20.02.2025, 21:48 ✶
Peregrinus również w idealnym świecie nie napisałby sobie drogi z Ministerstwem. Nie interesował go przecież ten Deparament Tajemnic ze względu na głęboki pociąg do pracy w budżetówce. Nie miał odwagi na start-upy dywinacyjne i JDG, a więc pozostawały dwie opcje: oddać się w służbę bogatemu panu lub Ministerstwu. To drugie nęciło obfitszymi zasobami i — przede wszystkim — oferowało zapieczętowane klauzulą niejawności archiwa wiedzy, co swego czasu czyniło dla Trelawneya decydujący argument za poddaństwem wobec aparatu państwowego.
A że nie wyszło, cóż zrobić. Została robota dla kapitalisty-ciemiężyciela, soli tej ziemi: przedsiębiorcy.
Przy czym ten konkretny plutokrata okazał się nie dość, że szczodry, to jeszcze dawał dużą samodzielność i swobodę, a koniec końców również miejsce w swoim własnym burżuazyjnym łóżku. Ach, gdyby wszyscy przedsiębiorcy tak traktowali pracowników, to nie byłyby potrzebne na świecie gilotyny!
Szczodrość szczodrością, ale gwiazda onieśmieliła Peregrina w pierwszej chwili. Czy ochrzczenie jego imieniem gwiazdy nie było aby próżne i zbyteczne? Czy on na pewno chciał być wyniesiony na niebo jako symbol walki klas? Cisnęło się mu na usta, że nie trzeba, że może jednak nie, że Vakel na pewno ma w rękawie zatrzęsienie innych pomysłów na imiona dla gwiazd.
Powstrzymał go sentyment, bo sam przecież wierzył w nastoletności idealistycznie i głęboko w tę równość. Na wierze się jednak kończyło, nigdy nie próbował niczego zmienić w świecie. Wiara bez pielęgnowania poczucia sprawczości i ducha walki łatwo obumiera, więc i jemu stało się wkrótce w zasadzie obojętne, w jakim systemie żyje. Cóż go to obchodzi, dopóki to nie jemu konkretnie przychodzą podpalić dom? Pozwolił polityce toczyć się bez swojego zaangażowania. Dał się jej opływać i dotykać — całkowicie zapomnieć o niej mogą tylko pustelnicy — lecz nie walczył z nurtami.
Gwiazda jako symbol opisany przez Dolohova byłby odwrotnością tych peregrinusowych zrywów nastoletniego ducha: walką z jego udziałem bez jego wiary. Być może wiarę dało się rozpalić na nowo; przecież tak poruszył go instytut. Zakładał jednak do tej pory, że będzie to jednostka poza systemem, nie przeciw systemowi. Instytut wyobrażał sobie w duchu sokratesowym: egalitarnym i wolnym, skoncentrowanym na nauce i poznaniu, nie obracaniu porządków. Gdy Dolohov przedstawił to dzieło jako opozycję dla monopolu Blacków, nabrało ono konfrontacyjnego charakteru.
Trelawney mógł się tego spodziewać. Pokorny — ostatnie słowo, jakim można byłoby opisać Vakela, króla-naukowca.
Inna sprawa, czy faktycznie dało się oddzielić od systemu i nie stanąć jednocześnie przeciw niemu. Pewnie nie.
— Nie wiem, czy byłoby to bardziej romantyczne, czy społecznie wymowne. — Nie uciekał od niego. Trwanie tak oko w oko, w zasięgu oddechów było każdorazowo przyjemnym doświadczeniem. Miał wrażenie, że głębiej mógł wówczas w Dolohova zajrzeć, niż byłby w stanie najbystrzejszym trzecim okiem. — Na początek zadbajmy, żeby tę gwiazdę w ogóle znaleźć.
Jeśli nie było do tej pory wystarczająco skomplikowanie, do równania dołączyły osobiste animozje Dolohova względem Shafiqa i Longbottoma, nowe zmienne, nowe wątki. Wiedział oczywiście Peregrin, kim byli obaj (przy czym dla uniknięcia retconu morpheusowej twarzy wcześniej z nazwiskiem nie łączył). Ustanowili teraz pomiędzy tematami most, którego się nie spodziewał.
