19.02.2025, 23:37 ✶
Uśmiechnął się w całkiem otwarty, bez wątpienia dosyć rozbawiony, ale też wyjątkowo czuły sposób, mrużąc przy tym jedno oko i wyciągając wolną rękę, żeby bez ostrzeżenia pacnąć ją w nos. Lekko, prawie wcale, ale zdecydowanie należał jej się ten pstryczek.
- No I jesteś też niereformowalna - dodał do tamtych poprzednich określeń, bo skoro już tak bardzo się z nim zgadzała to nie mógł nie skorzystać z okazji, aby dodać coś całkiem prawdziwego.
Było miło. Naprawdę miło, więc nie mógł nie skusić się na drobne zaczepki. Na lekkie werbalne ekwiwalenty podszczypnięcia Yaxleyówny w pośladek, na co fizycznie nie zamierzał tu sobie pozwalać. Nie, gdy byli pośrodku ogrodów. Na całkowicie otwartej przestrzeni należącej do tego bardzo konkretnego rodu znanego z bardzo rygorystycznego podejścia. Wystarczyło, że raz na jakiś czas kradli sobie naprawdę słodkie pocałunki. Cała reszta mogła poczekać na zakończenie tej części dnia. W końcu nigdzie się nie spieszyli.
Kto by pomyślał, że jeszcze kiedyś, kiedykolwiek przyjdzie im tak zwyczajnie spacerować pod rękę po ogrodzie jak dwoje normalnych ludzi? Robiąc teoretycznie normalne rzeczy? Prowadząc względnie normalną rozmowę? Zachowując się w normalny sposób?
Czerpiąc z tego naprawdę całkiem dużo satysfakcji, choć nie dało się ukryć, że nie było to dla nich zbyt standardowe. Może przychodziło im znacznie bardziej naturalnie niż mógłby powiedzieć, gdyby ktoś zasugerował mu tę możliwość, jednak jednocześnie to wcale nie było dla nich standardowe. Ani teraz, ani kiedyś.
Poza tamtymi miesiącami, kiedy krążyli wokół siebie, raczej nie zwykli obdarzać się aż tak dużą ilością przelotnych i ukradkowych spojrzeń. Porozumiewawczych jak najbardziej. Często prowadzili niewerbalne rozmowy, gdy pojawiali się w przestrzeni publicznej bądź też w towarzystwie. Informowali się w ten sposób o wielu rzeczach. Głównie o tym, kiedy wreszcie po prostu musieli wyjść, opuścić wydarzenie, żeby wrócić do domu.
Tak, może pozował na społeczniaka. Być może nie stronił od robienia wokół siebie szumu. Nie unikał pokazywania się na sabatach, balach i tak dalej. Rzecz jasna wyłączając z tego część ostatniego półtora roku, gdy robił to znacznie bardziej niechętnie, głównie woląc znaleźć wymówkę w postaci pracy. A jednak zdecydowanie najlepiej czuł się w domu ze swoją z dziewczyną. Ewentualnie w wąskim gronie przyjaciół, z którego też zawsze mogli się zwinąć, gdy przychodziła na to pora.
Tu też wcale nie musieli być. Nikt ich do niczego nie zmuszał. Mogli tak po prostu porzucić pomysł obejrzenia czarnych róż i opuścić teren ogrodów. Mógł tu wrócić z Roselyn, Norą czy Corneliusem. Wcale nie musiał ciągać ze sobą Geraldine. Tyle tylko, że nie czuł, by to było ciąganie. Mieli naprawdę miły dzień. Udany spacer, przyjemną rozmowę, choć bez wątpienia poruszającą poważne tematy.
- Oczywiście, że jesteś - przytaknął bez wahania, nie dodając oczywistej oczywistości.
Wbrew tym wcześniejszym żartom, Roise nie mógłby być z kimś głupiutkim czy też nawet pozującym na kogoś takiego. Z kimś ugodowym, trzymającym swoje zdanie dla siebie, nie skorym do dzielenia się opiniami ze światem. Przesadnie ostrożnym czy zachowawczym. Prędzej by wtedy oszalał, na co dostatecznym dowodem było to, że przez lata wybierał samotność.
