01.03.2025, 10:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.03.2025, 12:17 przez Lorraine Malfoy.)
Wszystkie jej niepewności, wszystkie lęki obnażone, ujęte w słowa. "Czy krzywdzę cię tak, jak skrzywdzili cię oni?", pytał Baldwin, wyliczając jej kochanków jak grzechy. Nie, chciała powiedzieć, nie, oczywiście, że nie, ale tylko pokręciła słabo głową, nie będąc w stanie wydobyć z siebie głosu, nie wiedząc, czy zaprzecza, czy błaga o litość. Krzywdzisz mnie tak, jak ja krzywdzę ciebie. A kiedy krzywdzimy tych, których kochamy, krzywdzimy tak naprawdę samych siebie. Nie powiedziała tego na głos. Bo co złamałoby mu serce? Usłyszeć, że jest taki sam jak oni? Nie był. Nikt nie był taki jak Baldwin. Nikt nie zrobiłby dla niej tyle, co on. Czy złamałoby mu serce usłyszeć, że skrzywdził ją z nich wszystkich najbardziej? Czy może usłyszeć, że nie skrzywdził jej wcale? Gdyby powiedziała, że wcale jej nie skrzywdził, to byłoby przecież tak, jakby powiedziała, że nie kochał jej wcale, a ona nie kochała jego.
Milczała, jej usta nieme jak usta bogini. Nic nie było tak nieme jak usta bogini. Milczała, a jej milczenie było aktem łaski i okrucieństwa zarazem, bo bogowie nie tłumaczą się śmiertelnym.
– Tak wygląda ta twoja miłość, Baldwinie? – powtórzyła cicho. Echo jej własnych słów, wibrujące w kaplicy jego pamięci jak świętokradzki pacierz, bo tym razem przywołała nie imię biblijnego sędziego, a jego własne. Takim samym tonem, z taką samą intonacją: niczego nie kochał tak jak repetycji, kojącej powtarzalności rutyny, co teraz bezczelnie rzucała mu w twarz, zmieniając jedno tylko słowo, bo te najdrobniejsze zmiany na peryferiach percepcji rozstrajały go najbardziej. Bolały najbardziej. Choroba Milforda była dla Baldwina zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem: wiedziała, że nauczył się z nią żyć, ale wiedziała też, co musiał przeżywać każdego dnia. Wiedziała, co przeżywał każdego dnia w teatrze, wiedziała, że choroba dokucza mu najbardziej, gdy występował na scenie... Wiedziała, że teraz też występował.
Pamiętał każdy swój ruch, każdy gest, wszystkie sposoby na jakie wyrecytował daną rolę. Pamiętał, bo był skazany, aby pamiętać. Znowu wchodził na scenę, znowu światła reflektorów oślepiały go mirażami deja vu. Znowu zmieniła się publiczność, zmieniła się obsada, zmienili się aktorzy wokół niego, ale ich twarze zlewały się ze sobą w jedno, co z tego, że pamiętał ich imiona, skoro wszyscy mieli taką samą twarz? Ofelia zaczynała krzyczeć, bo Ofelia nie pamiętała tekstu, nikt nie pamiętał tekstu, improwizacja, głowa pękająca od improwizacji. Omdlewająca Ofelia, która z dnia na dzień coraz bardziej zatracała się w roli, tracąc przy tym zmysły, wreszcie stawała się naprawdę szalona, ale co ona mogła wiedzieć o szaleństwie? Szaleństwem były delikatne aberracje w ustawieniu scenografii, które zaczynały go coraz bardziej wkurwiać. Ale zawsze była jedna stała w tej zawierusze zmian, niewzruszona jak skała, o którą rozbijał się tłum napływający falą do teatru, zawsze zajmująca to samo miejsce na widowni. Zawsze chciwie wpatrzona w niego, tylko w niego, choć widziała setki razy to samo przedstawienie, słyszała setki razy, jak wypowiada te same kwestie. Zawsze Lorraine.
Nie tylko Baldwin tkwił w więzieniu pamięci, skazany na wieczystą rekurencję wspomnień. Lorraine także była więźniem w tym teatrze.
To był teatr totalny, w którym pamięć stała się scenografią, jej ciało sceną, a Baldwin – aktorem i reżyserem. Tak, jej ciało było sceną, ołtarzem perwersyjnego misterium, w którym miłość i przemoc stają się jednością, bo sztuka i wiara zawsze przenikały się ze sobą w ich życiu. Chociaż traktował ją jak rekwizyt, jej ciało nigdy nie było dla Baldwina rekwizytem, o czym przypominał, gdy kpił z niej bezlitośnie, wytykając, że tym właśnie była w życiu wszystkich tych, których kochała. Tych, których ośmieliła się kochać. Wykpiwał ją przedstawieniem, które sam odegrał i wyreżyserował, podążając za dziejami grzechu, zapisanymi na pergaminie jej skóry. Premierowy pokaz, specjalnie dla niej. Aktorska pantomima jej kochanków. Spirytystyczny seans medium wywołującego duchy minionych miłości, martwych miłości. Rekolekcja wspomnień.