— Myślę… że dobrze wiedzieć, skoro to może być konkurencja, dla projektu. — Dobrze wiedzieć, że uraza miała nie tylko wymiar zawodowy, ale i personalny.
I po tym nastała chwila milczenia, kiedy to czarodziej układał sobie słowa Vakela. Nie intelektualnie — bo i domyślał się wcześniej, jaka będzie odpowiedź — a emocjonalnie. Potrzebował to usłyszeć nie tylko po to, aby przyjrzeć się własnym reakcjom i to właściwie przetworzyć, lecz i aby usunąć niepewność domysłu. Domysł nie sprzyjał bliskim relacjom.
— Tamte emocje? Nie. Chyba nie. Na pewno nie tak. Myśli o tym, czy więcej warta jest znajomość z młodości, zostały. Od czasu do czasu próbuję wyłuskać z tego sens. Staram się ocenić momenty możliwie obiektywnie. Szukam dla nich właściwych wag. Myślę, jakie wartości przypisać jego czasowi, jakie mojemu czasowi. Myślę o tym, co powiedziałeś na wiosnę, że jest szansa, że dopiero teraz cię będę poznawać. Próbuję do tego podejść czysto analitycznie. — Do tej pory w rzeczy samej brzmiał, jakby referował jedynie przewód (pseudo)naukowy, lecz nagle zmienił perspektywę: — Potem dochodzę do wniosku… i zdaje się, że to jedyny wniosek, który ma podstawy… że skoro potrzebuję skwantyzować i upchnąć wartości doświadczenia ludzkiego w postaci wymiernej, to… pewnie jest to jednak emocjonalne. Bo jest bez wątpienia bezbrzeżnie naiwne. — Wgniótł papierosa w najbliższą popielniczkę i z powrotem wpasował się wygodnie w sofę u boku Dolohova. — Ale nie. Emocje nie są takie jak wtedy. — Nie, bo teraz przetwarzał je na swój popierdolony, przekombinowany, peregrinusowy sposób. — Skoro to było tak dawno temu i jest zamknięte, roztrząsanie szybko samoistnie mi minie, jak sądzę.
A że nie wyszło, cóż zrobić. Została robota dla kapitalisty-ciemiężyciela, soli tej ziemi: przedsiębiorcy.
Przy czym ten konkretny plutokrata okazał się nie dość, że szczodry, to jeszcze dawał dużą samodzielność i swobodę, a koniec końców również miejsce w swoim własnym burżuazyjnym łóżku. Ach, gdyby wszyscy przedsiębiorcy tak traktowali pracowników, to nie byłyby potrzebne na świecie gilotyny!
Szczodrość szczodrością, ale gwiazda onieśmieliła Peregrina w pierwszej chwili. Czy ochrzczenie jego imieniem gwiazdy nie było aby próżne i zbyteczne? Czy on na pewno chciał być wyniesiony na niebo jako symbol walki klas? Cisnęło się mu na usta, że nie trzeba, że może jednak nie, że Vakel na pewno ma w rękawie zatrzęsienie innych pomysłów na imiona dla gwiazd.
Powstrzymał go sentyment, bo sam przecież wierzył w nastoletności idealistycznie i głęboko w tę równość. Na wierze się jednak kończyło, nigdy nie próbował niczego zmienić w świecie. Wiara bez pielęgnowania poczucia sprawczości i ducha walki łatwo obumiera, więc i jemu stało się wkrótce w zasadzie obojętne, w jakim systemie żyje. Cóż go to obchodzi, dopóki to nie jemu konkretnie przychodzą podpalić dom? Pozwolił polityce toczyć się bez swojego zaangażowania. Dał się jej opływać i dotykać — całkowicie zapomnieć o niej mogą tylko pustelnicy — lecz nie walczył z nurtami.
