05.03.2025, 22:27 ✶
– Sześć – poprawił ją niemal odruchowo. – Sześć lat – doprecyzował chrapliwie, głosem, który zdawał się zapomnieć tego, jak się mówi. Próżno było w nim szukać dawnego splendoru i pewności siebie, ale też próżno było szukać galanterii, z jaką zawitał przed miesiącem w siedzibie Głowy angielskiej wampirzej społeczności, gdy zaanonsował swoje pojawienie się na ich terenie „w celach turystycznych”. Kto znał hrabiego Montbela z czasów jego wątpliwej świetności, mógł od razu mieć złe przeczucia co do tej turystyki. Były to jednak inne czasy, a Francja specjalizowała się w uznawaniu za ludzi tylko osoby odpowiednio urodzone. Hrabia również odpokutował swoje, teoretycznie więc był carte blanche w świecie nie tylko ludzkim, ale i wampirzym. Z drugiej strony, tak wiekowe istoty jak on z trudem przyjmowały świeższe pomysły spędzania czasu, a turystyka… cóż, ona była jednym z nich.
Westchnął ciężko, niemalże ostentacyjnie, kątem zeszklonego oka łypiąc na siedzącą obok niego drobną figurę. Może i był zrozpaczony, ale nie był ślepy. Czerń sukni i lepka szarość otoczenia nie pasowały do siebie, a fakt, że usiadła, wskazywał na to, że nie zamierzała wstać zbyt szybko.
– Możesz przekazać swojej Pani, że nie pojawię się na umówionym spotkaniu. W sumie chyba wyjeżdżając, nie dbałem już o nic. Ech… plany. No. Doczekać świtu, a potem zobaczyć co jest po drugiej stronie. To brzmi jak wspaniały plan. – Przełknął ślinę i oparł brodę o ręce wsparte o złączone, podsunięte pod pierś kolana. Jeśli z desperacją nie było mu do twarzy, to jak beznadziejnie musiał wyglądać teraz? Zapatrzony w pustkę, mający przed sobą perspektywę ostatnich godzin w samotności. Znaczy… nie do końca w samotności.
– Popsułaś mi plan L, bo liczyłem bardzo, że mimo wszystko on będzie ostatnią osobą, którą widziałem w swoim fantastycznie beznadziejnym życiu, ale cóż… nie można mieć wszystkiego, prawda? – zaśmiał się gorzko, pogodzony z faktem, że nawet to mu odebrano, po czym przekrzywił głowę, by mimo wszystko spojrzeć na swojego nieproszonego gościa. – Tęsknię za moimi różami, wiesz...? – powiedział nagle, zupełnie jakby zauważył, że ostrze jego wewnętrznego rozdarcia na moment wysunęło się z właściwego sobie zaropiałego miejsca. Jakby zauważył, że trzeba go dopchnąć na powrót, żeby cierpieć. Nie pozwolić uciec intensywności uczucia, nieważne jak bolesne by nie było.
By czuć cokolwiek.
Westchnął ciężko, niemalże ostentacyjnie, kątem zeszklonego oka łypiąc na siedzącą obok niego drobną figurę. Może i był zrozpaczony, ale nie był ślepy. Czerń sukni i lepka szarość otoczenia nie pasowały do siebie, a fakt, że usiadła, wskazywał na to, że nie zamierzała wstać zbyt szybko.
– Możesz przekazać swojej Pani, że nie pojawię się na umówionym spotkaniu. W sumie chyba wyjeżdżając, nie dbałem już o nic. Ech… plany. No. Doczekać świtu, a potem zobaczyć co jest po drugiej stronie. To brzmi jak wspaniały plan. – Przełknął ślinę i oparł brodę o ręce wsparte o złączone, podsunięte pod pierś kolana. Jeśli z desperacją nie było mu do twarzy, to jak beznadziejnie musiał wyglądać teraz? Zapatrzony w pustkę, mający przed sobą perspektywę ostatnich godzin w samotności. Znaczy… nie do końca w samotności.
– Popsułaś mi plan L, bo liczyłem bardzo, że mimo wszystko on będzie ostatnią osobą, którą widziałem w swoim fantastycznie beznadziejnym życiu, ale cóż… nie można mieć wszystkiego, prawda? – zaśmiał się gorzko, pogodzony z faktem, że nawet to mu odebrano, po czym przekrzywił głowę, by mimo wszystko spojrzeć na swojego nieproszonego gościa. – Tęsknię za moimi różami, wiesz...? – powiedział nagle, zupełnie jakby zauważył, że ostrze jego wewnętrznego rozdarcia na moment wysunęło się z właściwego sobie zaropiałego miejsca. Jakby zauważył, że trzeba go dopchnąć na powrót, żeby cierpieć. Nie pozwolić uciec intensywności uczucia, nieważne jak bolesne by nie było.
By czuć cokolwiek.