Grał, a Lorraine grała z nim. Ciała mężczyzn zawsze były sceną, na której Lorraine grała samą siebie. Nie po to, by siebie odnaleźć, ale po to, by potwierdzić własną tożsamość, rozszczepioną przez pryzmat ich spojrzeń. To oni definiowali ją w chwili dotyku: w chwili pragnienia, i w chwili odrzucenia. To oni stawali się lustrami, w których mogła dojrzeć swój blask i swoją zgniliznę. Czym w oczach Baldwina różnił się Atreus od Otto? Czym oboje różnili się od Oleandra? Wszystkich ich traktował tylko tylko jako role do odegrania, papierowe postaci w scenariuszu jej życia, a choć wcielał się w nich po kolei, odgrywając ich gesty, dotyk, słowa szeptane nad jej uchem – jak gdyby znajomość ich dotyku mogła dać mu władzę nad nią – będąc nimi wszystkimi, nie był żadnym z nich. Wiedział, jak wielki ból sprawia pamięć, dlatego tak obsesyjnie wracał do wspomnień Lorraine, chcąc zrozumieć ją przez jej kochanków, przez Atreusa, przez Otto, przez Oleandra, przez role, jakie im narzuciła, przez narrację, w jaką ich wtłoczyła.
W końcu byli dziećmi poety. Liczyło się tylko to, kto wymyśli lepszą metaforę. Kto lepiej odegra przypisaną mu rolę, wyrwawszy się z jej ram. Kto obróci narrację na własną korzyść.
Obsesja Baldwina nie była zazdrością. Nie, to nigdy nie była zazdrość. To było coś o wiele głębszego. Liturgia jej własnego rozpadu, odprawiana w rytuale ciał, imion i wspomnień. Chorobliwa potrzeba przejęcia pamięci Lorraine, aby mógł stać się jedynym kapłanem, jedynym świadkiem i jedynym sędzią jej bólu. Jedynym, który mógł ją posiadać. Jedynym, który mógł ją wyzwolić. Baldwin był nekromantą wskrzeszającym martwe ciała jej kochanków, tylko po to, aby móc zabić ich na nowo, wywlec zwłoki z grobowca jej serca, zbeszcześcić. Wypatroszyć i zedrzeć z nich skórę. Przywdziać twarze jak maski z antycznej galerii. Odgrywając jej kochanków, nie stawał się ich sobowtórem, lecz głosem przewodnika greckiego chóru, wydającym wyrok potępienia. Grabarzem, który decydował, że nie zasługiwali na godny pochówek. Tylko on na to zasługiwał. Tylko Baldwin Malfoy.
Bo kiedy Baldwin ucałował wnętrze jej dłoni, to było jak kpina z czułości, jakimi obdarzał ją Atreus. Z zawadiackiego uroku jego szarmanckich gestów, z rycerskiej maniery. Ukochany z młodzieńczych lat, piękny jak książę z bajki, jak bohater rycerskiego romansu, rycerz w lśniącej zbroi, który ocalił księżniczkę, ucząc ją, jak kochać i być kochaną. Tylko że nie wszystkie bajki mogły kończyć się słowami "i żyli długo i szczęśliwie". Lorraine nigdy nie była księżniczką. Atreus nigdy nie był rycerzem... Chyba że błędnym rycerzem. Jesteś dobry, ale nie jesteś dobrym człowiekiem, powtarzała Lorraine, głaszcząc go czule po policzku, nigdy nie rzucając mu prawdy w twarz jak rękawicy – jak wyzwania, które musiał podjąć – lecz wręczając mu ją z godnością damy, podarunkiem w postaci wstążki w barwach swojego domu zapewniając rycerza o swojej przychylności. Gdy przyglądała się z trybun jak jej rycerz potyka się w turnieju, wiedziała, że ubita ziemia to tylko nieudolna namiastka pola bitwy, do którego zawsze ciągnął go będzie zew krwi i chwały. Nikt nie wiedział ile łez wylała po tym, jak się rozstali, po tym jak wzgardził jej uczuciem. Nie sądziła, że jeszcze kiedyś przyjdzie jej płakać przez Atreusa, a jednak, na początku czerwca znowu doprowadził ją do łez. Czy Baldwin o tym wiedział? Czy wiedział, że Atreus odrzucił jej propozycję pomocy? Że wzdrygnął się, kiedy przytuliła swój ciepły policzek do jego zimnych dłoni, zimniejszych od dłoni trupa? Och, gdyby Baldwin widział ją wtedy – gdy wybuchła pretensją, wyrzucając Atreusowi wszystkie te razy, kiedy poczuła się wzgardzona, ciskając w niego naszyjnikiem, który jej podarował – wściekła, wzgardzona wila. Na samo wspomnienie Lorraine miała ochotę się śmiać. Atreus nienawidził truchła nieumarłej miłości, jaką widział na dnie jej oczu. Może dlatego zawsze patrzyła mu prosto w oczy. Wybaczyła Atreusowi. Wybaczyła mu każdą wzgardę. Wybaczyła mu wszystko, tylko nie to, że nie było go przy niej wtedy, kiedy umarła jej matka. Rycerz nie przeszedł próby, dlatego księżniczka nigdy nie pozwoliła mu się uratować. Dlatego nigdy później nie otworzyła się przed nim tak, jak robiła to wtedy, gdy byli razem. Dlatego nigdy nie próbowała go odzyskać, z obojętnością patrząc na kobiety przewijające się przez jego życie, bez krzty zazdrości celebrując jego zwycięstwa. Nie wypominała mu porażek, nawet wtedy, kiedy rycerz poległ pod batutą błazna. Bo Atreus odszedł, a Otto został. Otto...