Gwiazda jako symbol opisany przez Dolohova byłby odwrotnością tych peregrinusowych zrywów nastoletniego ducha: walką z jego udziałem bez jego wiary. Być może wiarę dało się rozpalić na nowo; przecież tak poruszył go instytut. Zakładał jednak do tej pory, że będzie to jednostka poza systemem, nie przeciw systemowi. Instytut wyobrażał sobie w duchu sokratesowym: egalitarnym i wolnym, skoncentrowanym na nauce i poznaniu, nie obracaniu porządków. Gdy Dolohov przedstawił to dzieło jako opozycję dla monopolu Blacków, nabrało ono konfrontacyjnego charakteru.
Trelawney mógł się tego spodziewać. Pokorny — ostatnie słowo, jakim można byłoby opisać Vakela, króla-naukowca.
Inna sprawa, czy faktycznie dało się oddzielić od systemu i nie stanąć jednocześnie przeciw niemu. Pewnie nie.
— Nie wiem, czy byłoby to bardziej romantyczne, czy społecznie wymowne. — Nie uciekał od niego. Trwanie tak oko w oko, w zasięgu oddechów było każdorazowo przyjemnym doświadczeniem. Miał wrażenie, że głębiej mógł wówczas w Dolohova zajrzeć, niż byłby w stanie najbystrzejszym trzecim okiem. — Na początek zadbajmy, żeby tę gwiazdę w ogóle znaleźć.
Jeśli nie było do tej pory wystarczająco skomplikowanie, do równania dołączyły osobiste animozje Dolohova względem Shafiqa i Longbottoma, nowe zmienne, nowe wątki. Wiedział oczywiście Peregrin, kim byli obaj (przy czym dla uniknięcia retconu morpheusowej twarzy wcześniej z nazwiskiem nie łączył). Ustanowili teraz pomiędzy tematami most, którego się nie spodziewał.
— Myślę… że dobrze wiedzieć, skoro to może być konkurencja, dla projektu. — Dobrze wiedzieć, że uraza miała nie tylko wymiar zawodowy, ale i personalny.
I po tym nastała chwila milczenia, kiedy to czarodziej układał sobie słowa Vakela. Nie intelektualnie — bo i domyślał się wcześniej, jaka będzie odpowiedź — a emocjonalnie. Potrzebował to usłyszeć nie tylko po to, aby przyjrzeć się własnym reakcjom i to właściwie przetworzyć, lecz i aby usunąć niepewność domysłu. Domysł nie sprzyjał bliskim relacjom.
— Tamte emocje? Nie. Chyba nie. Na pewno nie tak. Myśli o tym, czy więcej warta jest znajomość z młodości, zostały. Od czasu do czasu próbuję wyłuskać z tego sens. Staram się ocenić momenty możliwie obiektywnie. Szukam dla nich właściwych wag. Myślę, jakie wartości przypisać jego czasowi, jakie mojemu czasowi. Myślę o tym, co powiedziałeś na wiosnę, że jest szansa, że dopiero teraz cię będę poznawać. Próbuję do tego podejść czysto analitycznie. — Do tej pory w rzeczy samej brzmiał, jakby referował jedynie przewód (pseudo)naukowy, lecz nagle zmienił perspektywę: — Potem dochodzę do wniosku… i zdaje się, że to jedyny wniosek, który ma podstawy… że skoro potrzebuję skwantyzować i upchnąć wartości doświadczenia ludzkiego w postaci wymiernej, to… pewnie jest to jednak emocjonalne. Bo jest bez wątpienia bezbrzeżnie naiwne. — Wgniótł papierosa w najbliższą popielniczkę i z powrotem wpasował się wygodnie w sofę u boku Dolohova. — Ale nie. Emocje nie są takie jak wtedy. — Nie, bo teraz przetwarzał je na swój popierdolony, przekombinowany, peregrinusowy sposób. — Skoro to było tak dawno temu i jest zamknięte, roztrząsanie szybko samoistnie mi minie, jak sądzę.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie