Rozmowa nie do końca im służyła. Przynajmniej ostatnio. Ponownie więc wybrali milczenie, może nie do końca całkowite, ale nie wchodzili w te zupełnie niepotrzebne dyskusje. Tak było prościej - dzięki temu nie doprowadzali do kolejnych niesnasek. Mieli doświadczenie w ignorowani swoich wspólnych problemów, w udawaniu, że nie istnieją, chociaż przecież zdawali też sobie sprawę, że prędzej, czy później to znowu w nich uderzy, zapewne jeszcze mocniej niż poprzednio. Też zdążyli to przerobić. Wygodniej jednak było póki co, znowu sięgnąć po te znane metody.
Miała wrażenie, że ich kłótnie robią się coraz bardziej absurdalne, że wylewali z siebie żal i gorycz, nie do końca w odpowiedni sposób. Ciskali w siebie najróżniejszymi, nie do końca potrzebnymi epitetami, a gdy do nich docierało, co robią, podukali ogon i przepraszali. To było nieszczególnie rozsądne zachowanie, zresztą mieli świadomość, że im na sobie zależy, nie podważały tego te słowa, które z siebie wypluwali, chociaż nie należały do najbardziej przyjemnych. Gesty, gesty które przychodziły im naturalnie były w stanie pozbyć się tego okropnego uczucia, które pojawiało się po każdej kłótni, ciężaru, z którym się zmagali. Nie, żeby miała aktualnie jakiekolwiek usprawiedliwienie dla ich głupoty, ale jednak, trochę, naprawdę próbowała sobie to jakoś pokrętnie tłumaczyć.
Znajdowali się przecież na skraju, każde z nich, sporo ostatnio przeżyli, nie mieli żadnej kontroli nad swoim życiem, jakoś musieli sobie radzić z tym, co działo się wokół nich.
Została z nim w Mungu, nie chciała stamtąd odchodzić, zwłaszcza, że on też wspomniał jej o tym, że tego nie chciał, więc byli w tym jednomyślni. Czekała z Roisem do końca dyżuru, kontynuowali ogarnianie dokumentów, jakoś przetrwali noc, aby o świecie udać się razem do jej mieszkania. Zgodnie, bez zbędnych pytań, przyszło im to całkiem naturalnie. To też nie było niczym nowym, kiedyś był to ich wspólny dom, właściwie jeśli chodzi o Ambroisa to jej dom znajdował się, tam gdzie był i on, tak po prostu. Czy to w Whitby, w jej mieszkaniu w kamienicy, czy tym jego przy Pokątnej.
Weszli do mieszkania tylko na chwilę, nie zdążyła nawet poinformować Atarotha, że wróciła, że znowu wychodzi, spodziewała się, że pewne spał, wszak ostatnio to było chyba jego ulubionym zajęciem, co również nie do końca się jej podobało. Obiecała mu, a w sumie to chyba bardziej sobie, że się nim zajmie, i to ten moment również powoli się zbliżał, póki co nie miała jeszcze planu, sprawa była dość świeża, musiała ją przemyśleć. Zabrali psy, po czym wyszli na zewnątrz.
Była nieco zmęczona, jednak wcale nie przeszkadzało jej to zbytnio w tym, aby cieszyć się tym pięknym, spokojnym porankiem, który nadszedł po szalejącej w nocy burzy.
Nogi zaprowadziły ich do niemagicznej części Londynu, tu było zdecydowanie dużo bardziej malowniczo, szczególnie w taki jesienny, błogi ranek. W powietrzu już było czuć zmieniającą się aurę, jednak póki co, nie było, aż tak chłodno, był to jeden z tych całkiem przyjemnych dni.
- Teraz już wiem. - Nigdy nie przywiązywała wagi do takich błachostek, była zdania, że złego diabli nie wezmą, zresztą nieszczególnie bała się przeziębienia.
- Dziękuję za radę, dostosuję się do niej, chociaż jeszcze jest całkiem przyjemnie. - Niby taka pogoda potrafiła być bardzo zdradliwa, ale kto by się tym przejmował, na pewno nie ona. Jak widać Roise oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie zwrócił jej na to uwagi, to znaczy martwił się, a jakże by inaczej, o jej ewentualne problemy zdrowotne, w końcu to pewnie on by ją z nich leczył, chociaż czy na pewno, to chyba aktualnie nie było, aż takie oczywiste.
Przewróciła oczami, gdy zobaczyła, co robi. Najwyraźniej to nie mogły być tylko słowa, bo oczywiście, że narzucił swój szalik na jej ramiona, teraz to jego szyja była odsłonięta. - Jak mniemam, Ciebie to nie dotyczy? - Dodała z zadziornym uśmiechem, właściwie, to chyba lepiej by było, gdyby ona się przeziębiła, a nie on, bo mogłaby skorzystać z profesjonalnych usług medycznych, Roisowi pozostawała jej niekomepetencja.
Znowu był w stosunku do niej opiekuńczy i stawiał jej zdrowie nad swoim, chociaż przecież wspominał o tym, że wcale, ale to wcale nie mógł być za nią odpowiedzialny. Tak, jasne. Mimo wszystko zawsze doceniała te drobne gesty, dobrze było wiedzieć, że ktoś się o nią troszczy.