28.02.2025, 19:26 ✶
-Mojej nigdy - zapewniła, a na jej usta wpłynął nieco rozbawiony uśmiech. Cóż, nie reagowała jak książkowe babcie.
Powiodła spojrzeniem jeszcze raz w kierunku obrazu. Jej uwagi w pewien sposób były zabawne. Chociaż nie wypadało chichotać nad tragicznym losem pradziadka - aczkolwiek wiedziała, że będzie miała co opowiadać Malfoyowi. W sumie ciekawa groźba "bo skończysz jak mój pradziad", zapewne dźwięcznie będzie brzmieć podczas kłótni.
Delikatny uśmiech nieznacznie rozjaśnił jej lica, gdy prababcia pochwaliła jej starania. Kolejne jej słowa były niczym silny wiatr, który to rozbujał wyimaginowaną linę na której blondynka balansowała. Dezorientacja zmusiła ją do zmrużenia ślepi, gdy kolejne słowa białowłosej muskały jej bębenki słuchowe. Miała wrażenie, że rozumiejąc wszystko nie rozumie nic. Jasne spojrzenie stało się mniej ufne, jakoby szukając przez moment podstępu. A sama dziewczyna zdawała się zastygnąć w bezruchu, tasując w głowie wszystkie możliwe odpowiedzi. Delikatny chichot i grzeczna negacja? Zdenerwowałaby ją tylko, to nie ten typ. Uprzejme skinięcie głową i nagłe zwrócenie uwagi na cokolwiek co zmieniłoby temat? Marne rozwiązanie. Czuła się nieco pod ścianą, gdy kobieta wymagała czegoś, czego nikt nigdy od niej nie wymagał, nikt z jednym małym cholernym wyjątkiem. Dlaczego ty również nie możesz po prostu być jak oni i uznać, że taka moja maniera?
-Niech tak będzie - odparła pewnym głosem, chociaż nie była wcale tego taka pewna. Trochę jak wyprawa na szubienice. Czy tak czują się ludzie na spowiedzi?
kim jest Scarlett Mulciber. Trudne się wylosowało. Jakich wartości cię nauczono? Czym jesteś mocna? Czego chcesz od życia?
A jednak coś w aparycji blondynki zdawało się zmienić. Zerknęła w kierunku zegara. A więc od teraz liczymy ile minie nim szanowna pababcia się zniesmaczy i wyrzuci mnie z domu. A konsekwencje... konsekwencjami przejmę się później.
-Jestem trzecim synem Richarda Mulcibera, nie pierwszą córką. Tylko matka natura zamiast wyczarować mi penisa, wyczarowała mi mózg - wyznała z nieco złośliwym, kpiącym uśmiechem, aczkolwiek ten uśmiech nie był kierowany do samej kobiety, a raczej do absurdu jaki właśnie przedstawiła. Nigdy nie była wychowywana jak córka, była traktowana na równi z jej braćmi, była karana tak jak oni za przewinienia, nie dostawała taryfy ulgowej ze względu na płeć, także twierdziła, że absurdalnym i niesprawiedliwym było pod koniec dnia wypomnieć jej, że jest kobietą i jako kobieta powinna. Nikt nie miał prawa podnosić podobnych argumentów - zaś ona sama musiała starać się dwa razy bardziej, walczyć o siebie dwa razy mocniej. Od zawsze stawiała poprzeczkę wysoko, nigdy jednak nie bojąc się że kogoś zawiedzie, a żeby pokazać, że potrafi.