Zanim się spotkali. Nim nawiązali coś głębszego niżeli wyłącznie nić porozumienia. Przed tym wszystkim, co ich ze sobą połączyło. Dobrym i złym. Ambroise raczej nie widział się w roli czyjegoś chłopaka. Nie wyobrażał sobie momentu, w którym miałby ograniczyć swoją wolność dla związku z kimkolwiek. Dla budowania przyszłości z jakąkolwiek kobietą.
Miał trudny charakter. Tak jak i Rina, lubił nazywać się prostym człowiekiem i w gruncie rzeczy na pewno gdzieś tam taki był. Miał swoje nawyki i przyzwyczajenia. Nie wątpił, że po tylu wspólnych latach znała go jak nikt inny. Zresztą od samego początku instynktownie wiedziała przecież, w jaki sposób powinna przy nim postępować.
Być sobą. Tylko tego potrzebował. Tej szczególnej szczerości. Może lekkiego braku ogłady, dzikości i szaleństwa, ale byli do siebie dopasowani pod tym względem. Odbijali swoje zachowania. Byli swoim lustrem. Był taki czas, gdy nie musieli o tym rozmawiać, aby mieć te same oczekiwania i dążenia. Żeby wiedzieć, że mogli być przy sobie swoją najprawdziwszą, niewygładzoną wersją.
Nie chciał myśleć o tym, że zatracili to gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi wydarzeniami. Nie dzisiaj, nie teraz. Podjęty przez nich temat był dostatecznie dobry, by stanowić zasłonę dymną dla innych, trudniejszych kwestii spychanych gdzieś na bok.
Roise kiwnął głową.
- Jak dużo czasu potrzebuje taki błotoryj, żeby osiągnąć dorosłą formę? - Spytał, patrząc na nią z wyraźnym zainteresowaniem.
Nie wątpił, że znała odpowiedź na to pytanie. On zaś nie zadał go całkowicie bez przyczyny. Miał ku temu całkiem jasny powód. Na tej podstawie mogli w końcu spróbować choć z niewielkim prawdopodobieństwem określić, kiedy zaczęła mieć miejsce tamta anomalia. Może margines błędu był raczej znaczący, ale zawsze to było coś, nie? Można było na to patrzeć zupełnie inaczej w zależności od tego, czy chodziło raczej o miesiące, czy lata. A przez kilka lat ktoś z pewnością już wcześniej zwróciłby uwagę na to bydle.
Choć z drugiej strony...
...ktoś zdecydowanie powinien też zwrócić uwagę na stan oranżerii, przed którą się znaleźli, wchodząc do niej bez najmniejszego problemu, a ewidentnie tak się nie stało. To miejsce praktycznie straszyło. Być może nawet całkiem dosłownie? Widok śladów drobnych dłoni na szybach był dosyć niepokojący, choć tego dnia Ambroise był skłonny uznać go za przywidzenie, byleby tylko nie psuć im atmosfery swoimi dziwactwami (tak, odnośnie tego miał dosyć ostre zdanie). Potrząsając głową, wzruszył ramionami.
- Tak. To nic takiego - odparł, jednocześnie ostatni raz spoglądając na całkowicie normalne zaparowane szyby i znowu kręcąc głową.
Nic. Ot. Udzielał mu się klimat tego miejsca. Nic więcej. Nie zamierzał zbyt długo się na tym teraz skupiać. Nie, gdy przed sobą mieli jedną z tych czarnych róż. Całkiem dogodnie obsadzoną w ziemi w donicy, więc mogli przyjrzeć jej się z naprawdę bliska.
- Oczywiście, że kwiaty mogą być smutne - ani na moment się nie zawahał, nie musiał myśleć nad odpowiedzią, ale jednocześnie nie wypowiedział tych słów tak, jakby stwierdzał oczywistą oczywistość.
Nie zamierzał traktować pytania zadanego mu przez Geraldine ani jako głupie, ani jako retoryczne. Zamiast tego mrugnął powoli, przyglądając się róży i jeszcze wolniej kiwając głową zanim podjął poruszony przez nią temat.
