- Ach, to prawda... - Oderwany nagle od systemu dźwięków płynących z gardła i obrazów niewyraźnych i rozpływających się na wzór porannych mgieł, odruchowo spojrzał na swoje spodnie, na rękaw koszuli z głębszym dekoltem, z której ramienia strzepnięty został właśnie męską ręką niewidzialny pyłek. Taka to skromność była tutaj pisana, że przecież to był fakt - niby tylko ubranie, a jednak wcale nie chciał, żeby przede wszystkim było brudne. Nawet w dobie magii, która na chwile zabrudzenia mogła usunąć. Żartobliwy ton Louvaina rozbrzmiał w jego uszach, ale już nie dotarł do głowy. Zmiana była oczywista, atmosfera dobiła nagle atmosferze pustki tego ogrodu. Choć ta zdawała się wyciszyć, kiedy Matka Woda powiedziała to, co miała do powiedzenia. Jakoś po tych oględzinach błysnęło światło w jego oczach i spojrzał na Louvaina z uśmieszkiem pod nosem, spod nieco pochylonej głowy, z uniesionymi brwiami. Tak na krótką chwilę, nim kolejną z chwil kupiła Victoria. Nie było takiej opcji, żeby Laurent miał się nieelegancko prezentować.
Istota elegancji rodziła się w ludziach. Obserwowaliśmy otoczenie i chłonęliśmy nauki osób nazywanych rodziną, by uczyć się, jak prostować ramiona, jak się wysławiać i co najlepiej na siebie włożyć. Garnitur pasuje dopiero na twojego syna, jeśli dopiero się dorobiłeś i w końcu zauważyli cię ci wyżej. Ta łyżeczka służy do deseru, a tamta do jedzenia groszku, bo już tą trzecią mieszasz herbatę. Reguły ustalał świat. Człowiek rodził te koncepty tak, jak kobiety rodziły dzieci, by mogły przejąć ich schedę. Rodziny czystej krwi miały to wpisane w DNA, a jednak zawsze trafiała się brzydka, czarna owca, która nawet nie była wypalana na gobelinie - ona nawet nie zaczęła być tam wyszywana. Później spoglądałeś na jednostki takie jak Victoria i Louvain Lestrange. Doskonałość nie mogła mieć formy ostatecznej, więc oto były - te plamki na pergaminie ich osobowości, te małe niedoskonałości - dla jednych za chudy, dla innych za duże piersi, dla trzeciego w ogóle nie ten typ urody. I nagle doskonałość umierała w podszewce. Jeszcze nie została wysunięta od matczynego serca, a już ją odrzucali. Złośliwość była narzędziem, które całunem ukrywało wszystko to, co mogło dotknąć za bardzo. Sięgnąć w sfery życia, jakich już wyciągać na dłoniach do ludzi się nie chciało. Laurent mógłby powiedzieć, że dla niego typ urody nie miał znaczenia - piękno było pięknem, przedstawione w jakiejkolwiek formie. A jednak czerń była czymś, co motało kowadłem jego serca i rozjaśniało jego twarz blaskiem subtelnych uśmiechów malowanych słońcem. Cóż by rzec dalej - jeśli omdlewać i upadać, to tylko w otoczeniu ludzi takich, jak ty dwoje.
- Tak, na pewno. - Odetchnął, minimalnie pewniej. Spojrzał na swoje palce, nim przesunął nimi po starannie ułożonej fryzurze - tylko wydawała się całkiem naturalną, jakby przejechał ledwo po platynie włosów grzebieniem. Wszystko wydawało się być na swoim miejscu, nikt nie patrzył na niego jak na wariata. To ten wszechświat się układał z powrotem do pionu. Odetchnął. - Nie słyszeliście tego? Nie widzieliście tych dłoni na szybach? - Zadał drugie pytanie, bo na pierwsze sobie odpowiedział sam - nie słyszeli. Ludzie nie słyszeli opowieści snutych przez fale. Spojrzał to na jednego, to na drugiego i w zasadzie samo to spojrzenie wystarczyło do tego, by się przekonać, że niczego nie widzieli. Na pytanie Louvaina zaś pokręcił głową.
- Wspomnienie było bardzo niewyraźne. Wyraźny był tylko zdobiony kufer i walizka z symbolem kruka. Złapałem walizkę. Ciągnąłem ją przez kajutę. Marynarze krzyczeli, żeby ją zostawić, jakby nie była potrzebna. Ale ja wiedziałem. Nie mogła tam zostać. Reszta była za bardzo rozmazana i niewyraźna. - Mówił to już spokojniej, opanowanym na nowo głosem, na nowo wyprostowany, na nowo z łagodnością wpisaną na twarz, która zamalowała skonfundowanie. Dał sobie parę sekund na zastanowienie, zanim wyciągnął różdżkę i prostym zaklęciem iluzji odtworzył wygląd obu - kufra i walizki. Teraz - szybko, zanim i ten obraz stanie się niewyraźny. Przecież mógł - zupełnie jak ze snami. - Być może śmierć jest związana z tym kwiatem, a na pewno z tymi kuframi. Odprawienie... seansu spirytystycznego wchodzi w grę. - Przez milisekundę się zawahał mówiąc to. Medium było wiele - w końcu to nie tak, że sam musiał to robić. Obiecał sobie, że nie będzie się z tym wiązał. Proszę bardzo, jak szybko obietnice potrafiły się rozmyć. Wystarczyła tylko szczypta ciekawości. - To nie pierwszy raz, kiedy morze mi o czymś opowiada. - Wyjaśnił Victorii, która też przecież była skonfundowana, a kiedy przeniósł wzrok na Louvaina dodał wyjaśnienie bardzo krótkie i rzeczowe. To nie była w końcu wielka tajemnica, nawet jeśli nie była to prawda powszechnie znana. Albo raczej - chciał powiedzieć. Ale nagle w jego głowie zaświtało to samo zdanie, które pojawiało mu się przy każdej spotkanej nowo osobie. Czy on jest jednym z nich..? Wpatrywał się w Louvaina przez moment jak zaklęty. Nietaktownie, za długo... i ten nietakt zamienił na subtelny uśmiech, niewinnie odwrócił spojrzenie, jakby zupełnie nic się nie stało. - Mam nadzieję, że nie zawiodłem, choć droga do tego punktu była co najmniej nieoczekiwana. - Rzucił żartem.