09.03.2025, 00:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2025, 22:12 przez Lorraine Malfoy.)
To nie było spotkanie biznesowe. Wila spuściła oczy, ciesząc się przyjemnym ciepłem rozlewającej się w piersi ulgi, dopóki ta nie przeistoczyła się udrękę, skuwającą żyły lodem. To nigdy nie było "spotkanie biznesowe". Dlaczego więc użył tych słów, pomyślała odrętwiale, bo to przecież Anthony użył słów "spotkanie biznesowe", nie Lorraine.
Kiedyś tylko wzruszyłaby ramionami, słysząc jak to sformułowanie pada z jego ust. Kiedyś. Kiedyś trwała w przekonaniu, że wszyscy, którzy obiecują jej, że ją kochają, szukają po prostu sposobu, aby ją wykorzystać. Długo wmawiała sobie, że miłość jest nieodłącznie związana z interesownością, że miłość ma cenę – zbyt wysoką, aby mogła sobie na nią pozwolić. Ale potem łączyła nieśmiało swoją dłoń z dłonią Maeve i uśmiechała się, całując jej usta, a usta Maeve zawsze były tak rozkosznie miękkie, że Lorraine zapominała o swych twardych postanowieniach. Harde było bowiem jej serce, utwardzone w przekonaniu, że miłość to dług, który należy spłacać. A jednak, im więcej swego ciężkiego od win serca oddawała pod zastaw uczuciowej lichwy, aby móc spłacić zaciągnięty u Maeve dług, tym lżejsza się stawała. "Dla mnie miłość nie jest transakcją", słyszała teraz nad uchem szept ukochanej. Dlaczego więc Anthony wciąż myślał, że to transakcja? Dla Lorraine to nigdy nie była transakcja. Miłość Lorraine nigdy nie była czymś, co można było sobie kupić.
Wysmukłe palce w zamyśleniu bawiły się rodowym sygnetem, który zawsze zdobił jej dłoń: jedyny ruch, na jaki pozwoliła sobie wila od początku rozmowy.
Nie padło nigdy pytanie o to, jakie stanowisko zajął. Nie zapytała, po której ze stron zdecydował się opowiedzieć. Nie zapytała, czy wybrał opór czy podporządkowanie Voldemortowi. Nie musiała. Być może rzeczywiście przewidziała wszystko, być może rzeczywiście osądziła go dawno, dawno temu. Osądziła go lepiej niż on sam potrafił osądzić siebie. Łaskawiej, niż on osądził ją tamtego dnia, kiedy skwitował protekcjonalnym uśmiechem ich dyskusję o bohaterach szekspirowskich tragedii: cokolwiek chcieli uratować, powiedział wtedy, obaj ponieśli porażkę. Czy jest więc sens roztrząsać i wartościować ich cele?
Tak, padła niemal natychmiast odpowiedź Lorraine, oczywiście, że tak. Jej pierwszy akt defiacji, w którym teraz widziała akt miłości: akt wyprzedzający tę miłość, a jednocześnie ją definiujący, tak jak akt sprzeciwu pierwszych rodziców wobec chrześcijańskiego boga definiował ostateczny akt zbawienia. Bo jak Anthony mógł udawać, że istnieje inna odpowiedź?
Wreszcie przestał udawać, więc wreszcie mogła podnieść na niego oczy, dotąd obojętnie spuszczone – przenieść spojrzenie ze złożonych na podołku dłoni na twarz Anthony'ego. Oboje chcieli być czytani między wierszami, ale Lorraine była zmęczona jego nietrafionymi interpretacjami. Dlatego wybrała szczerość. Wybrała dosłowność, a choć nie powiedziała nic wprost, podobnie jak i on nie będąc w stanie wyłączyć filtru erudycji, powiedziała to wystarczająco wyraźnie, aby Anthony ją usłyszał.
