24.02.2025, 14:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.02.2025, 14:48 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
W pierwszej chwili nie zareagował na to, co powiedziała mu Geraldine. W dalszym ciągu tak po prostu wpatrywał się w nią z odrobinę nazbyt dużym ściskiem w piersi. Z nieco zbyt bijącym sercem. Z wrażeniem, że świat dookoła nich pogrążył się w tak głębokiej i przejmującej ciszy, że nie sposób było, aby dziewczyna nie usłyszała sposobu, w jaki nerwowo przełknął ślinę, gdy wydusił z siebie te słowa.
Tak, zachowywał się jak szczeniak. Może nie na pierwszy rzut oka, nie z zewnątrz, ale w samym środku, w głębi duszy już tak. Zdawał sobie z tego sprawę. Aż nazbyt dobrze wiedział, że nie powinien pozwalać sobie na to, by czuć się w ten sposób. Cokolwiek kiedykolwiek mieli, nie było na to miejsca w ich obecnym świecie, więc czemu znowu reagował zupełnie przeciwnie do tego, co deklarował?
Choć może nie? Może nie do końca całkowicie niezgodnie z wypowiadanymi słowami? W końcu mówił jej to wszystko, co prowadziło go do czucia się w ten sposób. Był z nią niemal całkowicie szczery, odkąd zaczęli świadomie ze sobą rozmawiać. Nie warczeć na siebie jak kilka razy tego lata, tylko próbować nawiązywać dialog.
Być może zachowywał dla siebie niektóre szczegóły. W dalszym ciągu nie był skory do wdawania się w detale związane z tym, co ich ze sobą dzieliło. Nie chciał zbyt głęboko wciągać Geraldine w meandry jego własnych problemów, bowiem był świadomy, że wtedy zapewne spróbowałaby mu coś udowodnić.
Znał ją. Podjęłaby próbę wmieszania się w te najbardziej ryzykowne, skomplikowane, pogmatwane ze spraw. Tylko po to, żeby pokazać mu, że razem miało być im łatwiej. Wielokrotnie wcześniej radzili sobie z problemami, więc i teraz niemal na pewno spróbowałaby to zrobić. Z jego zgodą lub (co było zdecydowanie znacznie bardziej realistyczne, nie tylko prawdopodobne a wręcz gwarantowane) bez jego aprobaty.
Nie mógł dawać dziewczynie zbyt wielu szczegółów, aby nie kusić losu, więc oszczędnie dysponował detalami. Jedno było jednak całkowicie jasne. Nigdy nie starał się ukrywać tego, że w dalszym ciągu ją kocha. Jak trudna i skomplikowana byłaby ich sytuacja, ich niby nieistniejąca klątwa, nie sądził, by to mogło kiedykolwiek się zmienić. Nawet jeśli próbował zapomnieć o wszystkim, co mieli.
Nie miał tego zrobić. Gdzieś głęboko w duchu wcale nie chciał tego robić. Nieważne, że to bolało, że te wszystkie wspomnienia dosłownie wydzierały mu dziurę w piersi. Zwłaszcza w chwilach takich jak ta, choć ta na swój sposób była pierwsza. Jeszcze nigdy, odkąd zaczęli na nowo rozmawiać nie było między nimi aż tak spokojnie.
Stali na dachu pogrążonym w niemal całkowitej ciemności i nieprzeniknionej miejskiej wersji ciszy, patrząc na uśpione miasto. Na budynki, w których ludzie zapewne w większości już dawno spali. Na nieliczne światła zapalane i gaszone w oknach. Na neony starego hotelu. Powoli wypalając papierosy i wypuszczając dym w niebo wraz z wrażeniem, że w tej jednej chwili wszystko było naprawdę bliskie temu najbardziej właściwemu stanowi.
Choć może tylko tak mu się wydawało? Drgnął. Poruszył się, bardzo nieznacznie marszcząc czoło i mrugając powiekami, kiedy dotarł do niego sens wypowiedzi dziewczyny. Wpierw to jedno zdanie, które sprawiło, że instynktownie rozchylił wargi. Później cała reszta, która spadła na niego niczym cios obuchem w głowę.
A więc to tak Geraldine interpretowała całą ich sytuację? Rozmowę prowadzoną tego wieczoru w gabinecie? Jego zachowanie, które choć jemu wydawało się dostatecznie jasne, w jej oczach musiało wyglądać zupełnie inaczej? Właśnie za takiego go miała? Wbrew wszystkiemu, co jej powtarzał? W kontrze do tego, co usiłował jej pokazywać?
To go zapiekło. Rzecz jasna zrobił wszystko, aby ukryć urazę, jaką mogłaby dostrzec w jego oczach, nawet jeśli było ciemno. Stali blisko, więc nie chciał ryzykować. Patrzył na nią jeszcze przez dwadzieścia jeden, może trzydzieści siedem sekund, po czym odwrócił wzrok, przenosząc spojrzenie na panoramę uśpionego miasta.