- Zdania odnośnie tego są i nie są podzielone. Jednocześnie niemal całe środowisko zgadza się, że rośliny czują. Kontrowersje wzbudzają tylko próby wyjaśnienia, jak i jak bardzo, wiesz? Udowodnione jest bowiem to, że na przykład przed zbiorami tulipanów w szklarniach... ...bo tam zdecydowanie najłatwiej to zbadać... ...łatwiej niż na polu, gdzie przestrzeń jest otwarta... ...wzrasta poziom hormonu stresu w powietrzu. Tulipany... ...i nie tylko... ...wiedzą, co się święci. Nawet, jeśli nie mogą zareagować i nic z tym zrobić - rozwijając, uważnie przyjrzał się płatkom róży, nadal ich nie dotykając, ale mając ochotę to zrobić.
Mimo to, nie był aż tak nieostrożny, gdy chodziło o naturę. Nie sądził, aby róża była w stanie coś im zrobić. Tak jak to ujęła Rina, wyglądała na smutną. Po prostu smutną. Nie groźną, nie mroczną. Nie. Wokół kwiatu unosiła się aura melancholii. Tak gęsta, że niemal namacalna.
- Moim zdaniem temat jest bardziej rozległy. Nie da się go sprowadzić do zwykłej reakcji chemicznej, do uznania faktu, że kwiaty mogą się stresować, ale to byłoby tylko na tyle. Bo skoro odczuwają stres, co czemu nie całą resztę gamy emocji? A skoro czują emocje, to znaczy, że są w stanie na swój sposób myśleć i reagować - w jego oczach to wcale nie było takie śmiałe ani tym bardziej absurdalne założenie, ale przecież Geraldine musiała zdawać sobie z tego sprawę.
Spędzili u swojego boku naprawdę wiele lat. Nigdy nie krył się przed nią ze swoim podejściem do natury wyniesionym z domu. Ze sprawami związanymi z rodowymi dębami. Z Knieją, ze szklarniami i tak dalej. Z dosyć mocno ugruntowanymi przekonaniami. Tak. Ta róża mogła być smutna. Pytanie tkwiło gdzie indziej. W tym, co tak właściwie sprawiało, że taka była. Tego nie mogli się dowiedzieć. Nawet dotykając jej załzawionych płatków.
- No I jesteś też niereformowalna - dodał do tamtych poprzednich określeń, bo skoro już tak bardzo się z nim zgadzała to nie mógł nie skorzystać z okazji, aby dodać coś całkiem prawdziwego.
Było miło. Naprawdę miło, więc nie mógł nie skusić się na drobne zaczepki. Na lekkie werbalne ekwiwalenty podszczypnięcia Yaxleyówny w pośladek, na co fizycznie nie zamierzał tu sobie pozwalać. Nie, gdy byli pośrodku ogrodów. Na całkowicie otwartej przestrzeni należącej do tego bardzo konkretnego rodu znanego z bardzo rygorystycznego podejścia. Wystarczyło, że raz na jakiś czas kradli sobie naprawdę słodkie pocałunki. Cała reszta mogła poczekać na zakończenie tej części dnia. W końcu nigdzie się nie spieszyli.
Kto by pomyślał, że jeszcze kiedyś, kiedykolwiek przyjdzie im tak zwyczajnie spacerować pod rękę po ogrodzie jak dwoje normalnych ludzi? Robiąc teoretycznie normalne rzeczy? Prowadząc względnie normalną rozmowę? Zachowując się w normalny sposób?
Czerpiąc z tego naprawdę całkiem dużo satysfakcji, choć nie dało się ukryć, że nie było to dla nich zbyt standardowe. Może przychodziło im znacznie bardziej naturalnie niż mógłby powiedzieć, gdyby ktoś zasugerował mu tę możliwość, jednak jednocześnie to wcale nie było dla nich standardowe. Ani teraz, ani kiedyś.
