, w jaki spojrzała na niego Yaxleyówna. Zresztą czego jak czego, ale zdecydowanie spodziewał się takiej reakcji z jej strony. Doskonale wiedział, że miała wyłapać to jedno konkretne słowo. Z pozoru całkowicie niewinne, jednak w praktyce zazwyczaj wykorzystywane przez niego, aby podkreślić swoje niezadowolenie z sytuacji.
Tak, wtedy zawsze wszystko było wyśmienite. Nie parszywe, nie godne pożałowania, nie beznadziejne. Nie, nie. Ze wszech miar wyśmienite, toteż tego wyjątkowego wczesnego poranka w istocie wyśmienicie było spotkać się w sklepie piśmienniczym w Dolinie Godryka. W dodatku z kimś, do kogo Roise być może nie miał praktycznie żadnych podstaw, by mieć coś personalnie. Ale no właśnie...
...jedno równie kluczowe słowo: praktycznie. Praktycznie żadnych, bo gdyby miał być całkowicie szczery (a rzadko kiedy nie był w takich kwestiach) to jakoś nie do końca był w stanie przejść całkiem obojętnie wobec tego, w jaki sposób Geraldine niemal zawsze wypowiadała się o swoim starym znajomym. Mało o kim mówiła za każdym razem w tak pełen superlatywów sposób.
Kiedy zatem w stosunku do siebie słyszał (nie da się ukryć - szczególnie ostatnio) chuje muje, dzikie węże i inne jakże przyjemne stwierdzenia. Rzecz jasna, niespecjalnie je do siebie biorąc, bo przez miniony tydzień padło między nimi stosunkowo dużo mniej lub bardziej nieprzemyślanych słów, ale...
...no tak. Nie dało się nie zauważyć pewnego kontrastu, który dosyć mocno działał mu na nerwy. Nie mówiąc o tym, że Ambroise także sam w sobie nie był osobą, która zbyt ochoczo korzystała z pomocy innych ludzi. Zazwyczaj wyglądało to całkowicie w drugą stronę. Preferował bycie wybiórczym dawcą, nie biorcą. Nie lubił wisieć komuś przysług. Szczególnie, że prędzej czy później zawsze należało je jakoś zwrócić.
Mimo to, tym razem nie mieli innego wyjścia. Musieli skorzystać z uprzejmości znajomego, więc starał się być przy tym dokładnie taki jak mu to zasugerowano. Przeuprzejmy. Choć, gdy dołączył do nich ich trzeci towarzysz, również bardzo ochoczo włączając się w komplementowanie zmiany w wizerunku Isaaca, Roise niemal parsknął pod nosem. Nie ma co kryć to znaczy: jest i właśnie to teraz robił trochę go to rozbawiło.
- Ależ tak. Z pewnością - odpowiedział, całkowicie celowo pozostawiając do luźnej interpretacji to, do czego pił w tym momencie.
Czy chodziło o wtopienie się w tłum mugoli, czy o to, że wąs Bagshota był wyjątkowo uwodzicielski, czy o problemy w Dolinie Godryka? Tak.
Zaraz potem ponownie zabrał jednak głos, kiwając głową i...
...kolejny raz niczego nie uściślając.
- Fakt - przytaknął bez większego trudu.
Zdecydowanie nie zamierzając w żaden sposób głębiej wdawać się w dyskusję na temat tego, co mugole mogli sądzić o wszystkim tym, co działo się w Dolinie. A bynajmniej sam też mógł całkiem sporo wyrokować, poza minionym tygodniem, mieszkając tu tak naprawdę przez większość czasu poza dyżurami w Londynie. Mieszkanie przy Horyzontalnej, jakie zajmował w mieście, nie było jego głównym domem. Od praktycznie półtora roku ponownie rezydował w rodzinnej posiadłości na skraju Kniei Godryka.
Nie było to jednak coś, czym wyjątkowo mocno by się chwalił. Nie uważał tego za ujmę na honorze, nawet jeśli powrót na stare śmieci po kilku latach układania sobie dorosłego życia gdzieś indziej nie był niczym, co mógłby kiedykolwiek docenić. Może nie wrócił tu z podkulonym ogonem, nie czuł także potrzeby tłumaczenia swojej decyzji.
