08.03.2025, 21:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.03.2025, 21:58 przez Baldwin Malfoy.)
Baldwin zachowywał się swojej własnej galerii bardziej jak niewierny kochanek niż szanujący się przedsiębiorca. Ale czy Eurydyka mogła nazwać samą siebie szanującym się przedsiębiorstwem? Nie. Była tylko kurwiącą się speluną, azylem dla dla każdego kto zapomniał drogi do domu, albo zamiast na herbatkę do Changów zszedł do zasnutego wieczną mgłą pogrążonego w półmroku piekła zmysłów.
Do Eurydyki nie przychodziło się myśleć. Tu przychodziło się zapomnieć. Pogrążyć się w monotonnej, niemal hipnotyzującej muzyce, gdzieś z pogranicza wszystkich znanych nurtów. Głównie za sprawą zaklętej szafy grającej, która robiła z oferowanymi jej w ofierze płytami to co chciała. Zanurzyć się w tanim alkoholu doprawionym eliksirami i wywarami; naćpać się na tyle by poczuć w sobie pierwiastek boskości i przez jedną z dziur w ścianie przejść do Katakumb.
Zniknąć tak jak znikają bohaterowie - bez pożegnania i ostatniego namaszczenia.
Przychodził tu, bo Eurydyka była jego. Należała do niego. Znalazł to miejsce. Uczynił je swoim. Otworzył dla wszystkich równie zagubionych i odrzuconych. Każda artystyczna instalacja, każdy obraz - testament i dziedzictwo. Mógłby umrzeć nazajutrz, a pomnij trwalszy niż ze spiżu przypominałby podziemnemu światu kim był Baldwin Malfoy.
Jego była też Sabrina.
Lubił jej ostre pazury w swoich włosach; gdy przesuwała nimi po skórze głowy na granicy pieszczoty i bólu. Gdy skubała ostrym wampirzym kłem płatek jego ucha i mruczała jak to dobrze że się ogolił, bo przynajmniej jej nie drapie. Lubił, kiedy się zapominała, z przymkniętymi oczami, na samym wspomnieniu narkotycznego haju, bujając się do jakiegoś mugola Bobby’ego Womacka, który aktualnie śnił, zimową nocą o Kalifornii. Ale jeśli zapętlona przez większość dzisiejszego wieczoru płyta, sprawiała, że Sabrina szczerzyła ostre ząbki w uśmiechu - kim był, żeby jej tego odmawiać?
Czasem nawet żałował, że dziewczyna była tylko brudnokrwistą martwą dziwką, która nawet nie potrafiła dobrze umyć szklanek, ale miała w żyłach tyle kwasu, że pewnie nie doskwierał jej brak krwi. Ale tylko czasem.
- All the leaves are brown and the sky is gray…
Śpiewała fałszując niemożebnie, siedząc mu na kolanach w tej swojej przykrótkiej, kwiecistej kiecce, pewnie w tej samej, w której ją zajebali na tym całym Woodstock’u parę lat wcześniej. Był zbyt trzeźwy, żeby się tym trupim dotykiem zainteresować, więc tylko leniwie wystukiwał na jej udzie rytm piosenki.
Sabrina mogła mieć wszystko - wszystko poza uwagą blondyna.
Jego wzrok błąkał się po sali, aż wreszcie natrafił spojrzeniem na piszącego w kącie pomieszczenia Ojca. Wpatrywał się w niego w milczeniu, czując jak z każdą kolejną sekundą trud dnia z powrotem osiada mu na ramionach. Wampirzyca dopiero po chwili zorientowała się na kogo patrzy. Przekręciła się. Objęła jego twarz dłońmi, ale nawet gdy odwrócił głowę w jej stronę, jego wzrok i uwaga utkwione były w Orfeuszu.
- Nie idź.- Usłyszał niemal płaczliwą prośbę. Prośbę, której wysłuchać nie zamierzał.
Ciężar ojcowskiego spojrzenia był wystarczający, aby go przywołać.
Spijał karcące spojrzenia, wszystkie te drobne gesty. Chłonął je, bo każdy najdrobniejszy akt uwagi ze strony Ojca znaczył dla niego więcej niż burza oklasków w wypełnionej sali teatralnej. Aprobata napełniała duszę chłopaka miodem, krytyka - piołunem.
Wyciągnął zapisany niemal do połowy pergamin spod dociśniętego doń pióra, a głos niszczejącej stalówki wybrzmiewał o wiele zbyt głośno w kamiennych ścianach galerii. Zamiast patrzeć na ojca, przesunął spojrzeniem po słowach. Te układały się w zdania, a zdania były tym co składało się na geniusz siedzącego przed nim człowieka. Przeczytał do końca, brudząc palce o mokry tusz.
Ponoć nie ma większego grzechu nad igranie z Bogami. Ale jak inaczej nazwać to, co robił? Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni szaty różdżkę.
Prosta inkantacja zaklęcia była pierwszą rzeczą jaka opuściła usta Baldwina. Kartka zajęła się ogniem, a on obserwował w milczeniu jak z podpalonego rogu, obejmuje swoją niszczącą mocą każde jedno słowo. Teraz - wyryte jedyne w pamięci syna. Niedostępne dla nikogo innego. Puścił ją do fikuśnej popielniczki dopiero, gdy ogień zaczął boleśnie parzyć mu skórę.
Patrzył w płomienie tak długo jak otulały jego twarz ciepłym światłem. Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz.