Kiedy Baldwin musnął jej udo, zrobił to jak Otto. Sama musiała poprowadzić tam jego dłonie. Zawsze ją uwodził, gdy ona go odpychała, odpychał, gdy to ona uwodziła, słodycz jego uśmiechu doprawiona goryczą niewłaściwej miłości. Lorraine poprowadziła dłonie Otto między uda, udając, że jej drżąca niepewność nie jest strachem niedoświadczonej dziewczyny, lecz niecierpliwością dojrzałej kobiety. Ale kiedy sunął ustami po jej ciele, zostawiając za sobą ślady pocałunków i szepty miłosnych wyznań, zapominała o tym, że jest smutną, samotną dziewczynką, która nie ma na świecie nikogo, kto by ją pokochał. Kiedy Otto docierał do jej ust, Lorraine pamiętała już tylko o tym, że jest wilą. Może i żyła z nim jak żona z mężem, gotowa oddać się spod władzy ojcowskiej prosto pod władzę mężowską, bo te nie różniły się zanadto od siebie: jedna wymagała od niej oddania umysłu, a druga – tylko ciała. Bo skoro ojciec nie był w stanie jej obronić – nie był w stanie obronić samego siebie, pomyślała ze smutkiem, wspomnienie znękanej twarzy Armanda wiszące tuż nad jej twarzą w postaci twarzy Baldwina – skoro nie był w stanie wyrwać się ze szponów hegemonii Mirandy, w których tkwiła razem z nim – ojciec i córka, w równym stopniu ofiary, co oprawcy – może zrobiłby to mąż. Ale Otto nigdy nie chciał więzić jej w małżeństwie. Małżeństwo zawsze jawiło się dla niej jako coś na kształt więzienia, a silne ramiona Otto, które osłaniały ją przed przed światem, kiedy potrzebowała tego najbardziej, nigdy nie były jej więzieniem. Otto kochał ją wolną, kochał ją dziką i nieskrępowaną. Lorraine była wolna z Otto. Żyła z nim w przestrzeni między grzechem a pokusą, która popychała w stronę grzechu, ale żyła. Otto sprawił, że nauczyła się śmiać z życia. Otto zawsze sprawiał, że się śmiała, zrozumiała Lorraine, czując, że do oczu napływają jej łzy, a jej samej znowu chce się płakać.
Kiedy Baldwin przesunął dłonią wzdłuż żeber, tuż nad jej sercem, przypomniał jej o Oleanderze. O tym, jak szybko biło jego serce, gdy go całowała – tak szybko, że nie nadążała za nim wskazówka metronomu, której wychylenia odmierzały z jednostajną precyzją chwile grzesznej uciechy, przedłużając je w nieskończoność. Otworzyła szerzej oczy, wciągając gwałtownie powietrze do płuc, kiedy padło między nimi imię chłopaka, bo przecież obiecał, obiecał, że nie będzie o tym mówił. O grzechu, którego nie potrafiła sobie wybaczyć. O słodkim chłopcu, którego uwiodła, którego niewinność zbrukała przedwcześnie, mniej lub bardziej świadomie powielając błędy przeszłości. Nie, to nie były błędy, tak jak i Oleander nie był błędem: nigdy nie był błędem, ale nosiła go ze sobą w sercu, które czasem ciążyło jej w piersi bardziej niż wyrzut na sumieniu. A sumienie nie pozwalało jej znajdować usprawiedliwień dla swojego postępowania. Nie znajdowała dla siebie usprawiedliwienia w czułości, jaką wciąż żywiła do chłopca, nie liczyła na nie, gdy dedykowała mu piosenki, a już na pewno nie próbowała szukać go na dnie oczu Oleandra, które może i mogły zmieniać swój kolor, ale nie mogły przestać płonąć constans uwielbienia. Lorraine także płonęła.
Baldwin nie wspomniał imienia Maeve. Milczał, a jego milczenie było aktem łaski i okrucieństwa zarazem. Nie wypowiedział imienia Maeve. Nie musiał, bo nawet nieme, imię Maeve wybrzmiało głośniej niż imiona, które wypowiedział na głos.
Lorraine wpadła w histerię. Nudna jesteś, pomyślała, próbując rozpaczliwie złapać oddech, choć nie mogła się poruszyć, zdjęta dziwnym marazmem, nudna w tym całym swoim bólu. Lorraine wiedziała, że sama się w nim pogrąża, sama się na niego skazuje. Nudna nudna nudna nudna nudna nudna była tak kurewsko nudna. Ból odgrywany wciąż w kółko, jak przeklęty spektakl, który nie może zejść z afiszy. Ból, nie noszący żadnych znamion świętości, odtwarzany jak rytuał.
Czasem ból, który jej zadawał, był po prostu bólem. Nie było w nim nic pięknego. Lorraine widziała, co taki ból robił z ludźmi, bo widziała wnętrze umysłów rozdartych bólem. Ból, ból, straszliwy ból, kiedy to się wreszcie skończy, ból, ból, boleść, krzywda, męka, katusze, udręka, tortury, cierpienie, ofiara, nie, to tylko piękne słowa, które nic nie znaczyły, nie mogły oddać tego, czym jest ból, kiedy był tylko ból, ból, którego nie powinna czuć, bo martwi nie czują bólu, a ona była martwa, dlaczego mnie boli, skoro jestem martwa, ból, ból, wciąż tylko ból i ból, ile jeszcze będzie musiała znosić ten pierdolony ból, ile jeszcze, pomyślała, nie mogąc skupić na niczym oprócz bólu, ile jeszcze będzie bolało?
