13.03.2025, 13:44 ✶
Kiedy Jonathan mówił, Anthony bynajmniej nie zachowywał się jak kulturalny interlokutor. Wbrew wszelkim zasadom dobrej dyskusji, próbował wciąć się Selwynowi w zdanie to przekrzykując go, to sarkając pod nosem, ciskając ślepiami gniewne gromy.
– Robiłem wszystko, wszystko, aby go tam nie było tak samo jak ciebie,
– Nie Ty decydujesz za nas samolubny, zadufany w sobie...
–aby nie było tam ... Charlotte czy dzieciaków.
–... no i chwała bogom, że ich tam nie ma!
– I ani trochę tego nie żałuję,
– A powinieneś! Ile byśmy razem mogli zro…
– wybacz że moja zdrada spędza ci sen z oczu
– Wiesz doskonale, że to nie przez to nie mogę spać, idioto!
– i powoduje u ciebie melancholijne patrzenie w dal,
– Pierdol się.
– Zarządzanie biurem bo ty masz złamane serce!?
– Nawet nie próbuj… – warknął ostrzegawczo przez zaciśnięte zęby i zastygł we wściekłości, która pochłaniała go bez reszty.
– Pomóc zaplanować całą umowę handlową, bo chcesz się nauczyć magii bezrożdzkowej?
– O świetnie! Teraz wszystkie zasługi Twoje? Zaraz oddam Ci biuro w całości to zobaczymy jaki jesteś kurwa wspaniały.
– A i tak kiedy Morphy wysunął twoją cholerną kandydaturę…
Wtedy dopiero umilkł. Wtedy zatrzymał się w tej walce kogutów, które zapomniały, że pochodzą z tego samego kurnika, dorastając razem grzęda w grzędę. Wtedy wciągnął głęboko powietrze i uniósł brwi wysoko w zaskoczeniu, bo choć uważał, że wie całkiem sporo, to o tym akurat nie wiedział. Nie było czasu, gdy Morpheus podzielił się swoimi obawami, swoimi przepowiedniami, swoją defetystyczną wizją nadchodzących miesięcy.
powiedział mu Longbottom, bo to było ważne, a nie fakt, że próbował przekonać swoją grupę do tego, by jednak ktoś więcej zasilił ich szeregi. To, że widział śmierć wszystkich, a Jonathan był jednym z nich… I fakt, jak bardzo Anthony szanował Jonathana i wierzył w jego zdolności oceny sytuacji i ryzyka, to bał się. Cholernie się bał. Bo wiara, wiarą, a wiedza o wartościach, które kierowały jego przyjacielem to drugie.
– ...że cenię cię za bardzo i twoje działania, abyś zginął głupią śmiercią!
Te słowa z kolei przygnały go na powrót do rzeczywistości. Nie miało znaczenia, co zadecydowali tamci. Nie miało znaczenia też do końca, choć oczywiście było to miłe, że Jonathan poparł jego kandydaturę. Zginą. Głupią. Śmiercią. Słowa klucze.
Gnany impulsem ruszył ku niemu, a dłonie zacisnęły się na kołnierzyku, tak mocno, że pobielały mu kostki. Szarpnął nim ku sobie mocno, by w końcu Jonathan się zamknął, by usłyszał, że nie tylko on ma prawo się troszczyć i martwić. Szkoda tylko, że adrenalina inaczej dobierała słowa pod te intencje…
– Tak, ja NIE MOGĘ umrzeć głupią śmiercią, ale Ty! Och Ty możesz rzucić się piersią na granat! Przyznaj się w końcu, że tylko czekasz, aby Twoja przeczysta dusza otarczowała kogoś anam protego, bo to takie dramatyczne i szlachetne!
– Robiłem wszystko, wszystko, aby go tam nie było tak samo jak ciebie,
– Nie Ty decydujesz za nas samolubny, zadufany w sobie...
–aby nie było tam ... Charlotte czy dzieciaków.
–... no i chwała bogom, że ich tam nie ma!
– I ani trochę tego nie żałuję,
– A powinieneś! Ile byśmy razem mogli zro…
– wybacz że moja zdrada spędza ci sen z oczu
– Wiesz doskonale, że to nie przez to nie mogę spać, idioto!
– i powoduje u ciebie melancholijne patrzenie w dal,
– Pierdol się.
– Zarządzanie biurem bo ty masz złamane serce!?
– Nawet nie próbuj… – warknął ostrzegawczo przez zaciśnięte zęby i zastygł we wściekłości, która pochłaniała go bez reszty.
– Pomóc zaplanować całą umowę handlową, bo chcesz się nauczyć magii bezrożdzkowej?
– O świetnie! Teraz wszystkie zasługi Twoje? Zaraz oddam Ci biuro w całości to zobaczymy jaki jesteś kurwa wspaniały.
– A i tak kiedy Morphy wysunął twoją cholerną kandydaturę…
Wtedy dopiero umilkł. Wtedy zatrzymał się w tej walce kogutów, które zapomniały, że pochodzą z tego samego kurnika, dorastając razem grzęda w grzędę. Wtedy wciągnął głęboko powietrze i uniósł brwi wysoko w zaskoczeniu, bo choć uważał, że wie całkiem sporo, to o tym akurat nie wiedział. Nie było czasu, gdy Morpheus podzielił się swoimi obawami, swoimi przepowiedniami, swoją defetystyczną wizją nadchodzących miesięcy.
Oni tam wszyscy zginą,
powiedział mu Longbottom, bo to było ważne, a nie fakt, że próbował przekonać swoją grupę do tego, by jednak ktoś więcej zasilił ich szeregi. To, że widział śmierć wszystkich, a Jonathan był jednym z nich… I fakt, jak bardzo Anthony szanował Jonathana i wierzył w jego zdolności oceny sytuacji i ryzyka, to bał się. Cholernie się bał. Bo wiara, wiarą, a wiedza o wartościach, które kierowały jego przyjacielem to drugie.
– ...że cenię cię za bardzo i twoje działania, abyś zginął głupią śmiercią!
Te słowa z kolei przygnały go na powrót do rzeczywistości. Nie miało znaczenia, co zadecydowali tamci. Nie miało znaczenia też do końca, choć oczywiście było to miłe, że Jonathan poparł jego kandydaturę. Zginą. Głupią. Śmiercią. Słowa klucze.
Gnany impulsem ruszył ku niemu, a dłonie zacisnęły się na kołnierzyku, tak mocno, że pobielały mu kostki. Szarpnął nim ku sobie mocno, by w końcu Jonathan się zamknął, by usłyszał, że nie tylko on ma prawo się troszczyć i martwić. Szkoda tylko, że adrenalina inaczej dobierała słowa pod te intencje…
– Tak, ja NIE MOGĘ umrzeć głupią śmiercią, ale Ty! Och Ty możesz rzucić się piersią na granat! Przyznaj się w końcu, że tylko czekasz, aby Twoja przeczysta dusza otarczowała kogoś anam protego, bo to takie dramatyczne i szlachetne!