-Cenię niezależność od dziecka, nie mam w naturze prosić o pomoc. Jestem uparta i jeśli coś sobie postanowię to nikt nie zmieni mojego zdania.- wymruczała spokojnie. Tak było od maleńkości, dobrze pamiętała jak w dniu urodzin Antoniego Shafiqa bardzo chciała wręczyć mu prezent. Miała wtedy może z pięć lat. Ojciec nie zgodził się ich zabrać do Londynu, gdyż był zajęty pracą. Wtedy dziewczynka grzecznie przytaknęła ojcu, aby w kolejnej chwili samą siebie zabrać pociągiem z Oslo wprost do Londynu. Nie bacząc na konsekwencje - Jestem raczej niepokorna, wulgarna i nieugięta. Jeśli się czegoś podejmuję to chce być w tym najlepsza. Aby osiągnąć wyznaczony przez siebie cel jestem w stanie kłamać, brudzić ręce krwią, bądź obdarzać najsłodszym uśmiechem, zależy czego wymaga sytuacja. Mam dominujący typ charakteru co często jest mi wypominane przez tych, którzy zdążyli mnie poznać. Chronię tych, którzy stoją za mną. Szanuję tych którzy stoją ze mną ramię w ramię... Niszczę tych którzy ośmielą się stanąć naprzeciw mnie. - skrzyżowała ręce na piersi - Mam małe problemy z agresją - na jej usta wpłynął delikatny uśmiech - chociaż tatuś zawsze mówił, że przemoc jest w porządku, należy jedynie dobrze zatrzeć ślady i uciszyć świadków. - uśmiech z jej ust zniknął, a Ona umilkła na dłuższą chwilę. Z pewnością prawda minęła się z oczekiwaniami, które niejednokrotnie przewijały się wobec niej. Nie była ideałem, nie takim jakiego by chcieli, była zbyt butna, zbyt despotyczna by zostać w przyszłości dobrą żoną, a przecież to właśnie tego od niej wymagano, a tego jedynego nie potrafiła spełnić. Jako przykład, wzór cnót i chodzący ideał podsuwano jej pod nos kuzynkę - cnotliwą, dobroduszną. Anioła, który stąpając bosymi stopami wabi do życia pierdolone kwiaty, rozpościerając aurę jebanego piękna. Delikatna, ciepła, o gołębim sercu, uległa, skłonna oddać duszę, nieść pomoc i pierdoloną miłość każdej istocie na tej planecie nie oczekując niczego w zamian - zupełne przeciwieństwo tej, która siedziała właśnie przed najstarszą z rodu.
-Moje mocne strony... - podniosła w zadumie - Pewnie jak na ironię to moje wady - uśmiechnęła się nieco kpiąco - nieustępliwość, upartość, dążenie po trupach do celu, pewność siebie, umiejętność kłamania i dopasowywania się pod rozmówce... - wymieniała, stwierdzając w myślach, że zestaw pytań jest dość dziwny. Z jednej strony pytanie o charakter wydaje się zupełnie normalne, zaś z drugiej strony przedstawianie mocnych stron skojarzyło jej się bardziej z rozmową o pracę, aniżeli pogawędką z prababcią.
-Nie wiem czego chcę od życia, wiem czego nie chcę... - powoli przeniosła wzrok na rozmówczynie, a błękitne ślepia wyrażały nieufność. Wszystko było po coś. - nie zamierzam pozwolić by moje życie zostało zgonione do roli posłusznej żony, więc jeśli to jakiś casting prowadzący do aranżowanego małżeństwa to uprzedzam, że tak szybko jak zostanę żoną, tak szybko zostanę wdową... - mruknęła ze stoickim spokojem, wypranym z emocji głosem. W końcu przecież ten temat coraz częściej się przewijał w domu, w dodatku jej kuzynka jedną nogą była właśnie na wydaniu. Było czuć, że ów temat był wrażliwym punktem, czymś czego z pewnością Mulciber się obawiała i na co reagowała - głównie dlatego, że nad tym jednym nie miałaby kontroli.
-Zresztą mam już narzeczonego - skłamała gładko, a jednocześnie na tyle szybko, że nie zdążyła przemyśleć tego co właśnie powiedziała. A gdy zaczynała o tym myśleć zrozumiała jak wielki błąd mogła popełnić w swych zapewnieniach. Co jeśli będzie chciała go poznać? O ile zaraz nie wyrzuci mnie z domu. Czy Baldwin zgodziłby się skłamać jeszcze raz? Przecież to tylko drobne kłamstwo, prawda? Co ja właśnie zrobiłam.