Nie, myliła się, och, jakże się myliła, Baldwin był okrutny – najokrutniejszy z nich wszystkich, pomyślała nieprzytomnie – Baldwin był okrutny, bo zmuszał ją, aby spojrzała na gnijące zwłoki. Zmuszał ją, by się przyznała do winy. To ja ich nie pochowałam. To ja ożywiam ich ciała. To ja karmię je swoją krwią. Milczała, modląc się, żeby zrozumiał, że nie potrafi inaczej. Nigdy nie potrafiła. Spazmy płaczu, które szarpały wcześniej ciałem Lorraine, odarły ją z resztek godności. Łzy uczyniły ją szpetną, a jednak nie mogła ich powstrzymać, gdy spływały po policzkach, rozmywając jej rysy – tak jak teraz nie mogła ukryć swej szpetności. Nie mogła ukryć się przed nim.
– Nigdy nie pochowałam nikogo, kogo kochałam. – Nie chowała ich w ziemi, pozwalała swojej miłości gnić na powierzchni, gotowa całować zimne dłonie, bezkrwiste usta. Nawet kiedy uczucie dawno szczezło, jej miłość żyła wiecznie, dopuszczając się aktu nekrofilii. Z ciałami, które nie były dostatecznie ciepłe, aby ogrzać jej łoże. Z sercami, które nie były dostatecznie zimne, aby ją zniechęcić. – Gniją we mnie. – Wypluwała z siebie słowa w upiornym natchnieniu, ogarnięta ni to agitacją, ni przerażającym spokojem. – Wszystko jest zgniłe. Ta krew, to nazwisko, ta rodzina. Gnije i wydaje na świat zgniliznę, a my jesteśmy częścią tej zgnilizny. Nie widzisz? Przecież my już dawno umarliśmy. Ojciec. Matka. Ja. Trzeba było pozwolić mi wtedy umrzeć. – Nie zasługiwałam na pogrzeb, pomyślała, ale zasługiwałam na śmierć. – Dlaczego nie pozwoliłeś mi umrzeć? Dlaczego nie pozwoliłeś mi do niej pójść? – Głos jej, niewiele głośniejszy od szeptu, raz to wznosił się, raz opadał, harmonizując z jego głosem, który zaczął nucić pieśń podziemi. – Do matki – powiedziała, a może pomyślała nieprzytomnie, wspierając się na ramieniu Baldwina. – Do Mirandy. Do Matki. Do mojej matki.
Martwa bogini czczona przez równie martwego wyznawcę martwą pieśnią. Tyle że to Baldwin powtarzał, że wszyscy, których kocha, są martwi. Lorraine wierzyła, że nikt nie umiera, dopóki jest kochany. Jakiż żałosny widok musieli sobą przedstawiać: niesłusznie oskarżony prorok, zdjęty z krzyża, i męczennica, którą opuścili bogowie i zdrowe zmysły... Ale nie on. Nie zdradził jej. Nie zdradził samego siebie. Nie zdradził ich wiary. Nie zdradził ich rodziny. Nic innego się nie liczyło, dopóki nie zdradził tego, co kochali. Może i był potworem, ale jej potworem.
"Nie chowaj się przede mną".
– Więc nie odwracaj się ode mnie – wykrztusiła. – Myślałam, że się ode mnie odwróciłeś. Możesz mną gardzić, ale nie odwracaj się ode mnie. – Gdyby Baldwin był Orfeuszem, największym aktem miłości byłoby spojrzenie za siebie. Nie musiał się modlić, o to, aby Lorraine rozumiała, bo pewnych rzeczy nie sposób było objąć rozumem. Żeby zrozumieć, trzeba było się odwrócić i spojrzeć w oczy Eurydyce. Na ich dnie zawsze była miłość. Na ich dnie zawsze było wybaczenie. Lorraine nie przeszkadzało bycie potępioną, dopóki była kochaną. – Możesz gardzić moim wybaczeniem – szeptała gorączkowo, gdy pomagał się jej podnieść – a jednak... Wybaczam ci.
Czy tak czuł się Orfeusz u bram Hadesu, pomyślała, czując, jak kolana uginają się pod nią na widok otwartych na oścież drzwi, przez które wpadli tutaj z korytarza, czy tak czuła się Eurydyka? Pierdolony Orfeusz, pierdolona Eurydyka – tylko które było którym – zamazane przez łzy sylwetki zlewały się ze sobą, gdy oboje chwiejnym krokiem podążali w stronę kuchni, tak, że nie dało się rozróżnić, gdzie zaczyna się jedno, a gdzie kończy drugie. To Baldwin był Eurydyką – nie, to ona była Eurydyką – wiecznie kochającą Eurydyką, która nie chce powrócić do świata żywych. Zatem Baldwin musiał być Orfeuszem... Tyle że to Lorraine była Orfeuszem. Orfeuszem, który, przemierzając krainę umarłych, nie potrafi przestać oglądać się za siebie.
"Zabiłbym dla ciebie", szeptał Baldwin. "Umarłbym dla ciebie."
Tym razem przynieśli go nieprzytomnego do zakładu, następnym razem wyłowią go z dna rynsztoka. Kolejny topielec z napuchniętą twarzą o zmienionych nie do poznania rysach. Co jeżeli ryby ogryzą miękką tkankę jego palców, co jeżeli zsunie się z nich ten przeklęty, rodzinny sygnet? Jak rozpozna wtedy jego ciało, pomyślała, wtuliwszy się w Baldwina, szukając w jego ramionach schronienia przed nim samym, jak urządzi mu pogrzeb? Wstrząsnęły nią nowe spazmy, które wzmogły się tylko, gdy pomagał jej usiąść na jednym z krzeseł przy kuchennym stole. Nie rozumiesz, chciała powiedzieć Baldwinowi, ale nie była w stanie wykrztusić z siebie choćby słowa, nie rozumiesz, że nie chcę ciebie stracić? Że nie mogę ciebie stracić? Nie, nie rozumiał, niczego nie rozumiał. Nie rozumiał, że Lorraine nie pogrzebała swej niewinności w katakumbach. Pogrzebała ją w jego dłoniach. Dłoniach, których trzymała się tak kurczowo, jak trzymała się swej wiary, bo co z tego, że teraz sprawiały jej ból, skoro pamiętała, jak nieskończenie delikatne były, gdy obmywały jej ciało ze zmazy podziemnych ścieżek jak ze zmazy grzechu.