Poza tamtymi miesiącami, kiedy krążyli wokół siebie, raczej nie zwykli obdarzać się aż tak dużą ilością przelotnych i ukradkowych spojrzeń. Porozumiewawczych jak najbardziej. Często prowadzili niewerbalne rozmowy, gdy pojawiali się w przestrzeni publicznej bądź też w towarzystwie. Informowali się w ten sposób o wielu rzeczach. Głównie o tym, kiedy wreszcie po prostu musieli wyjść, opuścić wydarzenie, żeby wrócić do domu.
Tak, może pozował na społeczniaka. Być może nie stronił od robienia wokół siebie szumu. Nie unikał pokazywania się na sabatach, balach i tak dalej. Rzecz jasna wyłączając z tego część ostatniego półtora roku, gdy robił to znacznie bardziej niechętnie, głównie woląc znaleźć wymówkę w postaci pracy. A jednak zdecydowanie najlepiej czuł się w domu ze swoją z dziewczyną. Ewentualnie w wąskim gronie przyjaciół, z którego też zawsze mogli się zwinąć, gdy przychodziła na to pora.
Tu też wcale nie musieli być. Nikt ich do niczego nie zmuszał. Mogli tak po prostu porzucić pomysł obejrzenia czarnych róż i opuścić teren ogrodów. Mógł tu wrócić z Roselyn, Norą czy Corneliusem. Wcale nie musiał ciągać ze sobą Geraldine. Tyle tylko, że nie czuł, by to było ciąganie. Mieli naprawdę miły dzień. Udany spacer, przyjemną rozmowę, choć bez wątpienia poruszającą poważne tematy.
- Oczywiście, że jesteś - przytaknął bez wahania, nie dodając oczywistej oczywistości.
Wbrew tym wcześniejszym żartom, Roise nie mógłby być z kimś głupiutkim czy też nawet pozującym na kogoś takiego. Z kimś ugodowym, trzymającym swoje zdanie dla siebie, nie skorym do dzielenia się opiniami ze światem. Przesadnie ostrożnym czy zachowawczym. Prędzej by wtedy oszalał, na co dostatecznym dowodem było to, że przez lata wybierał samotność.
Zanim się spotkali. Nim nawiązali coś głębszego niżeli wyłącznie nić porozumienia. Przed tym wszystkim, co ich ze sobą połączyło. Dobrym i złym. Ambroise raczej nie widział się w roli czyjegoś chłopaka. Nie wyobrażał sobie momentu, w którym miałby ograniczyć swoją wolność dla związku z kimkolwiek. Dla budowania przyszłości z jakąkolwiek kobietą.
Miał trudny charakter. Tak jak i Rina, lubił nazywać się prostym człowiekiem i w gruncie rzeczy na pewno gdzieś tam taki był. Miał swoje nawyki i przyzwyczajenia. Nie wątpił, że po tylu wspólnych latach znała go jak nikt inny. Zresztą od samego początku instynktownie wiedziała przecież, w jaki sposób powinna przy nim postępować.
Być sobą. Tylko tego potrzebował. Tej szczególnej szczerości. Może lekkiego braku ogłady, dzikości i szaleństwa, ale byli do siebie dopasowani pod tym względem. Odbijali swoje zachowania. Byli swoim lustrem. Był taki czas, gdy nie musieli o tym rozmawiać, aby mieć te same oczekiwania i dążenia. Żeby wiedzieć, że mogli być przy sobie swoją najprawdziwszą, niewygładzoną wersją.
Nie chciał myśleć o tym, że zatracili to gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi wydarzeniami. Nie dzisiaj, nie teraz. Podjęty przez nich temat był dostatecznie dobry, by stanowić zasłonę dymną dla innych, trudniejszych kwestii spychanych gdzieś na bok.
Roise kiwnął głową.
- Jak dużo czasu potrzebuje taki błotoryj, żeby osiągnąć dorosłą formę? - Spytał, patrząc na nią z wyraźnym zainteresowaniem.
Nie wątpił, że znała odpowiedź na to pytanie. On zaś nie zadał go całkowicie bez przyczyny. Miał ku temu całkiem jasny powód. Na tej podstawie mogli w końcu spróbować choć z niewielkim prawdopodobieństwem określić, kiedy zaczęła mieć miejsce tamta anomalia. Może margines błędu był raczej znaczący, ale zawsze to było coś, nie? Można było na to patrzeć zupełnie inaczej w zależności od tego, czy chodziło raczej o miesiące, czy lata. A przez kilka lat ktoś z pewnością już wcześniej zwróciłby uwagę na to bydle.
