Może i to nie było do końca zdrowe, ale przecież całkiem dla nich naturalne. Spoglądali na siebie w ten sposób od zawsze, jak widać pilnowanie się wcale nie było takie proste, kiedy niektóre rzeczy po prostu się działy. Nie mogli przecież kontrolować każdego odruchu, prawda?
- Realistą, tak to chyba nazywasz. - Nie mogła się powstrzymać od tego komentarza, bo przecież Roise zawsze robił to samo. Nie uważał siebie za pesymistę, czy widmowidza, w swoich oczach był właśnie realistą.
Nie dało się nie zauważyć, że czas upływał. Może nie byli jeszcze jakoś szczególnie starzy, ale przecież nie należeli też już do tych najmłodszych. Na szczęście czarodzieje żyli dłużej od zwyczajnych mugoli, więc mieli jeszcze przed sobą wiele lat, chociaż i to nie było pewne, bo przyszło im żyć w dosyć niebezpiecznych czasach, aktualnie wiek nie miał znaczenia. Śmierć mogła nadejść w każdym momencie, zupełnie przypadkowo, zresztą nie musieli daleko szukać. Mieli już doświadczenie z tym związane.
- Nie musisz pytać, myślę, że możesz się spodziewać, jakie mam zdanie na ten temat. - Jasne, mogła sięgnąć po którąś z typowych dla siebie odzywek, tylko po co? Przecież byli dzisiaj dla siebie wyjątkowo uprzejmi i mili, póki się dało rozmawiać ze sobą w ten sposób zamierzała się tego trzymać.
- Przecież wiesz, jak się uprę to potrafię odstawiać całkiem niezłe przedstawienie. - Nie zamierzała udawać, że było inaczej. Wkurzył ją wtedy, co prosiło się o demonstracje tego, jak bardzo go nie lubi i jak mocno zalazł jej na skórę. Był to jeden z momentów, kiedy prezentowała to, jaka potrafi być nieprzyjemna, oczywiście na wyrost. Normalnie zareagowałby zupełnie inaczej, gdyby ktoś faktycznie ją tak bardzo irytował. Umiała całkiem wytwornie utrudniać komuś życie, jeśli zalazł jej za skórę. W jego przypadku nigdy się to nie wydarzyło, mimo, że mieli te swoje momenty. Raczej na wyrost po prostu pokazywała swoją niechęć do jego osoby.
- Tak, kiedyś wszystko mieliśmy ustalone. - To też było prawdą. Nie mieli problemu z tym, aby, ze sobą rozmawiać i wyjaśniać wszystko, co leżało im na wątrobie. Wyjaśniali wszystkie niedopowiedzenia, starali się być ze sobą szczerzy, dzięki czemu wiedzieli na czym stali. To było całkiem zdrowe, w przeciwieństwie do tego, co robili sobie teraz. Powinni pamiętać o tym, w jaki sposób działała ta przyjaźń między nimi, a raczej jak nie działała. Chwytali się chyba wszystkich możliwych opcji, aby spędzić ze sobą kolejną chwilę, jeśli to nie było desperacją, to nie wiedziała, co innego nią było.
- Nie da się ukryć, że to musiało się wydarzyć. - Zdawali sobie z tego sprawę, prędzej, czy później los postanowiłby skrzyżować ich losy na dłużej. Niby nie wierzyła w przeznaczenie, ale w tym wypadku? Czym innym mogło to być jeśli nie właśnie przeznaczeniem?
Zresztą ciągle ich do siebie ciągnęło. Powinni byli odejść, każde w swoją stronę, ale nie było to możliwe, nie dało się tego zrobić w ten sposób. Dawali sobie czas, po raz kolejny, jakby to miało ułatwić im to, co i tak miało się wydarzyć. Oszukiwali się - znowu. Może tym razem utrzymywali ten pozorny dystans, ale czuła, że wystarczy chwila nieuwagi, a wrócą do tego, co przychodziło im naturalnie. Nie mogli tego kontrolować, bo pokazywało ostatnie siedem dni. Chcąc nie chcąc zatracali się w sobie nawzajem, szczególnie, że nie byli aktualnie do końca stabilni po tym, co się wydarzyło.
- Z moją aktualną wiedzą i doświadczeniem? Zdecydowanie przelecieć. Wtedy? Kto wie. - Może nie powinna reagować na to pytanie, mieli się przecież trzymać od siebie z daleka, powinni unikać podobnych tematów, ale najwyraźniej nie dało się tego robić. Odpowiedziała więc całkiem naturalnie, jak przystało na panienkę z dobrego domu, czyż nie?
- Nie spodziewałam się, że będziesz mi to ułatwiał, będę miała na uwadze Twoją sugestię. - Oczywiście, że teraz będzie musiała sprawdzić, czy ten sprytny plan zadziała. Przetestuje to przy najbliższej nadażającej się okazji, może akurat uda jej się wyciągnąć z Corio coś ciekawego.