Milczała, jej usta nieme jak usta bogini. Nic nie było tak nieme jak usta bogini. Milczała, a jej milczenie było aktem łaski i okrucieństwa zarazem, bo bogowie nie tłumaczą się śmiertelnym.
– Tak wygląda ta twoja miłość, Baldwinie? – powtórzyła cicho. Echo jej własnych słów, wibrujące w kaplicy jego pamięci jak świętokradzki pacierz, bo tym razem przywołała nie imię biblijnego sędziego, a jego własne. Takim samym tonem, z taką samą intonacją: niczego nie kochał tak jak repetycji, kojącej powtarzalności rutyny, co teraz bezczelnie rzucała mu w twarz, zmieniając jedno tylko słowo, bo te najdrobniejsze zmiany na peryferiach percepcji rozstrajały go najbardziej. Bolały najbardziej. Choroba Milforda była dla Baldwina zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem: wiedziała, że nauczył się z nią żyć, ale wiedziała też, co musiał przeżywać każdego dnia. Wiedziała, co przeżywał każdego dnia w teatrze, wiedziała, że choroba dokucza mu najbardziej, gdy występował na scenie... Wiedziała, że teraz też występował.
Pamiętał każdy swój ruch, każdy gest, wszystkie sposoby na jakie wyrecytował daną rolę. Pamiętał, bo był skazany, aby pamiętać. Znowu wchodził na scenę, znowu światła reflektorów oślepiały go mirażami deja vu. Znowu zmieniła się publiczność, zmieniła się obsada, zmienili się aktorzy wokół niego, ale ich twarze zlewały się ze sobą w jedno, co z tego, że pamiętał ich imiona, skoro wszyscy mieli taką samą twarz? Ofelia zaczynała krzyczeć, bo Ofelia nie pamiętała tekstu, nikt nie pamiętał tekstu, improwizacja, głowa pękająca od improwizacji. Omdlewająca Ofelia, która z dnia na dzień coraz bardziej zatracała się w roli, tracąc przy tym zmysły, wreszcie stawała się naprawdę szalona, ale co ona mogła wiedzieć o szaleństwie? Szaleństwem były delikatne aberracje w ustawieniu scenografii, które zaczynały go coraz bardziej wkurwiać. Ale zawsze była jedna stała w tej zawierusze zmian, niewzruszona jak skała, o którą rozbijał się tłum napływający falą do teatru, zawsze zajmująca to samo miejsce na widowni. Zawsze chciwie wpatrzona w niego, tylko w niego, choć widziała setki razy to samo przedstawienie, słyszała setki razy, jak wypowiada te same kwestie. Zawsze Lorraine.
Nie tylko Baldwin tkwił w więzieniu pamięci, skazany na wieczystą rekurencję wspomnień. Lorraine także była więźniem w tym teatrze.
To był teatr totalny, w którym pamięć stała się scenografią, jej ciało sceną, a Baldwin – aktorem i reżyserem. Tak, jej ciało było sceną, ołtarzem perwersyjnego misterium, w którym miłość i przemoc stają się jednością, bo sztuka i wiara zawsze przenikały się ze sobą w ich życiu. Chociaż traktował ją jak rekwizyt, jej ciało nigdy nie było dla Baldwina rekwizytem, o czym przypominał, gdy kpił z niej bezlitośnie, wytykając, że tym właśnie była w życiu wszystkich tych, których kochała. Tych, których ośmieliła się kochać. Wykpiwał ją przedstawieniem, które sam odegrał i wyreżyserował, podążając za dziejami grzechu, zapisanymi na pergaminie jej skóry. Premierowy pokaz, specjalnie dla niej. Aktorska pantomima jej kochanków. Spirytystyczny seans medium wywołującego duchy minionych miłości, martwych miłości. Rekolekcja wspomnień.
Grał, a Lorraine grała z nim. Ciała mężczyzn zawsze były sceną, na której Lorraine grała samą siebie. Nie po to, by siebie odnaleźć, ale po to, by potwierdzić własną tożsamość, rozszczepioną przez pryzmat ich spojrzeń. To oni definiowali ją w chwili dotyku: w chwili pragnienia, i w chwili odrzucenia. To oni stawali się lustrami, w których mogła dojrzeć swój blask i swoją zgniliznę. Czym w oczach Baldwina różnił się Atreus od Otto? Czym oboje różnili się od Oleandra? Wszystkich ich traktował tylko tylko jako role do odegrania, papierowe postaci w scenariuszu jej życia, a choć wcielał się w nich po kolei, odgrywając ich gesty, dotyk, słowa szeptane nad jej uchem – jak gdyby znajomość ich dotyku mogła dać mu władzę nad nią – będąc nimi wszystkimi, nie był żadnym z nich. Wiedział, jak wielki ból sprawia pamięć, dlatego tak obsesyjnie wracał do wspomnień Lorraine, chcąc zrozumieć ją przez jej kochanków, przez Atreusa, przez Otto, przez Oleandra, przez role, jakie im narzuciła, przez narrację, w jaką ich wtłoczyła.