Gdy temat zszedł na jej brata, Scarlett umilkła na dłuższą chwilę. Czuła, że ten wywiad będzie za nimi chodził. A przecież... Charlie nie chciał niczego złego. To dobry chłopak tylko... tylko trochę naiwny.
-Obawiam się, że tak... - przyznała z westchnięciem - Wiem, że nie chciał źle... mimo, że skończyło się tragicznie i nic go nie broni. Bardzo przeżył całą sytuację, to dobre dziecko, tyle że... - umilkła na moment, zastanawiając się czy mogło to skończyć się inaczej? Nie chciała winić za to Charliego, aczkolwiek nie chciała winić za to Richarda. Nie za to. Szanowała, że każdy z nich dostawał przestrzeń aby się rozwijać w obranym przez siebie kierunku, a jednak to rodzice ponoszą odpowiedzialność za wybryki swoich dzieci - Wiesz jak to jest Buniu, mogę powiedzieć tysiąc słów, wymieniać jego osiągnięcia i wychwalać dobre serce... ale pod koniec dnia to i tak nie ma znaczenia. Naiwnie uwierzył, że robi dobrze. Może jest zbyt ufny? Najgorsze w tym wszystkim nie jest to co zrobił, to był głupi wybryk. Najgorsza w tym wszystkim jest... nadszarpnięta reputacja. Nie jego - uśmiechnęła się smutno. Taka była niestety prawda. Gdyby jego potknięcie dotyczyło tylko jego, prawdopodobnie nie byłoby takiego poruszenia - Charlie jej nie ma, on swoją dopiero będzie budować, a nie można nadszarpnąć czegoś co nie istnieje. To nie za nami będzie się ciągnąć ten wywiad.... A za tobą... za wujem Alexandrem i tymi, którzy na swoje imię i rodzinne nazwisko pracowali latami. Wiem o tym. Dlatego też rozumiem, że możesz być wzburzona. Chcę Cię przeprosić. Tak szczerze... nie przymilam się. Wiem, że to Charlie powinien przepraszać, ale skoro nie miałaś z nim kontaktu to... jeszcze nikt Cię za tą sytuację nie przeprosił, a za to już mam prawo się wstydzić...
Powiodła spojrzeniem jeszcze raz w kierunku obrazu. Jej uwagi w pewien sposób były zabawne. Chociaż nie wypadało chichotać nad tragicznym losem pradziadka - aczkolwiek wiedziała, że będzie miała co opowiadać Malfoyowi. W sumie ciekawa groźba "bo skończysz jak mój pradziad", zapewne dźwięcznie będzie brzmieć podczas kłótni.
Delikatny uśmiech nieznacznie rozjaśnił jej lica, gdy prababcia pochwaliła jej starania. Kolejne jej słowa były niczym silny wiatr, który to rozbujał wyimaginowaną linę na której blondynka balansowała. Dezorientacja zmusiła ją do zmrużenia ślepi, gdy kolejne słowa białowłosej muskały jej bębenki słuchowe. Miała wrażenie, że rozumiejąc wszystko nie rozumie nic. Jasne spojrzenie stało się mniej ufne, jakoby szukając przez moment podstępu. A sama dziewczyna zdawała się zastygnąć w bezruchu, tasując w głowie wszystkie możliwe odpowiedzi. Delikatny chichot i grzeczna negacja? Zdenerwowałaby ją tylko, to nie ten typ. Uprzejme skinięcie głową i nagłe zwrócenie uwagi na cokolwiek co zmieniłoby temat? Marne rozwiązanie. Czuła się nieco pod ścianą, gdy kobieta wymagała czegoś, czego nikt nigdy od niej nie wymagał, nikt z jednym małym cholernym wyjątkiem. Dlaczego ty również nie możesz po prostu być jak oni i uznać, że taka moja maniera?
-Niech tak będzie - odparła pewnym głosem, chociaż nie była wcale tego taka pewna. Trochę jak wyprawa na szubienice. Czy tak czują się ludzie na spowiedzi?
kim jest Scarlett Mulciber. Trudne się wylosowało. Jakich wartości cię nauczono? Czym jesteś mocna? Czego chcesz od życia?
