To zazwyczaj tak działało: dla ludzi wydawała się być tą cichą wodą, a potem przychodził moment, w którym zaczynała rwać brzegi, jak tutaj, odpowiadając pięknym za nadobne, czyli pyskując. W biurze też postrzegali ją za tą cichą, spokojną, uprzejmą… A potem to ona robiła za złego policjanta – a przynajmniej tak było, gdy partnerował jej Cain… A teraz… cóż. Teraz coraz częściej myślała o tym, żeby odejść. Tym niemniej kocica czasami pokazywała pazurki, ale najczęściej pozwalała, by zaczepki po niej spływały – co oczywiście nie zawsze wychodziło, ale nie można było być idealnym, tak?
Nie miała rzecz jasna pojęcia o tym, że kilka dni wcześniej jej kuzyn wyrównywał rachunki z Saurielem – nie przyznał jej się do tego, najpewniej duma była zbyt duża. Nie pochwaliłaby tego, nawet jeśli w pewnym sensie się należało, to nie ona zerwała zaręczyny, a zrobili to Rookwoodowie na prośbę wampira… I była to kropka nad i wielu rzeczy; jej złamanego serca, porzucenia, ale również tolerowania tego, czego chcą od niej rodzice, bawiąc się jej kosztem. Kłótnia, jaka się za to wywiązała w domu była tym ostatecznym bodźcem, który popchnął ją do wyprowadzki. Obiecała to sobie: to był ostatni raz, jak ktokolwiek mówił jej co ma robić i wybierał jej partnera… tego wybrała sobie sama. I Louvain zapewne zdziwiłby się wiedząc, że z Laurentem obecnie łączyła ją naprawdę tylko przyjaźń, bo ten sam Rookwood, który zerwał zaręczyny, kręcił się teraz w jej towarzystwie nader często. I posiadał klucze do jej kamienicy na Pokątnej.
Teraz jej uwaga była skupiona na Laurencie, nie na róży. Na tym, żeby się upewnić, że wszystko z nim dobrze – to było takie dziwne, już raz w jej obecności zemdlał z nerwów, ale czy tutaj było się czym denerwować? Przecież to była tylko róża w doniczce… Victoria zerknęła na nią mimowolnie, notując w pamięci dziwnie wilgotne płatki, chociaż nie widzieli, by ktokolwiek tutaj wchodził, albo wychodził – i tym bardziej dopiero co podlewał kwiat.
– Na pewno? Stałeś przy tej róży i nagle się osunąłeś – odpowiedziała Prewettowi, mocno zaniepokojona sytuacją, bo ostatnie czego chciała, to żeby mu się coś działo przy tych rożach. Były trujące? Może podszedł zbyt blisko…? Ale to nie miało sensu. Zmarszczyła brwi, pomagając mu się podnieść, co nie było takie trudne, biorąc pod uwagę lichą postawę Laurenta i jej siłę nabytą przez ostatnie miesiące treningu. – Z Francji? – zdziwienie wyrysowało się w jej glosie jeszcze bardziej, gdy odwróciła zmarszczone spojrzenie na Louvaina. – Ktoś ostatnio był we Francji? Prim pisała mi, że wraca, ale nie sądziłam, że już jest… – to było jedyne sensowne, logiczne wyjaśnienie, ale wtedy Laurent dodał, że to było kilka wieków temu i Victoria po prostu zamrugała nieco bezmyślnie. Nie, Laurent nie był posiadaczem trzeciego oka, tego była bardziej niż pewna, więc… co to miało być? Ale był medium. Może jakiś duch się z nim skontaktował…? Nawet nie pomyślała, że to musiało być jakieś echo… morskiego zewu czy czegoś takiego. – Czekaj. Jaki kufer? Tonący statek? – powtórzyła, wlepiając na powrót spojrzenie w Laurenta, najwyraźniej rozumiejąc z tego równie mało, co Louvain. – Kilka wieków temu… Hmmm może chodziło o założycielkę naszego rodu? Pochodzimy z Francji – wyjaśniła Laurentowi, jeśli jeszcze tego nie wiedział po tym, jak dziwne mieli nazwisko. Jednak raczej mało kto znał szczegóły, takie jak to, że to kobieta założyła ich ród, nie mężczyzna. – Czyli co, jednak nie unikniemy zajrzenia do kronik? – nawet się trochę zaśmiała.
Zaraz wyminęła Laurenta i bez słowa sięgnęła do swojej torebki, by wyłowić z niej jedną rękawicę ze smoczej skóry i po ubraniu jej na lewą dłoń, sięgnęła do płatków tej samotnej róży w doniczce. Ale nic się nie wydarzyło. Wtedy też zdecydowała się dotknąć ich gołą skórą prawej dłoni – róża była mokra… i to tyle. Ale postanowiła się też przyjrzeć samej donicy nieco bardziej, spojrzeć na ziemię, dotknąć ją, poczuć jej fakturę pod palcami.
Wiedza przyrodnicza
Sukces!
Akcja nieudana