W końcu byli dziećmi poety. Liczyło się tylko to, kto wymyśli lepszą metaforę. Kto lepiej odegra przypisaną mu rolę, wyrwawszy się z jej ram. Kto obróci narrację na własną korzyść.
Obsesja Baldwina nie była zazdrością. Nie, to nigdy nie była zazdrość. To było coś o wiele głębszego. Liturgia jej własnego rozpadu, odprawiana w rytuale ciał, imion i wspomnień. Chorobliwa potrzeba przejęcia pamięci Lorraine, aby mógł stać się jedynym kapłanem, jedynym świadkiem i jedynym sędzią jej bólu. Jedynym, który mógł ją posiadać. Jedynym, który mógł ją wyzwolić. Baldwin był nekromantą wskrzeszającym martwe ciała jej kochanków, tylko po to, aby móc zabić ich na nowo, wywlec zwłoki z grobowca jej serca, zbeszcześcić. Wypatroszyć i zedrzeć z nich skórę. Przywdziać twarze jak maski z antycznej galerii. Odgrywając jej kochanków, nie stawał się ich sobowtórem, lecz głosem przewodnika greckiego chóru, wydającym wyrok potępienia. Grabarzem, który decydował, że nie zasługiwali na godny pochówek. Tylko on na to zasługiwał. Tylko Baldwin Malfoy.
Bo kiedy Baldwin ucałował wnętrze jej dłoni, to było jak kpina z czułości, jakimi obdarzał ją Atreus. Z zawadiackiego uroku jego szarmanckich gestów, z rycerskiej maniery. Ukochany z młodzieńczych lat, piękny jak książę z bajki, jak bohater rycerskiego romansu, rycerz w lśniącej zbroi, który ocalił księżniczkę, ucząc ją, jak kochać i być kochaną. Tylko że nie wszystkie bajki mogły kończyć się słowami "i żyli długo i szczęśliwie". Lorraine nigdy nie była księżniczką. Atreus nigdy nie był rycerzem... Chyba że błędnym rycerzem. Jesteś dobry, ale nie jesteś dobrym człowiekiem, powtarzała Lorraine, głaszcząc go czule po policzku, nigdy nie rzucając mu prawdy w twarz jak rękawicy – jak wyzwania, które musiał podjąć – lecz wręczając mu ją z godnością damy, podarunkiem w postaci wstążki w barwach swojego domu zapewniając rycerza o swojej przychylności. Gdy przyglądała się z trybun jak jej rycerz potyka się w turnieju, wiedziała, że ubita ziemia to tylko nieudolna namiastka pola bitwy, do którego zawsze ciągnął go będzie zew krwi i chwały. Nikt nie wiedział ile łez wylała po tym, jak się rozstali, po tym jak wzgardził jej uczuciem. Nie sądziła, że jeszcze kiedyś przyjdzie jej płakać przez Atreusa, a jednak, na początku czerwca znowu doprowadził ją do łez. Czy Baldwin o tym wiedział? Czy wiedział, że Atreus odrzucił jej propozycję pomocy? Że wzdrygnął się, kiedy przytuliła swój ciepły policzek do jego zimnych dłoni, zimniejszych od dłoni trupa? Och, gdyby Baldwin widział ją wtedy – gdy wybuchła pretensją, wyrzucając Atreusowi wszystkie te razy, kiedy poczuła się wzgardzona, ciskając w niego naszyjnikiem, który jej podarował – wściekła, wzgardzona wila. Na samo wspomnienie Lorraine miała ochotę się śmiać. Atreus nienawidził truchła nieumarłej miłości, jaką widział na dnie jej oczu. Może dlatego zawsze patrzyła mu prosto w oczy. Wybaczyła Atreusowi. Wybaczyła mu każdą wzgardę. Wybaczyła mu wszystko, tylko nie to, że nie było go przy niej wtedy, kiedy umarła jej matka. Rycerz nie przeszedł próby, dlatego księżniczka nigdy nie pozwoliła mu się uratować. Dlatego nigdy później nie otworzyła się przed nim tak, jak robiła to wtedy, gdy byli razem. Dlatego nigdy nie próbowała go odzyskać, z obojętnością patrząc na kobiety przewijające się przez jego życie, bez krzty zazdrości celebrując jego zwycięstwa. Nie wypominała mu porażek, nawet wtedy, kiedy rycerz poległ pod batutą błazna. Bo Atreus odszedł, a Otto został. Otto...