A jednak coś w aparycji blondynki zdawało się zmienić. Zerknęła w kierunku zegara. A więc od teraz liczymy ile minie nim szanowna pababcia się zniesmaczy i wyrzuci mnie z domu. A konsekwencje... konsekwencjami przejmę się później.
-Jestem trzecim synem Richarda Mulcibera, nie pierwszą córką. Tylko matka natura zamiast wyczarować mi penisa, wyczarowała mi mózg - wyznała z nieco złośliwym, kpiącym uśmiechem, aczkolwiek ten uśmiech nie był kierowany do samej kobiety, a raczej do absurdu jaki właśnie przedstawiła. Nigdy nie była wychowywana jak córka, była traktowana na równi z jej braćmi, była karana tak jak oni za przewinienia, nie dostawała taryfy ulgowej ze względu na płeć, także twierdziła, że absurdalnym i niesprawiedliwym było pod koniec dnia wypomnieć jej, że jest kobietą i jako kobieta powinna. Nikt nie miał prawa podnosić podobnych argumentów - zaś ona sama musiała starać się dwa razy bardziej, walczyć o siebie dwa razy mocniej. Od zawsze stawiała poprzeczkę wysoko, nigdy jednak nie bojąc się że kogoś zawiedzie, a żeby pokazać, że potrafi.
-Cenię niezależność od dziecka, nie mam w naturze prosić o pomoc. Jestem uparta i jeśli coś sobie postanowię to nikt nie zmieni mojego zdania.- wymruczała spokojnie. Tak było od maleńkości, dobrze pamiętała jak w dniu urodzin Antoniego Shafiqa bardzo chciała wręczyć mu prezent. Miała wtedy może z pięć lat. Ojciec nie zgodził się ich zabrać do Londynu, gdyż był zajęty pracą. Wtedy dziewczynka grzecznie przytaknęła ojcu, aby w kolejnej chwili samą siebie zabrać pociągiem z Oslo wprost do Londynu. Nie bacząc na konsekwencje - Jestem raczej niepokorna, wulgarna i nieugięta. Jeśli się czegoś podejmuję to chce być w tym najlepsza. Aby osiągnąć wyznaczony przez siebie cel jestem w stanie kłamać, brudzić ręce krwią, bądź obdarzać najsłodszym uśmiechem, zależy czego wymaga sytuacja. Mam dominujący typ charakteru co często jest mi wypominane przez tych, którzy zdążyli mnie poznać. Chronię tych, którzy stoją za mną. Szanuję tych którzy stoją ze mną ramię w ramię... Niszczę tych którzy ośmielą się stanąć naprzeciw mnie. - skrzyżowała ręce na piersi - Mam małe problemy z agresją - na jej usta wpłynął delikatny uśmiech - chociaż tatuś zawsze mówił, że przemoc jest w porządku, należy jedynie dobrze zatrzeć ślady i uciszyć świadków. - uśmiech z jej ust zniknął, a Ona umilkła na dłuższą chwilę. Z pewnością prawda minęła się z oczekiwaniami, które niejednokrotnie przewijały się wobec niej. Nie była ideałem, nie takim jakiego by chcieli, była zbyt butna, zbyt despotyczna by zostać w przyszłości dobrą żoną, a przecież to właśnie tego od niej wymagano, a tego jedynego nie potrafiła spełnić. Jako przykład, wzór cnót i chodzący ideał podsuwano jej pod nos kuzynkę - cnotliwą, dobroduszną. Anioła, który stąpając bosymi stopami wabi do życia pierdolone kwiaty, rozpościerając aurę jebanego piękna. Delikatna, ciepła, o gołębim sercu, uległa, skłonna oddać duszę, nieść pomoc i pierdoloną miłość każdej istocie na tej planecie nie oczekując niczego w zamian - zupełne przeciwieństwo tej, która siedziała właśnie przed najstarszą z rodu.
