18.02.2025, 22:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.02.2025, 22:42 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Nigdy nie spodziewałby się, że to był ten wieczór. Że to właśnie teraz miało ich to ponownie dopaść. Że tak szybko i w takich okolicznościach powrócą do tego tematu. A jednak życie nigdy ich nie oszczędzało. Rzeczywistość lubiła o sobie przypominać.
- Myślę, że był skupiony na czymś innym - mruknął powoli.
Nieco bardziej zachowawczo niż zazwyczaj wyrażał swoje opinie, jednakże tym razem naprawdę nie starał się wciskać Rinie kitu. Nie tego od niego potrzebowała. Zresztą zapewne wyczułaby, gdyby próbował mydlić jej oczy. Szczególnie teraz. Był spokojny, sposępniały, zamyślony, ale szczery.
- Pozwól - wyciągnął ku niej również drugą rękę, jednocześnie wstając i wskazując na wilgotny płaszcz.
Nie powinna w nim siedzieć w pomieszczeniu. Tym bardziej, że ich rozmowa zapowiadała się na dłuższą i choć głównie szeptaną, z pewnością cięższą. Jedną z tych trudniejszych, jednak może rzeczywiście mających przynieść im jakiekolwiek zrozumienie? Nie mogli rozmawiać zupełnie otwarcie, za to miał wrażenie, że dzięki takiemu a nie innemu otoczeniu mogło rzeczywiście udać im się dojście do czegoś, czego w innych okolicznościach nie byli w stanie osiągnąć.
Odbierając płaszcz od dziewczyny, odwiesił go na wieszak wepchnięty między ścianę a szafę, do której sięgnął po prosty beżowy pled. Miękki, pachnący zupełnie niczym. Sterylnością, ale nie chemicznie. Po prostu neutralnie. Sięgając jeszcze po różdżkę leżącą na biurku, bez słowa otulił kocem ramiona Yaxleyówny. Miała zimne dłonie. Powinna choć trochę się rozgrzać po pobycie na zewnątrz w mżawce i deszczu.
Na moment zawiesił spojrzenie na ciemnej, ledwo oświetlonej ulicy za oknem i kroplach na szybie, po czym odchrząkując machnął różdżką w kierunku drzwi, przeciągając ruch również na ściany i zataczając nią coś na kształt kwadratu wokół nich. Nie wypowiadał zaklęcia. Zrobił to niewerbalnie, zamierzając otoczyć ich czymś w rodzaju połowicznie dźwiękoszczelnej bariery. Przepuszczającej odgłosy z zewnątrz, ale nie ze środka, w którym się znaleźli.
Chwilę później profilaktycznie zamknął także okno, odcinając ich od odgłosów miasta płynących z ulicy. Był czwartek, dodatkowo naprawdę późny wieczór, ale Londyn i tak tętnił życiem. Za to Mung? Był wyjątkowo cichy i spokojny, niemalże senny. W tym momencie Greengrassowi trudno było wyzbyć się wrażenia, że była to jednak cisza przed burzą.
Czuł niepokój związany z prowadzoną rozmową. Z powracaniem do tamtych chwil. Z sięganiem do wspomnień, które w jego przypadku były akurat całkiem jasne i przejrzyste. Zdecydowanie nie zapomniał chwil spędzonych w jaskini. Niczego innego także nie.
Na powrót przykucnął na swoim wcześniejszym miejscu. Teoretycznie mógł przysunąć sobie fotel, ale nie zrobił tego. Oparł się o krzesło Geraldine, sięgając rękami do jej dłoni i tym razem postanawiając spleść palce z jej palcami. Kolejny raz zaczerpnął powietrza, krótko kiwając głową i niskim, cichym szeptem (nie mógł być pewien, czy bariera całkowicie zadziała) podjął przerwany temat.
- Nie, nie sprawdzałem - odparł, jednocześnie kręcąc głową i raczej nie ukrywając pewności siebie w tym, co padło zaraz po tych słowach. - Wiedziałbym, gdyby coś się zmieniło. To nie tylko kwestia transu. To bardziej... ...nieustanne bzyczenie na granicy świadomości. Wibracje. Wrażenie. Gdzieniegdzie prawie go nie ma, w innych przypadkach jest tak, jakbyś weszła w rój much - spróbował wyjaśnić w jak najbardziej obrazowy, ale mimo wszystko dosyć oszczędny sposób.
W końcu nie potrzebował wdawać się w szczegóły. Ani teraz, ani nigdy. Raczej nie lubił rozmawiać na te tematy. A jednak, jeśli miało to uspokoić Yaxleyównę, postanowił zaznaczyć jej, że w istocie nikt nie zdjął mu tego ciężaru z barków. Czy tam nie odebrał tego wyjątkowego talentu. On wciąż z nim był.
Roise nie potrzebował wchodzić w trans, by to wiedzieć. To, co dawało mu przesłanki, aby w ogóle głębiej wykorzystywać umiejętności, co podpowiadało mu, kiedy to robić, nadal istniało.
