31.01.2023, 20:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.01.2023, 20:16 przez Wilhelm Avery.)
Przez ostatni rok jego życie diametralnie się zmieniło. Po tragicznej śmierci jego rodziców tak naprawdę mógł poczuć się naprawdę wolny. I mógł podejmować wybory we własnym zakresie, a nie wysłuchiwać dziwnych uwag, które i tak nie miały dla niego żadnej wartości. Dlatego pomieszkując u wujka, żył po swojemu, a nikt nie wtrącał się w to, co robił. Miał stabilna prace, więc nie narzekał właściwie na to, że źle mu się w życiu powodzi. Mieszkanie, które to było od teraz domem, oczywiście na swój sposób było specyficzne. I to właśnie tak bardzo mu odpowiadało. Z jednej strony mieli świat mugoli, który potrafił czasem dostarczyć niespodziewanej rozrywki, a z drugiej magiczny. To oznaczało szerszą perspektywę, która dawny krukon bardzo doceniał.
Jakiś czas temu wujek Robert ponownie stanął na ślubnym kobiercu, a wybranka, która mu towarzyszyła była dość tajemnicza dla niego. Nie wnikał w ich związek, gdyż ta para już dawno była dorosła i podejmowała decyzje, które były dla nich najlepsze. On po prostu cieszył się tym, że kolejna osoba mieszka w tym domu i będzie mógł z nią porozmawiać. Dlatego od momentu, jak się tu pojawiła, traktował, a przynajmniej bardzo się starał, bo w sumie nie miał pewności, jak ona to odbiera; uprzejmie i z szacunkiem. Pozwalał sobie przy tym na dość pozytywne nastawienie wobec niej. Nie widział niczego złego, by mieć przyjacielski stosunek do kobiety, której praktycznie nie znał. Głupotą dla niego było traktowanie innych na odległość, kiedy zwłaszcza mieszka się pod jednym dachem.
Prośba o naukę, jaką otrzymał od niej, było pierwszą, większą interakcją między nimi. Zazwyczaj ograniczone było to zwykłego: "Witaj Ciociu" i bardzo drobnych gestów, który były dla niego dość normalne. Dlatego bez większego zastanowienia zgodził się chętnie, by nauczyć. Pomimo bycia krukonem, uważał się jednak za dość marnego nauczyciela. Nie wiedział, skąd to przeświadczenie o tym, że ma tak kiepskie umiejętności, acz może to tylko jego psychika?
- Już idę Ciociu. - Rozległ się uradowany głos...dochodzący z kuchni. Nie było to tajemnicą, że Wilhelm jadł zdecydowanie za dużo, jak na normalne standardy zwyczajnych czarodziejów. A jeszcze większą zagadką było, jak on nie przybierał na wadze mimo tego. Wychodząc z kuchni, trzymał ze sobą standardowe przybory do nauki pieczętowania. Oczywiście wyznawał zasadę, że najlepiej uczy się, praktykując to, a nie wkuwając teorie, dlatego też tak podchodził do tej pomocy. Wszystkie przedmioty położył na stole w salonie.
Wilhelm był dość wysokim czarodziejem i mógłby uchodzić za czarodzieja o dość przeciętnej, gdyby nie ta oszpecająca blizna znajdują się na prawej części szyi, sporym fragmencie policzka, kawałku ucha i za nim. Nie zasłaniał jej dzisiaj. Miał na sobie zwyczajne buty i spodnie jeansowe, a do tego białą koszulę i granatowy sweter. Podszedł po chwili do niej, by się przywitać w sposób, który jej odpowiadał. Mogło być to podanie ręki lub po prostu skinięcie głową. Nie próbował innych gestów ze względu na tajemniczą aurę, jaka ją otaczała.
- No już wszystko gotowe ciociu. Ładnie dziś wyglądasz. - ]Powiedział ze sporym uśmiechem do niej, nie widząc w swoich słowach niczego niewłaściwego. Spotykali się tak mało razy, że łatwo zauważał zmiany w jej ubiorze.
- Proszę, siądźmy. Nie ma co tak stać bez sensu. No i nauka na stojąco jest niewygodna. - Zaśmiał się lekko, wskazując na stolik.
Jakiś czas temu wujek Robert ponownie stanął na ślubnym kobiercu, a wybranka, która mu towarzyszyła była dość tajemnicza dla niego. Nie wnikał w ich związek, gdyż ta para już dawno była dorosła i podejmowała decyzje, które były dla nich najlepsze. On po prostu cieszył się tym, że kolejna osoba mieszka w tym domu i będzie mógł z nią porozmawiać. Dlatego od momentu, jak się tu pojawiła, traktował, a przynajmniej bardzo się starał, bo w sumie nie miał pewności, jak ona to odbiera; uprzejmie i z szacunkiem. Pozwalał sobie przy tym na dość pozytywne nastawienie wobec niej. Nie widział niczego złego, by mieć przyjacielski stosunek do kobiety, której praktycznie nie znał. Głupotą dla niego było traktowanie innych na odległość, kiedy zwłaszcza mieszka się pod jednym dachem.
Prośba o naukę, jaką otrzymał od niej, było pierwszą, większą interakcją między nimi. Zazwyczaj ograniczone było to zwykłego: "Witaj Ciociu" i bardzo drobnych gestów, który były dla niego dość normalne. Dlatego bez większego zastanowienia zgodził się chętnie, by nauczyć. Pomimo bycia krukonem, uważał się jednak za dość marnego nauczyciela. Nie wiedział, skąd to przeświadczenie o tym, że ma tak kiepskie umiejętności, acz może to tylko jego psychika?
- Już idę Ciociu. - Rozległ się uradowany głos...dochodzący z kuchni. Nie było to tajemnicą, że Wilhelm jadł zdecydowanie za dużo, jak na normalne standardy zwyczajnych czarodziejów. A jeszcze większą zagadką było, jak on nie przybierał na wadze mimo tego. Wychodząc z kuchni, trzymał ze sobą standardowe przybory do nauki pieczętowania. Oczywiście wyznawał zasadę, że najlepiej uczy się, praktykując to, a nie wkuwając teorie, dlatego też tak podchodził do tej pomocy. Wszystkie przedmioty położył na stole w salonie.
Wilhelm był dość wysokim czarodziejem i mógłby uchodzić za czarodzieja o dość przeciętnej, gdyby nie ta oszpecająca blizna znajdują się na prawej części szyi, sporym fragmencie policzka, kawałku ucha i za nim. Nie zasłaniał jej dzisiaj. Miał na sobie zwyczajne buty i spodnie jeansowe, a do tego białą koszulę i granatowy sweter. Podszedł po chwili do niej, by się przywitać w sposób, który jej odpowiadał. Mogło być to podanie ręki lub po prostu skinięcie głową. Nie próbował innych gestów ze względu na tajemniczą aurę, jaka ją otaczała.
- No już wszystko gotowe ciociu. Ładnie dziś wyglądasz. - ]Powiedział ze sporym uśmiechem do niej, nie widząc w swoich słowach niczego niewłaściwego. Spotykali się tak mało razy, że łatwo zauważał zmiany w jej ubiorze.
- Proszę, siądźmy. Nie ma co tak stać bez sensu. No i nauka na stojąco jest niewygodna. - Zaśmiał się lekko, wskazując na stolik.