Nie, żeby sądziła, że te fakty jej się do czegoś przydadzą, bo przecież nie będzie mogła ich użyć przeciwko Greengrassowi, bo przecież to co teraz robili było tylko chwilowe.
Mieli się od siebie odsunąć, ustalili to już, jednak nadal w ich rozmowach pojawiały się te nie do końca logiczne rozważania na temat przyszłości, a przecież nie mieli mieć żadnej wspólnej przyszłości. Ustalili, że wprowadzą dystans, bo bliskość im nie służyła, mieszała w głowach, siała zamęt. Nie potrafili się przy sobie kontrolować, a nie przynosiło im to aktualnie niczego dobrego, skoro nie mogli iść tą jedyną drogą, która wydawała jej się dla nich właściwa.
Wypadałoby, żeby w końcu się zdecydowali na ostateczny krok, tyle, że w ich przypadku wcale nie było to takie proste. Jasne, ten dzień wyglądał zdecydowanie inaczej od wczorajszego, kiedy nie mieli żadnych oporów, aby trwać przy sobie w ten właściwy sposób, ale to niczego nie zmieniało, nie kiedy pragnęli, żeby to co między nimi wyglądało dokładnie tak jak poprzedniego dnia, kiedy faktycznie byli ze sobą blisko. Próbowali działać poprawnie, tylko, czy miało to jakikolwiek sens? To było chwilowe, prędzej, czy później któreś z nich pęknie i byłaby w stanie założyć się, że ta druga strona też postanowi się w tym zatracić, bo przecież już przez to przechodzili. Mieli świadomość, jak to wyglądało.
Rozmowa na temat pieczętowania własnego brata w zupełnie obcym miejscu nie należała do szczególnie przyjemnych. Miała na uwadzę to, że może stać mu się przy tym krzywda, a raczej, że sam może próbować sobie zrobić krzywdę. Był uzależniony, a do tego był młodym wampirem, w tej sytuacji wszystko mogło pójść nie tak i nie zamierzała udawać, że tego nie widzi. To była trudna sytuacja, ale nie zamierzała pozostawić Astarotha samego sobie i pozwolić mu znaleźć się na dnie.
Ambroise zamierzał ją w tym wesprzeć, co miało dużo sensu, zwłaszcza patrząc na jego doświadczenie zawodowe. Nie mogła chyba lepiej trafić, do tego ufała mu jak nikomu innemu, mimo, że tak właściwie to przecież miało ich już nic nie łączyć. To chyba nigdy nie będzie możliwe, zawsze będą dla siebie kimś, nawet jeśli nie będą trwać u swojego boku.
- Moje znajomości się chyba skończyły. - Cóż, mogłaby znowu poszukać, popytać, ale ta sytuacja wymagała kogoś bardzo zaufanego. Wiedziała, że James zajmował się takimi rzeczami, ale pojawił się w ich życiu na krótką chwilę, po czym ponownie spierdolił i zostawił ją z tym całym burdelem samą.
Nie spodziewała się jednak dalszej części jego wypowiedzi. Wpatrywała się w Ambroisa dłuższą chwilę, nie mówiła nic, przynajmniej na początku. Nie dało się nie zauważyć, że bardzo intensywnie myślała. Nie spodobał jej się ten pomysł. No nie. Zwłaszcza przez to, co wydarzyło się dwa dni temu. Typ złapał ich na klatce schodowej i uskuteczniał te swoje dziwne rytuały, tak - widziała, że ma doświadczenie, nie dało się tego nie zauważyć, zwłaszcza, że miała przyjemność to sprawdzić na własnej skórze, ale nie był jej człowiekiem.
Znali się w Hogwarcie, wtedy nawet za nim przepadała, ale to było ponad dziesięć lat temu. Ludzie się zmieniali, co przecież miała już szansę zobaczyć. Typ postanowił porzucić swoją rodzinę i wyjebać za granicę. Ona w tej chwili była skłonna zrobić wszystko po to, aby jej bratu nieżyło się lepiej. Okropnie to ze sobą kontrastowało i z jej sposobem myślenia.
Odchrząknęła po czym w końcu się odezwała. - Rozumiem, że to ma swoje zalety, jedna osoba, dwie wspaniałe cechy których poszukujemy. - Naprawdę starała się mówić całkiem spokojnym tonem, chociaż ten pomysł zupełnie jej się nie podobał. - Ale ja mu nie ufam. - To było chyba pierwszym, całkiem istotnym problemem. - Wkurwił mnie. - Zresztą nie dało się tego nie zauważyć. Miała go teraz prosić o pomoc? Jasne, wiele była w stanie zrobić dla Astarotha... ale to? - Jesteś pewny, że wiesz, czego się można po nim spodziewać? - Zapytała jeszcze, jakby faktycznie rozważała taką możliwość. Ona nie była, zresztą w tej chwili można było uznać ją trochę za hipokrytkę, bo przecież w jej przypadku również tak było, Yaxleyówna robiła rzeczy, które nie były do końca przemyślane, ale ludzie i ufali temu co robi.