02.03.2025, 07:28 ✶
Uśmiechnęła się słabo, ale wciąż w tym cieniu pozostawała prawdziwa szczerość. Nie mogła się przed nią wzbraniać, kiedy słyszała to, nad czym tak bardzo jej zależało - by inni byli w stanie znaleźć w niej oparcie. By nie była tylko przeszkodą albo kłodą nagle rzuconą przez los pod nogi innym. Wiedziała, że gdyby faktycznie stwarzała problemy, to nie zostałaby dopuszczona do pewnych rzeczy albo ktoś by ją odsunął, ale zawsze jakiś drobny jej ułamek uważał, że nie była najlepszą wersją siebie. Że brakowało jej przywar, które tak chętnie podziwiała u innych.
To była ładna obietnica, że nigdy nie będzie sama. Ale Dora była przekonana, że w aktualnych czasach czy to bezwiednie czy to specjalnie, owijali się muślinem samotności. Cieniutkim, dla zabezpieczenia i stworzenia chociaż odrobiny dystansu, ale ta warstwa nie miała chronić ich samych, a wszystkich dookoła. Przed tym, co wydawało się nieuniknione, nawet jeśli starali się patrzeć na jasne strony. Trwała wojna, a oni tkwili w samym jej środku. A wojna zawsze wymagała poświęcenia. I ofiar.
- Oczywiście, że chcę. Dziękuję - powiedziała, przejeżdżając palcami po lustrzanej powierzchni i przyglądając się przez nie własnemu odbiciu. - Zawsze są jeszcze kominki - rzuciła po chwili, podnosząc spojrzenie na twarz Brenny i wsuwając przedmiot do kieszeni spódnicy. - Znaczy wiem, że są równie nieporęczne co sowy, ale zdecydowanie szybsze. O tak mi się pomyślało... - bo szukała jakiejś opcji zamiennej. Odpowiedzi na pytania, których może Longbottom nie zadała, ale za to krążyło po głowie młodej Crawleyówny. Bo co jeśli. Im dalej w las, w trwający rok, tym bardziej zarażała się czarnowidztwem i tym więcej miała wątpliwości. Pękała, ale nie w ten ciemny, brudny sposób. Tak zwyczajnie i po ludzku. Potrzebowała oddechu, którego nie mogła złapać. - Czy mogę zapytać... co będzie teraz? - bo dla niej odbył się dzisiejszego dnia mały koniec świata, mimo uspokajających zapewnień Brenny. - Co zamierzasz? Jak się czujesz...
To była ładna obietnica, że nigdy nie będzie sama. Ale Dora była przekonana, że w aktualnych czasach czy to bezwiednie czy to specjalnie, owijali się muślinem samotności. Cieniutkim, dla zabezpieczenia i stworzenia chociaż odrobiny dystansu, ale ta warstwa nie miała chronić ich samych, a wszystkich dookoła. Przed tym, co wydawało się nieuniknione, nawet jeśli starali się patrzeć na jasne strony. Trwała wojna, a oni tkwili w samym jej środku. A wojna zawsze wymagała poświęcenia. I ofiar.
- Oczywiście, że chcę. Dziękuję - powiedziała, przejeżdżając palcami po lustrzanej powierzchni i przyglądając się przez nie własnemu odbiciu. - Zawsze są jeszcze kominki - rzuciła po chwili, podnosząc spojrzenie na twarz Brenny i wsuwając przedmiot do kieszeni spódnicy. - Znaczy wiem, że są równie nieporęczne co sowy, ale zdecydowanie szybsze. O tak mi się pomyślało... - bo szukała jakiejś opcji zamiennej. Odpowiedzi na pytania, których może Longbottom nie zadała, ale za to krążyło po głowie młodej Crawleyówny. Bo co jeśli. Im dalej w las, w trwający rok, tym bardziej zarażała się czarnowidztwem i tym więcej miała wątpliwości. Pękała, ale nie w ten ciemny, brudny sposób. Tak zwyczajnie i po ludzku. Potrzebowała oddechu, którego nie mogła złapać. - Czy mogę zapytać... co będzie teraz? - bo dla niej odbył się dzisiejszego dnia mały koniec świata, mimo uspokajających zapewnień Brenny. - Co zamierzasz? Jak się czujesz...
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.