06.03.2025, 16:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.03.2025, 16:34 przez Anthony Shafiq.)
Ostatecznie finałem tej rozmowy miała być współpraca. Ostrożna, delikatna. Było tyle sposobów, tyle możliwości, ale zmęczona dusza w zmęczonym ciele wybrała tego wieczoru przemoc.
Anthony szarpnął ramieniem w tył, strzepując tym samym rękę Jonathana, która paliła go, zupełnie jakby słodycz wylewająca się ze słów i gestów przyjaciela była kwasem pozostawiającym trwałe uszkodzenia skóry.
– Szczery? No proszę! Wydawało mi się, że jest to wartość między nami, która nie wymaga dodatkowych obietnic! – Możliwe, że gdyby zignorował francuskie zmartwienie, możliwe, że gdyby porozmawiał z nim od razu, dzień po tym gdy się dowiedział… Możliwe, że gniotłoby go to krócej, mniej. Możliwe, że gdyby sam nie udawał, że wszystko jest w porządku, teraz nie obwiniałby Jonathana tak mocno, że on udawał dużo dużo więcej. Dużo dłużej.
Jest obeznany lepiej w strukturze.
Dzwoniło to w jego uszach, wbijało się w mózg za każdym razem, kiedy Anthony próbował ułożyć sobie scenariusz tej rozmowy. A teraz czuł się tak, jak byk w trakcie corridy. Zaszczuty, sponiewierany, z uśmiechniętym torreadorem zachęcającym do “zabawy”. Obiecuję. Dobre sobie!
– Wydawało mi się, że jest między nami wzajemne zrozumienie swoich słabych i mocnych stron, wsparcia które możemy sobie okazać. – Wskazujący palec boleśnie wbił się w bark Selwyna, jak strzała wypuszczona z rąk nieuważnego łucznika. Bark, jeszcze nie serce, Shafiq zbyt był zaślepiony, z oczami oblepionymi żalem i zawodem. – Wydawało mi się, że jeśli któryś z nas będzie chciał znów zaszaleć i nielegalnie odjebać jakąś akcje, to chociaż nominalnie uprzedzi drugiego, gdy nie będzie zamierzał go w to zaangażować. – Kolejne trafienie. Na oślep. Palec ześlizgnął się z kości, gdy mężczyźni znajdowali się niemal cal od siebie.
– Aż tak nisko o mnie myślałeś w ostatnich latach? Aż tak utrwaliło Ci się w głowie, że jestem nieskuteczny, skoro nie ma mnie w biurze? A może… może stwierdziłeś, że nie będę chciał Ci pomóc, hm? Że to Ty nie możesz liczyć na mnie? – Jego ton zmienił się, ściągnięte gniewem brwi, dały ramę zeszklonym oczom dotykającym jednego z największych kompleksów Anthony’ego. – Ojej, ojej nie kłopocz Anthony’ego, jest zbyt delikatny, daj mu zabawki, daj winko, niech bawi się w kącie i nie przeszkadza. – mimowolnie wpadł w ton głosu Charlotty, która przed laty o jeden raz za dużo punktowała mizerność ciała i wrażliwość duszy czwartego z Jeźdźców, jako wady uniemożliwiające co dziksze rozrywki, które prefekci dla siebie wymyślali. I choć Anthony był przekonany, że robiła to celowo, aby w ten sposób nakłonić go do współudziału (bardzo skutecznie nakłonić, trzeba jej to oddać), jej słowa bodły z taką samą mocą 20 lat później. Zwłaszcza teraz, zwłaszcza w konfrontacji z Jonathanem.
Anthony szarpnął ramieniem w tył, strzepując tym samym rękę Jonathana, która paliła go, zupełnie jakby słodycz wylewająca się ze słów i gestów przyjaciela była kwasem pozostawiającym trwałe uszkodzenia skóry.
– Szczery? No proszę! Wydawało mi się, że jest to wartość między nami, która nie wymaga dodatkowych obietnic! – Możliwe, że gdyby zignorował francuskie zmartwienie, możliwe, że gdyby porozmawiał z nim od razu, dzień po tym gdy się dowiedział… Możliwe, że gniotłoby go to krócej, mniej. Możliwe, że gdyby sam nie udawał, że wszystko jest w porządku, teraz nie obwiniałby Jonathana tak mocno, że on udawał dużo dużo więcej. Dużo dłużej.
Jest obeznany lepiej w strukturze.
Dzwoniło to w jego uszach, wbijało się w mózg za każdym razem, kiedy Anthony próbował ułożyć sobie scenariusz tej rozmowy. A teraz czuł się tak, jak byk w trakcie corridy. Zaszczuty, sponiewierany, z uśmiechniętym torreadorem zachęcającym do “zabawy”. Obiecuję. Dobre sobie!
– Wydawało mi się, że jest między nami wzajemne zrozumienie swoich słabych i mocnych stron, wsparcia które możemy sobie okazać. – Wskazujący palec boleśnie wbił się w bark Selwyna, jak strzała wypuszczona z rąk nieuważnego łucznika. Bark, jeszcze nie serce, Shafiq zbyt był zaślepiony, z oczami oblepionymi żalem i zawodem. – Wydawało mi się, że jeśli któryś z nas będzie chciał znów zaszaleć i nielegalnie odjebać jakąś akcje, to chociaż nominalnie uprzedzi drugiego, gdy nie będzie zamierzał go w to zaangażować. – Kolejne trafienie. Na oślep. Palec ześlizgnął się z kości, gdy mężczyźni znajdowali się niemal cal od siebie.
– Aż tak nisko o mnie myślałeś w ostatnich latach? Aż tak utrwaliło Ci się w głowie, że jestem nieskuteczny, skoro nie ma mnie w biurze? A może… może stwierdziłeś, że nie będę chciał Ci pomóc, hm? Że to Ty nie możesz liczyć na mnie? – Jego ton zmienił się, ściągnięte gniewem brwi, dały ramę zeszklonym oczom dotykającym jednego z największych kompleksów Anthony’ego. – Ojej, ojej nie kłopocz Anthony’ego, jest zbyt delikatny, daj mu zabawki, daj winko, niech bawi się w kącie i nie przeszkadza. – mimowolnie wpadł w ton głosu Charlotty, która przed laty o jeden raz za dużo punktowała mizerność ciała i wrażliwość duszy czwartego z Jeźdźców, jako wady uniemożliwiające co dziksze rozrywki, które prefekci dla siebie wymyślali. I choć Anthony był przekonany, że robiła to celowo, aby w ten sposób nakłonić go do współudziału (bardzo skutecznie nakłonić, trzeba jej to oddać), jej słowa bodły z taką samą mocą 20 lat później. Zwłaszcza teraz, zwłaszcza w konfrontacji z Jonathanem.