– Zawsze widzisz i pochwalasz to, co lepsze – odezwała się w końcu, jej ton impregnowany troską, jej pytanie równie precyzyjne, co rzeźbienia reliefów wyrytych w drewnianych ściankach zaklętej pozytywki. Video meliora proboque, deteriora sequor, głosił grawer na okuciu. Widzę i pochwalam lepsze, podążam za gorszym. Choć wpatrywała się w twarz Anthony'ego, nie przestała obracać na palcu pierścionka z emblematem rodu Malfoy. – Co sprawiło, że zdecydowałeś się wreszcie za tym podążyć, zamiast podziwiać to, czego pragniesz, zza szkła mentalnej gabloty niczym eksponat w muzeum? – Jak fresk na twojej ścianie, pomyślała. Jak obraz, którego chciałbyś być częścią, ale odmawiasz pozowania, bo boisz się tego, jaką wersję ciebie utrwali pędzel artysty. Jak zaklętą w pozytywce melodię, w której nie chcesz się zatracić, bo myślisz, że zaklęłam ją dlatego, że umiem kochać tylko tak jak ty pozwalasz sobie kochać. A ty pozwalasz sobie kochać tylko wtedy, gdy masz kontrolę.
Było jej niedobrze, gdy patrzyła na paterę przyozdobioną słodyczami, więc nie patrzyła na nią wcale, starannie omijając ją spojrzeniem. Zmęczona była bolesnym ssaniem w żołądku, który przypominał jej o głodzie jego akceptacji i uznania. Zmęczona była udawaniem, że to ona jest w życiu Anthony'ego kimś, nie, czymś gorszym. Kimś poślednim, kimś, kto mimo listu, w którym obnażył przed nim serce, zasługiwał tylko na to, żeby być wciśniętym na "spotkanie biznesowe" między śniadaniem z bohaterskim aurorem a obiadem z jej kuzynką, jak nadgryzione naprędce ciasteczko, po którym należało wytrzeć wstydliwie palce umazane czekoladą, aby pozbyć się śladów obżarstwa.
Nie zapytała, po której ze stron zdecydował się opowiedzieć, bo to by było tak, jak gdyby spytała, po której stronie ma serce. A Lorraine znała serce Anthony'ego. Nie zapytała, bo chciała wiedzieć co się zmieniło, a wiedziała przecież, że nie zmienił się ani on, ani nie zmieniło się jego serce. Lorraine zamierzała stać na straży jego serca, nawet gdyby miało to złamać jej własne. Ból promieniujący ze złamanego barku przypominał, że przynajmniej jej woli nie dało się złamać.
Kiedyś tylko wzruszyłaby ramionami, słysząc jak to sformułowanie pada z jego ust. Kiedyś. Kiedyś trwała w przekonaniu, że wszyscy, którzy obiecują jej, że ją kochają, szukają po prostu sposobu, aby ją wykorzystać. Długo wmawiała sobie, że miłość jest nieodłącznie związana z interesownością, że miłość ma cenę – zbyt wysoką, aby mogła sobie na nią pozwolić. Ale potem łączyła nieśmiało swoją dłoń z dłonią Maeve i uśmiechała się, całując jej usta, a usta Maeve zawsze były tak rozkosznie miękkie, że Lorraine zapominała o swych twardych postanowieniach. Harde było bowiem jej serce, utwardzone w przekonaniu, że miłość to dług, który należy spłacać. A jednak, im więcej swego ciężkiego od win serca oddawała pod zastaw uczuciowej lichwy, aby móc spłacić zaciągnięty u Maeve dług, tym lżejsza się stawała. "Dla mnie miłość nie jest transakcją", słyszała teraz nad uchem szept ukochanej. Dlaczego więc Anthony wciąż myślał, że to transakcja? Dla Lorraine to nigdy nie była transakcja. Miłość Lorraine nigdy nie była czymś, co można było sobie kupić.
Wysmukłe palce w zamyśleniu bawiły się rodowym sygnetem, który zawsze zdobił jej dłoń: jedyny ruch, na jaki pozwoliła sobie wila od początku rozmowy.