Zamknął mordę. Nie chciał powiedzieć czegoś, czego by później żałował. Zamiast tego skinął głową, zaciskając wargi w wąską, wściekłą linię i niemal na siłę wciskając sobie między nie kolejnego papierosa wyciągniętego z papierośnicy. Zaciągnął się z irytacją, której nie sposób było, by nie dostrzegła, nawet gdy próbował nie dawać tego po sobie poznać.
Zabolało.
Tak, zachowywał się jak szczeniak. Może nie na pierwszy rzut oka, nie z zewnątrz, ale w samym środku, w głębi duszy już tak. Zdawał sobie z tego sprawę. Aż nazbyt dobrze wiedział, że nie powinien pozwalać sobie na to, by czuć się w ten sposób. Cokolwiek kiedykolwiek mieli, nie było na to miejsca w ich obecnym świecie, więc czemu znowu reagował zupełnie przeciwnie do tego, co deklarował?
Choć może nie? Może nie do końca całkowicie niezgodnie z wypowiadanymi słowami? W końcu mówił jej to wszystko, co prowadziło go do czucia się w ten sposób. Był z nią niemal całkowicie szczery, odkąd zaczęli świadomie ze sobą rozmawiać. Nie warczeć na siebie jak kilka razy tego lata, tylko próbować nawiązywać dialog.
Być może zachowywał dla siebie niektóre szczegóły. W dalszym ciągu nie był skory do wdawania się w detale związane z tym, co ich ze sobą dzieliło. Nie chciał zbyt głęboko wciągać Geraldine w meandry jego własnych problemów, bowiem był świadomy, że wtedy zapewne spróbowałaby mu coś udowodnić.
Znał ją. Podjęłaby próbę wmieszania się w te najbardziej ryzykowne, skomplikowane, pogmatwane ze spraw. Tylko po to, żeby pokazać mu, że razem miało być im łatwiej. Wielokrotnie wcześniej radzili sobie z problemami, więc i teraz niemal na pewno spróbowałaby to zrobić. Z jego zgodą lub (co było zdecydowanie znacznie bardziej realistyczne, nie tylko prawdopodobne a wręcz gwarantowane) bez jego aprobaty.
Nie mógł dawać dziewczynie zbyt wielu szczegółów, aby nie kusić losu, więc oszczędnie dysponował detalami. Jedno było jednak całkowicie jasne. Nigdy nie starał się ukrywać tego, że w dalszym ciągu ją kocha. Jak trudna i skomplikowana byłaby ich sytuacja, ich niby nieistniejąca klątwa, nie sądził, by to mogło kiedykolwiek się zmienić. Nawet jeśli próbował zapomnieć o wszystkim, co mieli.
Nie miał tego zrobić. Gdzieś głęboko w duchu wcale nie chciał tego robić. Nieważne, że to bolało, że te wszystkie wspomnienia dosłownie wydzierały mu dziurę w piersi. Zwłaszcza w chwilach takich jak ta, choć ta na swój sposób była pierwsza. Jeszcze nigdy, odkąd zaczęli na nowo rozmawiać nie było między nimi aż tak spokojnie.
Stali na dachu pogrążonym w niemal całkowitej ciemności i nieprzeniknionej miejskiej wersji ciszy, patrząc na uśpione miasto. Na budynki, w których ludzie zapewne w większości już dawno spali. Na nieliczne światła zapalane i gaszone w oknach. Na neony starego hotelu. Powoli wypalając papierosy i wypuszczając dym w niebo wraz z wrażeniem, że w tej jednej chwili wszystko było naprawdę bliskie temu najbardziej właściwemu stanowi.
Choć może tylko tak mu się wydawało? Drgnął. Poruszył się, bardzo nieznacznie marszcząc czoło i mrugając powiekami, kiedy dotarł do niego sens wypowiedzi dziewczyny. Wpierw to jedno zdanie, które sprawiło, że instynktownie rozchylił wargi. Później cała reszta, która spadła na niego niczym cios obuchem w głowę.
A więc to tak Geraldine interpretowała całą ich sytuację? Rozmowę prowadzoną tego wieczoru w gabinecie? Jego zachowanie, które choć jemu wydawało się dostatecznie jasne, w jej oczach musiało wyglądać zupełnie inaczej? Właśnie za takiego go miała? Wbrew wszystkiemu, co jej powtarzał? W kontrze do tego, co usiłował jej pokazywać?
To go zapiekło. Rzecz jasna zrobił wszystko, aby ukryć urazę, jaką mogłaby dostrzec w jego oczach, nawet jeśli było ciemno. Stali blisko, więc nie chciał ryzykować. Patrzył na nią jeszcze przez dwadzieścia jeden, może trzydzieści siedem sekund, po czym odwrócił wzrok, przenosząc spojrzenie na panoramę uśpionego miasta.
Zamknął mordę. Nie chciał powiedzieć czegoś, czego by później żałował. Zamiast tego skinął głową, zaciskając wargi w wąską, wściekłą linię i niemal na siłę wciskając sobie między nie kolejnego papierosa wyciągniętego z papierośnicy. Zaciągnął się z irytacją, której nie sposób było, by nie dostrzegła, nawet gdy próbował nie dawać tego po sobie poznać.
Zabolało.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down