Niestety w przypadku kolejnego pytania, jeśli miał być szczery (a dokładnie to sobie obiecali) musiał pokręcić głową, ledwo powstrzymując ciężkie westchnienie. Nie chciał nakręcać lęków dziewczyny, więc postarał się znaleźć jak najlepsze słowa. Choć czy jakieś istniały w tym wypadku? Wątpił.
- Czuję się inaczej - odpowiedział wreszcie, ale niemal praktycznie od razu rozwinął te słowa. - Ale to nie jest uczucie zapomnienia. Wręcz przeciwnie. To wszystko wraca. Raz za razem - trudno było mówić o takich rzeczach, naprawdę musiał zmuszać się do tego, żeby nie zamilknąć, ale uparcie dalej wydobywał z siebie kolejne słowa.
Szczególnie słysząc tak ciężkie odpowiedzi. Nie był z kamienia. Cokolwiek działo się w tej chwili pomiędzy nimi, jego też to bolało.
- Jesteś - poprawił ją w bardziej stanowczy sposób, dosyć jasno ustosunkowując się do tego, co mu mówiła.
Mogło nie być między nimi dobrze. Mogło być między nimi wyjątkowo trudno i skomplikowanie, praktycznie nieustannie cholernie źle, ale nie chciał pozostawiać wątpliwości. Zwłaszcza, że już to sobie parokrotnie mówili, czyż nie? W tej jednej kwestii naprawdę nie musiała balansować pomiędzy przeszłością i teraźniejszością.
Nie mieli przed sobą wspólnej przyszłości, ale jednocześnie Geraldine w dalszym ciągu miała być dla niego ważna. Na jego pokraczny sposób najważniejsza. Bowiem bez wątpienia tak było. Dla nikogo innego nie starałby się tak mocno oddzielać własnych pragnień i całkiem uświadomionych potrzeb od tego, co uważał za właściwe i wyjątkowo nieegoistyczne. Starał się myśleć o jej dobru, nie o czubku własnego kutasa. Nawet, jeżeli to oznaczało zacięte stanie przy swoim i kolejne kłótnie.
- Wiem, że to przerażające. Masz prawo się tego bać. Zwłaszcza po tym, co się stało - podjął, masując kciukami jej chłodną skórę i ignorując to, że brzmiał teraz głupio; spróbował uśmiechnąć się do dziewczyny. - Wiesz, nie sądzę, żeby to było takie proste. W tym wypadku nie działają raczej zbyt logiczne reguły - rzucił cicho, próbując zabrzmieć znacznie bardziej miękko.
Pocieszająco, ale szczerze. Może trochę z przekorą w tonie głosu, bo w końcu powiedział coś, co było na swój sposób godne politowania. Przynajmniej po tym wszystkim, co wcześniej twierdził.
Kształtowanie (III) - bariera
- Myślę, że był skupiony na czymś innym - mruknął powoli.
Nieco bardziej zachowawczo niż zazwyczaj wyrażał swoje opinie, jednakże tym razem naprawdę nie starał się wciskać Rinie kitu. Nie tego od niego potrzebowała. Zresztą zapewne wyczułaby, gdyby próbował mydlić jej oczy. Szczególnie teraz. Był spokojny, sposępniały, zamyślony, ale szczery.
- Pozwól - wyciągnął ku niej również drugą rękę, jednocześnie wstając i wskazując na wilgotny płaszcz.
Nie powinna w nim siedzieć w pomieszczeniu. Tym bardziej, że ich rozmowa zapowiadała się na dłuższą i choć głównie szeptaną, z pewnością cięższą. Jedną z tych trudniejszych, jednak może rzeczywiście mających przynieść im jakiekolwiek zrozumienie? Nie mogli rozmawiać zupełnie otwarcie, za to miał wrażenie, że dzięki takiemu a nie innemu otoczeniu mogło rzeczywiście udać im się dojście do czegoś, czego w innych okolicznościach nie byli w stanie osiągnąć.
Odbierając płaszcz od dziewczyny, odwiesił go na wieszak wepchnięty między ścianę a szafę, do której sięgnął po prosty beżowy pled. Miękki, pachnący zupełnie niczym. Sterylnością, ale nie chemicznie. Po prostu neutralnie. Sięgając jeszcze po różdżkę leżącą na biurku, bez słowa otulił kocem ramiona Yaxleyówny. Miała zimne dłonie. Powinna choć trochę się rozgrzać po pobycie na zewnątrz w mżawce i deszczu.
Na moment zawiesił spojrzenie na ciemnej, ledwo oświetlonej ulicy za oknem i kroplach na szybie, po czym odchrząkując machnął różdżką w kierunku drzwi, przeciągając ruch również na ściany i zataczając nią coś na kształt kwadratu wokół nich. Nie wypowiadał zaklęcia. Zrobił to niewerbalnie, zamierzając otoczyć ich czymś w rodzaju połowicznie dźwiękoszczelnej bariery. Przepuszczającej odgłosy z zewnątrz, ale nie ze środka, w którym się znaleźli.