Kiedy Baldwin musnął jej udo, zrobił to jak Otto. Sama musiała poprowadzić tam jego dłonie. Zawsze ją uwodził, gdy ona go odpychała, odpychał, gdy to ona uwodziła, słodycz jego uśmiechu doprawiona goryczą niewłaściwej miłości. Lorraine poprowadziła dłonie Otto między uda, udając, że jej drżąca niepewność nie jest strachem niedoświadczonej dziewczyny, lecz niecierpliwością dojrzałej kobiety. Ale kiedy sunął ustami po jej ciele, zostawiając za sobą ślady pocałunków i szepty miłosnych wyznań, zapominała o tym, że jest smutną, samotną dziewczynką, która nie ma na świecie nikogo, kto by ją pokochał. Kiedy Otto docierał do jej ust, Lorraine pamiętała już tylko o tym, że jest wilą. Może i żyła z nim jak żona z mężem, gotowa oddać się spod władzy ojcowskiej prosto pod władzę mężowską, bo te nie różniły się zanadto od siebie: jedna wymagała od niej oddania umysłu, a druga – tylko ciała. Bo skoro ojciec nie był w stanie jej obronić – nie był w stanie obronić samego siebie, pomyślała ze smutkiem, wspomnienie znękanej twarzy Armanda wiszące tuż nad jej twarzą w postaci twarzy Baldwina – skoro nie był w stanie wyrwać się ze szponów hegemonii Mirandy, w których tkwiła razem z nim – ojciec i córka, w równym stopniu ofiary, co oprawcy – może zrobiłby to mąż. Ale Otto nigdy nie chciał więzić jej w małżeństwie. Małżeństwo zawsze jawiło się dla niej jako coś na kształt więzienia, a silne ramiona Otto, które osłaniały ją przed przed światem, kiedy potrzebowała tego najbardziej, nigdy nie były jej więzieniem. Otto kochał ją wolną, kochał ją dziką i nieskrępowaną. Lorraine była wolna z Otto. Żyła z nim w przestrzeni między grzechem a pokusą, która popychała w stronę grzechu, ale żyła. Otto sprawił, że nauczyła się śmiać z życia. Otto zawsze sprawiał, że się śmiała, zrozumiała Lorraine, czując, że do oczu napływają jej łzy, a jej samej znowu chce się płakać.
Kiedy Baldwin przesunął dłonią wzdłuż żeber, tuż nad jej sercem, przypomniał jej o Oleanderze. O tym, jak szybko biło jego serce, gdy go całowała – tak szybko, że nie nadążała za nim wskazówka metronomu, której wychylenia odmierzały z jednostajną precyzją chwile grzesznej uciechy, przedłużając je w nieskończoność. Otworzyła szerzej oczy, wciągając gwałtownie powietrze do płuc, kiedy padło między nimi imię chłopaka, bo przecież obiecał, obiecał, że nie będzie o tym mówił. O grzechu, którego nie potrafiła sobie wybaczyć. O słodkim chłopcu, którego uwiodła, którego niewinność zbrukała przedwcześnie, mniej lub bardziej świadomie powielając błędy przeszłości. Nie, to nie były błędy, tak jak i Oleander nie był błędem: nigdy nie był błędem, ale nosiła go ze sobą w sercu, które czasem ciążyło jej w piersi bardziej niż wyrzut na sumieniu. A sumienie nie pozwalało jej znajdować usprawiedliwień dla swojego postępowania. Nie znajdowała dla siebie usprawiedliwienia w czułości, jaką wciąż żywiła do chłopca, nie liczyła na nie, gdy dedykowała mu piosenki, a już na pewno nie próbowała szukać go na dnie oczu Oleandra, które może i mogły zmieniać swój kolor, ale nie mogły przestać płonąć constans uwielbienia. Lorraine także płonęła.
Baldwin nie wspomniał imienia Maeve. Milczał, a jego milczenie było aktem łaski i okrucieństwa zarazem. Nie wypowiedział imienia Maeve. Nie musiał, bo nawet nieme, imię Maeve wybrzmiało głośniej niż imiona, które wypowiedział na głos.
Lorraine wpadła w histerię. Nudna jesteś, pomyślała, próbując rozpaczliwie złapać oddech, choć nie mogła się poruszyć, zdjęta dziwnym marazmem, nudna w tym całym swoim bólu. Lorraine wiedziała, że sama się w nim pogrąża, sama się na niego skazuje. Nudna nudna nudna nudna nudna nudna była tak kurewsko nudna. Ból odgrywany wciąż w kółko, jak przeklęty spektakl, który nie może zejść z afiszy. Ból, nie noszący żadnych znamion świętości, odtwarzany jak rytuał.
Czasem ból, który jej zadawał, był po prostu bólem. Nie było w nim nic pięknego. Lorraine widziała, co taki ból robił z ludźmi, bo widziała wnętrze umysłów rozdartych bólem. Ból, ból, straszliwy ból, kiedy to się wreszcie skończy, ból, ból, boleść, krzywda, męka, katusze, udręka, tortury, cierpienie, ofiara, nie, to tylko piękne słowa, które nic nie znaczyły, nie mogły oddać tego, czym jest ból, kiedy był tylko ból, ból, którego nie powinna czuć, bo martwi nie czują bólu, a ona była martwa, dlaczego mnie boli, skoro jestem martwa, ból, ból, wciąż tylko ból i ból, ile jeszcze będzie musiała znosić ten pierdolony ból, ile jeszcze, pomyślała, nie mogąc skupić na niczym oprócz bólu, ile jeszcze będzie bolało?
Nie, myliła się, och, jakże się myliła, Baldwin był okrutny – najokrutniejszy z nich wszystkich, pomyślała nieprzytomnie – Baldwin był okrutny, bo zmuszał ją, aby spojrzała na gnijące zwłoki. Zmuszał ją, by się przyznała do winy. To ja ich nie pochowałam. To ja ożywiam ich ciała. To ja karmię je swoją krwią. Milczała, modląc się, żeby zrozumiał, że nie potrafi inaczej. Nigdy nie potrafiła. Spazmy płaczu, które szarpały wcześniej ciałem Lorraine, odarły ją z resztek godności. Łzy uczyniły ją szpetną, a jednak nie mogła ich powstrzymać, gdy spływały po policzkach, rozmywając jej rysy – tak jak teraz nie mogła ukryć swej szpetności. Nie mogła ukryć się przed nim.