Po prostu któregoś dnia zjawił się w domu, informując bliskich o tym, że odtąd mogą z powrotem uważać go za mieszkańca. Z początku zajmując swoje stare pokoje w głównym budynku, ale stosunkowo szybko przenosząc się do odremontowanego budynku gospodarczego przy szklarniach przerobionego na samodzielne mieszkanie.
Miał zatem bardzo dobry ogląd na to wszystko, co działo się w okolicy. Był również na tyle bezpośrednio związany z Knieją (i to nie tylko przez rodowe prawa własności), że kwestia widm była dla niego wyjątkowo naglącą sprawą. Cholernie trudno było przez cały czas czuć się ostatnio w ten sposób. Momentami lepiej, momentami gorzej, zawsze niewłaściwie i nieswojo. Na pograniczu podświadomości wiedząc, co dzieje się z gęstwiną, ostatnio zaś mając tego większą, znacznie głębszą świadomość.
Geraldine nie była bowiem jedyną osobą, która wyniosła coś z nocnej wizyty w lesie. Tyle tylko, że o ile jej wspomnienia mogły nieść ze sobą wyjątkowo przydatne wskazówki i informacje, te jego były po prostu obciążające. Zarówno mentalnie, jak i poniekąd także fizycznie. Od tamtej pory nie czuł się już całkowicie jak on.
Ostatnie dwa lata wyjątkowo go przeciągnęły. W porównaniu do tego, w jaki sposób zachowywał się jeszcze w czasach szkolnych czy do pewnego stopnia przez większość dorosłego życia, obecnie był dużo bardziej milczący. Może nie do końca markotny, ale dostrzegalnie zdystansowany. Utrzymywał neutralny, kulturalny wyraz twarzy, ale oczami bacznie obserwował Isaaca. Być może Rina ufała Bagshotowi...
...ale on? Ambroise zdecydowanie tego nie robił. Miał raczej wąskie grono zaufanych ludzi, nie był wyjątkowo skory do dawania komukolwiek kredytu zaufania. Prawdopodobnie w każdym innym wypadku tu także by tego nie zrobił, ale nie istniała praktycznie żadna inna opcja, prawda? Chcąc nie chcąc, pojawił się tu w towarzystwie dwojga ludzi, którym ufał po to, żeby brać udział we włączeniu w sprawę kogoś, o kim praktycznie nic nie wiedział.
No, poza tym, że jego dziewczyna ewidentnie nie widziała w historyku żadnych wad, co już samo w sobie w zupełności wystarczyło, aby Roise był wobec niego wyjątkowo sceptyczny. Lekko mówiąc, mimo że zamierzał zachowywać to dla siebie, bo przecież miał być miły.
No to był.
Całkiem miło stał już nie z boku a pomiędzy dwojgiem towarzyszy, pozostawiając w rękach Geraldine wyjaśnienie wszystkich szczegółów, samemu zaś przez ten czas obserwując otoczenie. To była wyjątkowo dyskretna, bardzo istotna kwestia. Sam w sobie nie miał aż tak znaczącej roli jak Rina czy Benjy, miał tego pełną świadomość, toteż bez większych oporów przyjął tu rolę milczącego obserwatora.
Bodyguarda patrząc po zachowaniu i posturze tudzież psa obronnego głównie jego dziewczyny (ale poniekąd też reszty towarzystwa), bo w końcu mieli czasy jakie mieli. Był wczesny poranek, nikt nie wiedział o ich spotkaniu, teoretycznie nie powinno wydarzyć się nic nieoczekiwanego, ale...
...no właśnie. Mimo wszystko zachowywał czujność. Być może trochę nazbyt dostrzegalną, ujmując sobie przy tym część pozorów, bo magomedycy raczej nie zwykli strzyc uszami w ten sposób. Byli czujni i gotowi do reakcji, ale inaczej. To były nawyki wyniesione z tej drugiej profesji, jednak w tym wypadku nie zamierzał bagatelizować sytuacji. W końcu widma zaczęły pojawiać się w Dolinie, mieli magiczną wojnę, świat nie był już zupełnie spokojny. Należało mieć to na uwadze.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down