Chwilę później profilaktycznie zamknął także okno, odcinając ich od odgłosów miasta płynących z ulicy. Był czwartek, dodatkowo naprawdę późny wieczór, ale Londyn i tak tętnił życiem. Za to Mung? Był wyjątkowo cichy i spokojny, niemalże senny. W tym momencie Greengrassowi trudno było wyzbyć się wrażenia, że była to jednak cisza przed burzą.
Czuł niepokój związany z prowadzoną rozmową. Z powracaniem do tamtych chwil. Z sięganiem do wspomnień, które w jego przypadku były akurat całkiem jasne i przejrzyste. Zdecydowanie nie zapomniał chwil spędzonych w jaskini. Niczego innego także nie.
Na powrót przykucnął na swoim wcześniejszym miejscu. Teoretycznie mógł przysunąć sobie fotel, ale nie zrobił tego. Oparł się o krzesło Geraldine, sięgając rękami do jej dłoni i tym razem postanawiając spleść palce z jej palcami. Kolejny raz zaczerpnął powietrza, krótko kiwając głową i niskim, cichym szeptem (nie mógł być pewien, czy bariera całkowicie zadziała) podjął przerwany temat.
- Nie, nie sprawdzałem - odparł, jednocześnie kręcąc głową i raczej nie ukrywając pewności siebie w tym, co padło zaraz po tych słowach. - Wiedziałbym, gdyby coś się zmieniło. To nie tylko kwestia transu. To bardziej... ...nieustanne bzyczenie na granicy świadomości. Wibracje. Wrażenie. Gdzieniegdzie prawie go nie ma, w innych przypadkach jest tak, jakbyś weszła w rój much - spróbował wyjaśnić w jak najbardziej obrazowy, ale mimo wszystko dosyć oszczędny sposób.
W końcu nie potrzebował wdawać się w szczegóły. Ani teraz, ani nigdy. Raczej nie lubił rozmawiać na te tematy. A jednak, jeśli miało to uspokoić Yaxleyównę, postanowił zaznaczyć jej, że w istocie nikt nie zdjął mu tego ciężaru z barków. Czy tam nie odebrał tego wyjątkowego talentu. On wciąż z nim był.
Roise nie potrzebował wchodzić w trans, by to wiedzieć. To, co dawało mu przesłanki, aby w ogóle głębiej wykorzystywać umiejętności, co podpowiadało mu, kiedy to robić, nadal istniało.
Niestety w przypadku kolejnego pytania, jeśli miał być szczery (a dokładnie to sobie obiecali) musiał pokręcić głową, ledwo powstrzymując ciężkie westchnienie. Nie chciał nakręcać lęków dziewczyny, więc postarał się znaleźć jak najlepsze słowa. Choć czy jakieś istniały w tym wypadku? Wątpił.
- Czuję się inaczej - odpowiedział wreszcie, ale niemal praktycznie od razu rozwinął te słowa. - Ale to nie jest uczucie zapomnienia. Wręcz przeciwnie. To wszystko wraca. Raz za razem - trudno było mówić o takich rzeczach, naprawdę musiał zmuszać się do tego, żeby nie zamilknąć, ale uparcie dalej wydobywał z siebie kolejne słowa.
Szczególnie słysząc tak ciężkie odpowiedzi. Nie był z kamienia. Cokolwiek działo się w tej chwili pomiędzy nimi, jego też to bolało.
- Jesteś - poprawił ją w bardziej stanowczy sposób, dosyć jasno ustosunkowując się do tego, co mu mówiła.
Mogło nie być między nimi dobrze. Mogło być między nimi wyjątkowo trudno i skomplikowanie, praktycznie nieustannie cholernie źle, ale nie chciał pozostawiać wątpliwości. Zwłaszcza, że już to sobie parokrotnie mówili, czyż nie? W tej jednej kwestii naprawdę nie musiała balansować pomiędzy przeszłością i teraźniejszością.
Nie mieli przed sobą wspólnej przyszłości, ale jednocześnie Geraldine w dalszym ciągu miała być dla niego ważna. Na jego pokraczny sposób najważniejsza. Bowiem bez wątpienia tak było. Dla nikogo innego nie starałby się tak mocno oddzielać własnych pragnień i całkiem uświadomionych potrzeb od tego, co uważał za właściwe i wyjątkowo nieegoistyczne. Starał się myśleć o jej dobru, nie o czubku własnego kutasa. Nawet, jeżeli to oznaczało zacięte stanie przy swoim i kolejne kłótnie.
- Wiem, że to przerażające. Masz prawo się tego bać. Zwłaszcza po tym, co się stało - podjął, masując kciukami jej chłodną skórę i ignorując to, że brzmiał teraz głupio; spróbował uśmiechnąć się do dziewczyny. - Wiesz, nie sądzę, żeby to było takie proste. W tym wypadku nie działają raczej zbyt logiczne reguły - rzucił cicho, próbując zabrzmieć znacznie bardziej miękko.
Pocieszająco, ale szczerze. Może trochę z przekorą w tonie głosu, bo w końcu powiedział coś, co było na swój sposób godne politowania. Przynajmniej po tym wszystkim, co wcześniej twierdził.
Kształtowanie (III) - bariera
Rzut Z 1d100 - 41
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Rzut Z 1d100 - 3
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down