– Nigdy nie pochowałam nikogo, kogo kochałam. – Nie chowała ich w ziemi, pozwalała swojej miłości gnić na powierzchni, gotowa całować zimne dłonie, bezkrwiste usta. Nawet kiedy uczucie dawno szczezło, jej miłość żyła wiecznie, dopuszczając się aktu nekrofilii. Z ciałami, które nie były dostatecznie ciepłe, aby ogrzać jej łoże. Z sercami, które nie były dostatecznie zimne, aby ją zniechęcić. – Gniją we mnie. – Wypluwała z siebie słowa w upiornym natchnieniu, ogarnięta ni to agitacją, ni przerażającym spokojem. – Wszystko jest zgniłe. Ta krew, to nazwisko, ta rodzina. Gnije i wydaje na świat zgniliznę, a my jesteśmy częścią tej zgnilizny. Nie widzisz? Przecież my już dawno umarliśmy. Ojciec. Matka. Ja. Trzeba było pozwolić mi wtedy umrzeć. – Nie zasługiwałam na pogrzeb, pomyślała, ale zasługiwałam na śmierć. – Dlaczego nie pozwoliłeś mi umrzeć? Dlaczego nie pozwoliłeś mi do niej pójść? – Głos jej, niewiele głośniejszy od szeptu, raz to wznosił się, raz opadał, harmonizując z jego głosem, który zaczął nucić pieśń podziemi. – Do matki – powiedziała, a może pomyślała nieprzytomnie, wspierając się na ramieniu Baldwina. – Do Mirandy. Do Matki. Do mojej matki.
Martwa bogini czczona przez równie martwego wyznawcę martwą pieśnią. Tyle że to Baldwin powtarzał, że wszyscy, których kocha, są martwi. Lorraine wierzyła, że nikt nie umiera, dopóki jest kochany. Jakiż żałosny widok musieli sobą przedstawiać: niesłusznie oskarżony prorok, zdjęty z krzyża, i męczennica, którą opuścili bogowie i zdrowe zmysły... Ale nie on. Nie zdradził jej. Nie zdradził samego siebie. Nie zdradził ich wiary. Nie zdradził ich rodziny. Nic innego się nie liczyło, dopóki nie zdradził tego, co kochali. Może i był potworem, ale jej potworem.
"Nie chowaj się przede mną".
– Więc nie odwracaj się ode mnie – wykrztusiła. – Myślałam, że się ode mnie odwróciłeś. Możesz mną gardzić, ale nie odwracaj się ode mnie. – Gdyby Baldwin był Orfeuszem, największym aktem miłości byłoby spojrzenie za siebie. Nie musiał się modlić, o to, aby Lorraine rozumiała, bo pewnych rzeczy nie sposób było objąć rozumem. Żeby zrozumieć, trzeba było się odwrócić i spojrzeć w oczy Eurydyce. Na ich dnie zawsze była miłość. Na ich dnie zawsze było wybaczenie. Lorraine nie przeszkadzało bycie potępioną, dopóki była kochaną. – Możesz gardzić moim wybaczeniem – szeptała gorączkowo, gdy pomagał się jej podnieść – a jednak... Wybaczam ci.
Czy tak czuł się Orfeusz u bram Hadesu, pomyślała, czując, jak kolana uginają się pod nią na widok otwartych na oścież drzwi, przez które wpadli tutaj z korytarza, czy tak czuła się Eurydyka? Pierdolony Orfeusz, pierdolona Eurydyka – tylko które było którym – zamazane przez łzy sylwetki zlewały się ze sobą, gdy oboje chwiejnym krokiem podążali w stronę kuchni, tak, że nie dało się rozróżnić, gdzie zaczyna się jedno, a gdzie kończy drugie. To Baldwin był Eurydyką – nie, to ona była Eurydyką – wiecznie kochającą Eurydyką, która nie chce powrócić do świata żywych. Zatem Baldwin musiał być Orfeuszem... Tyle że to Lorraine była Orfeuszem. Orfeuszem, który, przemierzając krainę umarłych, nie potrafi przestać oglądać się za siebie.
"Zabiłbym dla ciebie", szeptał Baldwin. "Umarłbym dla ciebie."
Tym razem przynieśli go nieprzytomnego do zakładu, następnym razem wyłowią go z dna rynsztoka. Kolejny topielec z napuchniętą twarzą o zmienionych nie do poznania rysach. Co jeżeli ryby ogryzą miękką tkankę jego palców, co jeżeli zsunie się z nich ten przeklęty, rodzinny sygnet? Jak rozpozna wtedy jego ciało, pomyślała, wtuliwszy się w Baldwina, szukając w jego ramionach schronienia przed nim samym, jak urządzi mu pogrzeb? Wstrząsnęły nią nowe spazmy, które wzmogły się tylko, gdy pomagał jej usiąść na jednym z krzeseł przy kuchennym stole. Nie rozumiesz, chciała powiedzieć Baldwinowi, ale nie była w stanie wykrztusić z siebie choćby słowa, nie rozumiesz, że nie chcę ciebie stracić? Że nie mogę ciebie stracić? Nie, nie rozumiał, niczego nie rozumiał. Nie rozumiał, że Lorraine nie pogrzebała swej niewinności w katakumbach. Pogrzebała ją w jego dłoniach. Dłoniach, których trzymała się tak kurczowo, jak trzymała się swej wiary, bo co z tego, że teraz sprawiały jej ból, skoro pamiętała, jak nieskończenie delikatne były, gdy obmywały jej ciało ze zmazy podziemnych ścieżek jak ze zmazy grzechu.