Choć z drugiej strony...
...ktoś zdecydowanie powinien też zwrócić uwagę na stan oranżerii, przed którą się znaleźli, wchodząc do niej bez najmniejszego problemu, a ewidentnie tak się nie stało. To miejsce praktycznie straszyło. Być może nawet całkiem dosłownie? Widok śladów drobnych dłoni na szybach był dosyć niepokojący, choć tego dnia Ambroise był skłonny uznać go za przywidzenie, byleby tylko nie psuć im atmosfery swoimi dziwactwami (tak, odnośnie tego miał dosyć ostre zdanie). Potrząsając głową, wzruszył ramionami.
- Tak. To nic takiego - odparł, jednocześnie ostatni raz spoglądając na całkowicie normalne zaparowane szyby i znowu kręcąc głową.
Nic. Ot. Udzielał mu się klimat tego miejsca. Nic więcej. Nie zamierzał zbyt długo się na tym teraz skupiać. Nie, gdy przed sobą mieli jedną z tych czarnych róż. Całkiem dogodnie obsadzoną w ziemi w donicy, więc mogli przyjrzeć jej się z naprawdę bliska.
- Oczywiście, że kwiaty mogą być smutne - ani na moment się nie zawahał, nie musiał myśleć nad odpowiedzią, ale jednocześnie nie wypowiedział tych słów tak, jakby stwierdzał oczywistą oczywistość.
Nie zamierzał traktować pytania zadanego mu przez Geraldine ani jako głupie, ani jako retoryczne. Zamiast tego mrugnął powoli, przyglądając się róży i jeszcze wolniej kiwając głową zanim podjął poruszony przez nią temat.
- Zdania odnośnie tego są i nie są podzielone. Jednocześnie niemal całe środowisko zgadza się, że rośliny czują. Kontrowersje wzbudzają tylko próby wyjaśnienia, jak i jak bardzo, wiesz? Udowodnione jest bowiem to, że na przykład przed zbiorami tulipanów w szklarniach... ...bo tam zdecydowanie najłatwiej to zbadać... ...łatwiej niż na polu, gdzie przestrzeń jest otwarta... ...wzrasta poziom hormonu stresu w powietrzu. Tulipany... ...i nie tylko... ...wiedzą, co się święci. Nawet, jeśli nie mogą zareagować i nic z tym zrobić - rozwijając, uważnie przyjrzał się płatkom róży, nadal ich nie dotykając, ale mając ochotę to zrobić.
Mimo to, nie był aż tak nieostrożny, gdy chodziło o naturę. Nie sądził, aby róża była w stanie coś im zrobić. Tak jak to ujęła Rina, wyglądała na smutną. Po prostu smutną. Nie groźną, nie mroczną. Nie. Wokół kwiatu unosiła się aura melancholii. Tak gęsta, że niemal namacalna.
- Moim zdaniem temat jest bardziej rozległy. Nie da się go sprowadzić do zwykłej reakcji chemicznej, do uznania faktu, że kwiaty mogą się stresować, ale to byłoby tylko na tyle. Bo skoro odczuwają stres, co czemu nie całą resztę gamy emocji? A skoro czują emocje, to znaczy, że są w stanie na swój sposób myśleć i reagować - w jego oczach to wcale nie było takie śmiałe ani tym bardziej absurdalne założenie, ale przecież Geraldine musiała zdawać sobie z tego sprawę.
Spędzili u swojego boku naprawdę wiele lat. Nigdy nie krył się przed nią ze swoim podejściem do natury wyniesionym z domu. Ze sprawami związanymi z rodowymi dębami. Z Knieją, ze szklarniami i tak dalej. Z dosyć mocno ugruntowanymi przekonaniami. Tak. Ta róża mogła być smutna. Pytanie tkwiło gdzie indziej. W tym, co tak właściwie sprawiało, że taka była. Tego nie mogli się dowiedzieć. Nawet dotykając jej załzawionych płatków.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down