- Myślisz, że to sprawiedliwe, że kładą na szali piórko i serce?- Zapytał cicho. Dopiero teraz przysiadł na krześle obok Ojca. - Jak serce może być lżejsze, gdy wypełnia je tak ogromny smutek.
Do Eurydyki nie przychodziło się myśleć. Tu przychodziło się zapomnieć. Pogrążyć się w monotonnej, niemal hipnotyzującej muzyce, gdzieś z pogranicza wszystkich znanych nurtów. Głównie za sprawą zaklętej szafy grającej, która robiła z oferowanymi jej w ofierze płytami to co chciała. Zanurzyć się w tanim alkoholu doprawionym eliksirami i wywarami; naćpać się na tyle by poczuć w sobie pierwiastek boskości i przez jedną z dziur w ścianie przejść do Katakumb.
Zniknąć tak jak znikają bohaterowie - bez pożegnania i ostatniego namaszczenia.
Przychodził tu, bo Eurydyka była jego. Należała do niego. Znalazł to miejsce. Uczynił je swoim. Otworzył dla wszystkich równie zagubionych i odrzuconych. Każda artystyczna instalacja, każdy obraz - testament i dziedzictwo. Mógłby umrzeć nazajutrz, a pomnij trwalszy niż ze spiżu przypominałby podziemnemu światu kim był Baldwin Malfoy.
Jego była też Sabrina.
Lubił jej ostre pazury w swoich włosach; gdy przesuwała nimi po skórze głowy na granicy pieszczoty i bólu. Gdy skubała ostrym wampirzym kłem płatek jego ucha i mruczała jak to dobrze że się ogolił, bo przynajmniej jej nie drapie. Lubił, kiedy się zapominała, z przymkniętymi oczami, na samym wspomnieniu narkotycznego haju, bujając się do jakiegoś mugola Bobby’ego Womacka, który aktualnie śnił, zimową nocą o Kalifornii. Ale jeśli zapętlona przez większość dzisiejszego wieczoru płyta, sprawiała, że Sabrina szczerzyła ostre ząbki w uśmiechu - kim był, żeby jej tego odmawiać?
Czasem nawet żałował, że dziewczyna była tylko brudnokrwistą martwą dziwką, która nawet nie potrafiła dobrze umyć szklanek, ale miała w żyłach tyle kwasu, że pewnie nie doskwierał jej brak krwi. Ale tylko czasem.
- All the leaves are brown and the sky is gray…
Śpiewała fałszując niemożebnie, siedząc mu na kolanach w tej swojej przykrótkiej, kwiecistej kiecce, pewnie w tej samej, w której ją zajebali na tym całym Woodstock’u parę lat wcześniej. Był zbyt trzeźwy, żeby się tym trupim dotykiem zainteresować, więc tylko leniwie wystukiwał na jej udzie rytm piosenki.
Sabrina mogła mieć wszystko - wszystko poza uwagą blondyna.
Jego wzrok błąkał się po sali, aż wreszcie natrafił spojrzeniem na piszącego w kącie pomieszczenia Ojca. Wpatrywał się w niego w milczeniu, czując jak z każdą kolejną sekundą trud dnia z powrotem osiada mu na ramionach. Wampirzyca dopiero po chwili zorientowała się na kogo patrzy. Przekręciła się. Objęła jego twarz dłońmi, ale nawet gdy odwrócił głowę w jej stronę, jego wzrok i uwaga utkwione były w Orfeuszu.
- Nie idź.- Usłyszał niemal płaczliwą prośbę. Prośbę, której wysłuchać nie zamierzał.
Ciężar ojcowskiego spojrzenia był wystarczający, aby go przywołać.
Spijał karcące spojrzenia, wszystkie te drobne gesty. Chłonął je, bo każdy najdrobniejszy akt uwagi ze strony Ojca znaczył dla niego więcej niż burza oklasków w wypełnionej sali teatralnej. Aprobata napełniała duszę chłopaka miodem, krytyka - piołunem.
Wyciągnął zapisany niemal do połowy pergamin spod dociśniętego doń pióra, a głos niszczejącej stalówki wybrzmiewał o wiele zbyt głośno w kamiennych ścianach galerii. Zamiast patrzeć na ojca, przesunął spojrzeniem po słowach. Te układały się w zdania, a zdania były tym co składało się na geniusz siedzącego przed nim człowieka. Przeczytał do końca, brudząc palce o mokry tusz.
Ponoć nie ma większego grzechu nad igranie z Bogami. Ale jak inaczej nazwać to, co robił? Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni szaty różdżkę.
Prosta inkantacja zaklęcia była pierwszą rzeczą jaka opuściła usta Baldwina. Kartka zajęła się ogniem, a on obserwował w milczeniu jak z podpalonego rogu, obejmuje swoją niszczącą mocą każde jedno słowo. Teraz - wyryte jedyne w pamięci syna. Niedostępne dla nikogo innego. Puścił ją do fikuśnej popielniczki dopiero, gdy ogień zaczął boleśnie parzyć mu skórę.
Patrzył w płomienie tak długo jak otulały jego twarz ciepłym światłem. Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz.
- Myślisz, że to sprawiedliwe, że kładą na szali piórko i serce?- Zapytał cicho. Dopiero teraz przysiadł na krześle obok Ojca. - Jak serce może być lżejsze, gdy wypełnia je tak ogromny smutek.