Nie padło nigdy pytanie o to, jakie stanowisko zajął. Nie zapytała, po której ze stron zdecydował się opowiedzieć. Nie zapytała, czy wybrał opór czy podporządkowanie Voldemortowi. Nie musiała. Być może rzeczywiście przewidziała wszystko, być może rzeczywiście osądziła go dawno, dawno temu. Osądziła go lepiej niż on sam potrafił osądzić siebie. Łaskawiej, niż on osądził ją tamtego dnia, kiedy skwitował protekcjonalnym uśmiechem ich dyskusję o bohaterach szekspirowskich tragedii: cokolwiek chcieli uratować, powiedział wtedy, obaj ponieśli porażkę. Czy jest więc sens roztrząsać i wartościować ich cele?
Tak, padła niemal natychmiast odpowiedź Lorraine, oczywiście, że tak. Jej pierwszy akt defiacji, w którym teraz widziała akt miłości: akt wyprzedzający tę miłość, a jednocześnie ją definiujący, tak jak akt sprzeciwu pierwszych rodziców wobec chrześcijańskiego boga definiował ostateczny akt zbawienia. Bo jak Anthony mógł udawać, że istnieje inna odpowiedź?
Wreszcie przestał udawać, więc wreszcie mogła podnieść na niego oczy, dotąd obojętnie spuszczone – przenieść spojrzenie ze złożonych na podołku dłoni na twarz Anthony'ego. Oboje chcieli być czytani między wierszami, ale Lorraine była zmęczona jego nietrafionymi interpretacjami. Dlatego wybrała szczerość. Wybrała dosłowność, a choć nie powiedziała nic wprost, podobnie jak i on nie będąc w stanie wyłączyć filtru erudycji, powiedziała to wystarczająco wyraźnie, aby Anthony ją usłyszał.
– Zawsze widzisz i pochwalasz to, co lepsze – odezwała się w końcu, jej ton impregnowany troską, jej pytanie równie precyzyjne, co rzeźbienia reliefów wyrytych w drewnianych ściankach zaklętej pozytywki. Video meliora proboque, deteriora sequor, głosił grawer na okuciu. Widzę i pochwalam lepsze, podążam za gorszym. Choć wpatrywała się w twarz Anthony'ego, nie przestała obracać na palcu pierścionka z emblematem rodu Malfoy. – Co sprawiło, że zdecydowałeś się wreszcie za tym podążyć, zamiast podziwiać to, czego pragniesz, zza szkła mentalnej gabloty niczym eksponat w muzeum? – Jak fresk na twojej ścianie, pomyślała. Jak obraz, którego chciałbyś być częścią, ale odmawiasz pozowania, bo boisz się tego, jaką wersję ciebie utrwali pędzel artysty. Jak zaklętą w pozytywce melodię, w której nie chcesz się zatracić, bo myślisz, że zaklęłam ją dlatego, że umiem kochać tylko tak jak ty pozwalasz sobie kochać. A ty pozwalasz sobie kochać tylko wtedy, gdy masz kontrolę.
Było jej niedobrze, gdy patrzyła na paterę przyozdobioną słodyczami, więc nie patrzyła na nią wcale, starannie omijając ją spojrzeniem. Zmęczona była bolesnym ssaniem w żołądku, który przypominał jej o głodzie jego akceptacji i uznania. Zmęczona była udawaniem, że to ona jest w życiu Anthony'ego kimś, nie, czymś gorszym. Kimś poślednim, kimś, kto mimo listu, w którym obnażył przed nim serce, zasługiwał tylko na to, żeby być wciśniętym na "spotkanie biznesowe" między śniadaniem z bohaterskim aurorem a obiadem z jej kuzynką, jak nadgryzione naprędce ciasteczko, po którym należało wytrzeć wstydliwie palce umazane czekoladą, aby pozbyć się śladów obżarstwa.
Nie zapytała, po której ze stron zdecydował się opowiedzieć, bo to by było tak, jak gdyby spytała, po której stronie ma serce. A Lorraine znała serce Anthony'ego. Nie zapytała, bo chciała wiedzieć co się zmieniło, a wiedziała przecież, że nie zmienił się ani on, ani nie zmieniło się jego serce. Lorraine zamierzała stać na straży jego serca, nawet gdyby miało to złamać jej własne. Ból promieniujący ze złamanego barku przypominał, że przynajmniej jej woli nie dało się złamać.