- Oczywiście, to typowe dla mnie. - Czy mogła się spodziewać czegoś innego? Nie, nie powinna. Łapał ją za słowa, czepiał się szczegółów, jakby to było w tej chwili faktycznie istotne. Po prostu nie mógł dopuścić do tego, żeby ona miała ostatnie słowo w tej konwersacji, jasne, bardzo jasne, nie zamierzała jednak dawać mu tej satysfakcji, ona również nie potrafiła odpuszczać, więc byli siebie warci.
Wiedziała, że to jest irracjonalne. Powinna się trzymać jednej wersji, ale sytuacja była wyjątkowo zmienna, więc jej narracje również nie należała do szczególnie stałych. Zresztą próbowała dać mu tego, czego on potrzebował, a później skupiała się na sobie, co powodowało tę różnicę. Miotała się, od samego początku tego tygodnia miotała się we wszystkim. Naprawdę starała się wybrać najlepszą opcję, ale to nie było takie proste. Powodowało to te absurdalną wymianę zdań między nimi, która w ogóle nie powinna mieć miejsca. Nie tego chciała, nie tego potrzebowała, nie mogła uwierzyć w to, że ciągle to sobie robili, bo to nie miało żadnego sensu, a jednak nadal w to brnęli. To było nienormalne.
Powinna już dawno stąd odjeść, zrobić to, na czym mu zależało. Zniknąć z jego życia, chociaż, czy na pewno? W końcu też sugerował jej to, że będzie obok, kiedy znajdzie się taka potrzeba. To też nie było w porządku, nie mogłaby sobie trwać z tą świadomością, że on gdzieś tam jest i zawsze może się do niego zwrócić, to nie miało sensu. Zresztą nic z tego, co robili w tej chwili go nie miało. Upadli naprawdę nisko, brodzili w bagnie, z którego trudno im było się wydostać.
Słowa zmierzały ku jednej narracji, ale gesty, gesty mieszały im w głowie. Ponownie znalazła się bardzo blisko niego, ponownie byli tuż przy sobie, a to wiele zmieniało. To było słuszne, właśnie w tym kierunku powinni zmierzać, zamiast wyrzucać z siebie te absurdalne, nic nie warte oskarżenia. Pojawiła się ulga, ale czy powinna? Znowu to sobie robili. Mieszali sobie w głowach? Byli tego świadomi, a dalej to sobie robili. Mówili o tym, że koniec powinien nadejść, ale czy na pewno?
Poczuła ulgę, gdy znalazła się w jego ramionach, jej ciało zaczęło się rozluźniać, to wyrażało wszystko, co się z nią działo. Tego potrzebowała, niczego więcej, i nie miała problemu, by po to sięgnąć mimo tego, co sobie w międzyczasie wyrzygiwali. Jak to o niej świadczyło? Pewnie nie najlepiej, ale w dupie miała teraz to, że mogła wyjść na desperatkę. Przestała się tym już przejmować na samym początku tego tygodnia. Nadal próbowała o nich walczyć, mimo tego uporu z jego strony, mimo, że mówił, że to było niewłaściwe, cóż, znowu dał jej moment, którego potrzebowała. Być może jemu wcale też nie było z tym tak łatwo, jak w ogóle mogłoby być łatwo, skoro czuł to samo co ona? Podziwiała go nawet za to, że tak się powstrzymywał, bo ona nie byłaby w stanie zachowywać się w ten sposób w jego towarzystwie.
Jej irytacja minęła równie szybko, co się pojawiła. Jak widać była kurewsko stabilna, tak, cały ten tydzień. Zupełnie nie panowała nad tym, co się z nią działa, pozwalała tym wszystkim emocjom podejmować za nią decyzje, zapętlała się w tym, nie myślała racjonalnie.
- Nie chcę stąd wychodzić, nie teraz. - Nie tego potrzebowała, i chyba mieli co do tego jasność. Po raz kolejny się zgadzali, szkoda, że dopiero w takiej sytuacji. Nie miała pojęcia, jak inaczej miałaby to zrobić, najpewniej najprościej byłoby jej opuścić go właśnie kiedy nie panowała nad swoimi emocjami. To byłoby najwygodniejsze, chociaż czy na pewno? Później żałowałaby tej decyzji i pewnie starałaby się to naprawić.
- Rozumiem. - Nie była w stanie powiedzieć nic więcej, nie chciała za bardzo ciągnąć tej rozmowy. Była zmęczona, marnowali sporo sił na kłótnie, które niczego nie wnosiły do ich życia, no, może poza tym, że były kurewsko wyczerpujące.
- To nie ten rodzaj odpowiedzialności. - Tak, rozumiała ku czemu zmierzał. To nie do końca była odpowiedzialność, tylko w takim wypadku, czym to było? Po co to całe zainteresowanie, skoro i tak chciał ją porzucić, nie chciał, a musiał, dosyć szybko poprawiła to w swojej głowie. Przez to dziwne poczucie nie do końca odpowiedzialności przecież postanowił ją zostawić, bo miała być dzięki temu bezpieczna, co jak widać na załączonym obrazku chyba nie zadziałało. Yaxleyówna nie potrzebowała Roisa do tego, żeby wpierdalać się w coraz większe bagno, miała ku temu wybitne umiejętności. Zresztą może dobrze, że widział ją w takim stanie, przynajmniej wiedział, że wcale nie potrzebowała go do tego, aby jej życie było jednym, wielkim rozpierdolem. Sama to sobie robiła.
- Dobrze, przepraszam, faktycznie to nie na miejscu. - Nazywanie tego, co ich łączyło innym powodem faktycznie było dosyć niską zagrywką, nie powinna była sięgać po takie nazewnictwo, jakby to nie było nic wielkiego. Zdawali sobie sprawę, że byli dość mocno uwikłani, ich uczucia były bardzo silne, nie powinna do tego podchodzić tak lekko. To było trudne, a ona zdecydowanie dzisiaj przekroczyła kolejne granice.
Udało jej się jednak w końcu otworzyć oczy i spojrzeć na Roisa. Widziała, że również jest zmęczony. Znajdowali się na skraju, co wcale nie było niczym dziwnym. Ten tydzień był kurewsko męczący, kiedy musieli walczyć z samymi sobą i ze sobą nawzajem, to było wyniszczające. Powinni odpocząć, może wtedy wrócić do rozmowy? Nie, żeby sądziła, że przyniesie im ona jakiekolwiek zmiany, bo przecież próbowali rozmawiać od jakiegoś tygodnia i średnio im to wychodziło.
Zresztą znajdowali się w Mungu, w ogóle nie powinna dopuścić do tego, że w tym miejscu wyrzucała z siebie wszystkie gorzkie żale, to nie był na to odpowiedni czas. Dobrze, że w końcu to do niej dotarło.
- Kiedyś wrócisz. - Powiedziała cicho, bo naprawdę w to wierzyła. Liczyła na to, że to stanie się prędzej, czy później, bo przecież była w stanie na niego czekać, mówiła mu o tym, zdawali sobie sprawę, że ich dom zawsze miał znajdować się w jednym miejscu, przy jednej osobie. Nic nie było w stanie tego zmienić.