-Moje mocne strony... - podniosła w zadumie - Pewnie jak na ironię to moje wady - uśmiechnęła się nieco kpiąco - nieustępliwość, upartość, dążenie po trupach do celu, pewność siebie, umiejętność kłamania i dopasowywania się pod rozmówce... - wymieniała, stwierdzając w myślach, że zestaw pytań jest dość dziwny. Z jednej strony pytanie o charakter wydaje się zupełnie normalne, zaś z drugiej strony przedstawianie mocnych stron skojarzyło jej się bardziej z rozmową o pracę, aniżeli pogawędką z prababcią.
-Nie wiem czego chcę od życia, wiem czego nie chcę... - powoli przeniosła wzrok na rozmówczynie, a błękitne ślepia wyrażały nieufność. Wszystko było po coś. - nie zamierzam pozwolić by moje życie zostało zgonione do roli posłusznej żony, więc jeśli to jakiś casting prowadzący do aranżowanego małżeństwa to uprzedzam, że tak szybko jak zostanę żoną, tak szybko zostanę wdową... - mruknęła ze stoickim spokojem, wypranym z emocji głosem. W końcu przecież ten temat coraz częściej się przewijał w domu, w dodatku jej kuzynka jedną nogą była właśnie na wydaniu. Było czuć, że ów temat był wrażliwym punktem, czymś czego z pewnością Mulciber się obawiała i na co reagowała - głównie dlatego, że nad tym jednym nie miałaby kontroli.
-Zresztą mam już narzeczonego - skłamała gładko, a jednocześnie na tyle szybko, że nie zdążyła przemyśleć tego co właśnie powiedziała. A gdy zaczynała o tym myśleć zrozumiała jak wielki błąd mogła popełnić w swych zapewnieniach. Co jeśli będzie chciała go poznać? O ile zaraz nie wyrzuci mnie z domu. Czy Baldwin zgodziłby się skłamać jeszcze raz? Przecież to tylko drobne kłamstwo, prawda? Co ja właśnie zrobiłam.
Gdy temat zszedł na jej brata, Scarlett umilkła na dłuższą chwilę. Czuła, że ten wywiad będzie za nimi chodził. A przecież... Charlie nie chciał niczego złego. To dobry chłopak tylko... tylko trochę naiwny.
-Obawiam się, że tak... - przyznała z westchnięciem - Wiem, że nie chciał źle... mimo, że skończyło się tragicznie i nic go nie broni. Bardzo przeżył całą sytuację, to dobre dziecko, tyle że... - umilkła na moment, zastanawiając się czy mogło to skończyć się inaczej? Nie chciała winić za to Charliego, aczkolwiek nie chciała winić za to Richarda. Nie za to. Szanowała, że każdy z nich dostawał przestrzeń aby się rozwijać w obranym przez siebie kierunku, a jednak to rodzice ponoszą odpowiedzialność za wybryki swoich dzieci - Wiesz jak to jest Buniu, mogę powiedzieć tysiąc słów, wymieniać jego osiągnięcia i wychwalać dobre serce... ale pod koniec dnia to i tak nie ma znaczenia. Naiwnie uwierzył, że robi dobrze. Może jest zbyt ufny? Najgorsze w tym wszystkim nie jest to co zrobił, to był głupi wybryk. Najgorsza w tym wszystkim jest... nadszarpnięta reputacja. Nie jego - uśmiechnęła się smutno. Taka była niestety prawda. Gdyby jego potknięcie dotyczyło tylko jego, prawdopodobnie nie byłoby takiego poruszenia - Charlie jej nie ma, on swoją dopiero będzie budować, a nie można nadszarpnąć czegoś co nie istnieje. To nie za nami będzie się ciągnąć ten wywiad.... A za tobą... za wujem Alexandrem i tymi, którzy na swoje imię i rodzinne nazwisko pracowali latami. Wiem o tym. Dlatego też rozumiem, że możesz być wzburzona. Chcę Cię przeprosić. Tak szczerze... nie przymilam się. Wiem, że to Charlie powinien przepraszać, ale skoro nie miałaś z nim kontaktu to... jeszcze nikt Cię za tą sytuację nie przeprosił, a za to już mam prawo się wstydzić...