18.02.2025, 15:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.02.2025, 19:51 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Teoretycznie nadal byli naprawdę dalecy od wyjaśnienia sobie czegokolwiek, co było między nimi. Nie sięgnęli po to, aby jawnie określić to, kim nadal dla siebie byli albo kim na powrót zaczęli być. Nie padły między nimi żadne nowe deklaracje ani słowa. Te poprzednie wcale nie zostały cofnięte. W teorii w dalszym ciągu nie rozwiązali żadnego z problemów, jakie mieli. Sytuacja nie uległa zmianie.
A jednak nie była też taka sama? Chyba nie. Chyba z pewnością nie, bo to nie był ten szumnie deklarowany sojusz. Nie na tym miał polegać, zresztą tak naprawdę przecież nigdy nie wszedł w życie. Zamiast tego w dalszym ciągu zachowywali się trochę obco, ale jednocześnie naprawdę blisko. W innym wypadku nie reagowaliby na siebie w ten sposób.
Oczywiście, że się zaniepokoił. Jego Dziewczyna nie zwykła robić takich rzeczy bez powodu. Nigdy nie nachodziła go w pracy, kiedy nic się nie działo. Nie robiła też tego nigdzie indziej. Musiał zatem na własne oczy upewnić się, że nic jej nie jest. Prześwietlił ją wzrokiem, jednocześnie nie do końca skupiając się na wypowiedziach, które ku niemu kierowała. No, tych dotyczących rzekomych listów, o której treści w dalszym ciągu mu nie mówiła, więc chyba nie były takie istotne. Nie tak ważne jak to, że musiał upewnić się, czy nic jej się nie stało.
- Dopiero siadłem - stwierdził bez namysłu, myślami zdecydowanie będąc gdzieś indziej.
Nie tłumaczył się. Raczej stwierdzał fakt. Niedawno wrócił do gabinetu, tak naprawdę przez cały czas wcześniej pozostając na nogach i przemieszczając się z miejsca na miejsce. Miał cholernie dużo dziwnych przypadków. W tym także ten jeden niechlubny międzyoddziałowy, który sprawił, że Ambroise bardzo nieznacznie uśmiechnął się na słowa Geraldine.
- Żebyś się nie zdziwiła - odpowiedział, jednocześnie nie zamierzając wdawać się jednak w jakiekolwiek wyjaśnienia.
Nie, gdy to on ich zdecydowanie potrzebował. W końcu w dalszym ciągu czuł się zagubiony, nie do końca rozumiejąc tę naprawdę późną wizytę, choć zdecydowanie dostrzegając, że coś jest mocno nie tak.
Potwierdził to sposób, w jaki Rina bez zastanowienia padła mu w ramiona. Momentalnie poczuł się zaniepokojony. Ponownie. Jeszcze bardziej, nawet jeśli usiłował tego nie okazywać, zamiast tego skupiając się na dotyku.
- Cichosza. Nawet nie próbuj - odmruknął, odpowiadając tym samym mocnym uściskiem i cichym, całkiem spokojnym tonem.
Przecież nic się nie stało, więc naprawdę nie musiała go za nic przepraszać. Nie przeszkodziła mu w niczym istotnym. Nie zrobiła nic głupiego. Nie zachowała się porywczo czy nie naraziła ich obojga na jakiekolwiek nieprzyjemności. Po prostu znalazła się u niego na oddziale, co samo w sobie musiało być dla niej przecież dostatecznie trudne.
Zdawał sobie sprawę z tego jak bardzo nienawidziła szpitali, bo przez lata nie był (ani tak właściwie nie próbował) w stanie zmienić jej opinii na ten temat. Nie miał wobec niej żadnych wyrzutów, więc tym bardziej nie zamierzał przyjmować bezsensownych przeprosin.
Zamiast tego po prostu ją do siebie przytulił, opatulając dziewczynę ramionami i nie przejmując się wilgocią na jej ubraniach. Wysuszenie mokrych plam miało być kwestią paru sekund. Za to uspokojenie tego czegoś, co najwyraźniej nią targało? Nie chciał tego spierdolić zachowywaniem niepotrzebnego dystansu, przesadną oficjalnością czy też w końcu pochopnie wypowiedzianymi, bezsensownymi słowami.
Pocierając dłońmi plecy Yaxleyówny, naprawdę mocno ją ścisnął. Nie pytał, czego tak bardzo się obawiała, że pchnęło ją w to miejsce. Nie próbował wymuszać na niej odpowiedzi, zamiast tego czekając aż sama postanowi rozwinąć tę myśl. Aż to ona podejmie decyzję o tym, aby przerwać milczenie i uścisk, być może usiąść na krześle czy na brzegu leżanki.
Dopiero wtedy zamierzał zająć się analizą sytuacji. Teraz bez słowa lekko zakołysał ją w swoich ramionach, opierając wargi o czubek nosa dziewczyny. Zimny i mokry. Na zewnątrz musiało być całkiem chłodno.
A jednak nie była też taka sama? Chyba nie. Chyba z pewnością nie, bo to nie był ten szumnie deklarowany sojusz. Nie na tym miał polegać, zresztą tak naprawdę przecież nigdy nie wszedł w życie. Zamiast tego w dalszym ciągu zachowywali się trochę obco, ale jednocześnie naprawdę blisko. W innym wypadku nie reagowaliby na siebie w ten sposób.
Oczywiście, że się zaniepokoił. Jego Dziewczyna nie zwykła robić takich rzeczy bez powodu. Nigdy nie nachodziła go w pracy, kiedy nic się nie działo. Nie robiła też tego nigdzie indziej. Musiał zatem na własne oczy upewnić się, że nic jej nie jest. Prześwietlił ją wzrokiem, jednocześnie nie do końca skupiając się na wypowiedziach, które ku niemu kierowała. No, tych dotyczących rzekomych listów, o której treści w dalszym ciągu mu nie mówiła, więc chyba nie były takie istotne. Nie tak ważne jak to, że musiał upewnić się, czy nic jej się nie stało.
- Dopiero siadłem - stwierdził bez namysłu, myślami zdecydowanie będąc gdzieś indziej.
Nie tłumaczył się. Raczej stwierdzał fakt. Niedawno wrócił do gabinetu, tak naprawdę przez cały czas wcześniej pozostając na nogach i przemieszczając się z miejsca na miejsce. Miał cholernie dużo dziwnych przypadków. W tym także ten jeden niechlubny międzyoddziałowy, który sprawił, że Ambroise bardzo nieznacznie uśmiechnął się na słowa Geraldine.
- Żebyś się nie zdziwiła - odpowiedział, jednocześnie nie zamierzając wdawać się jednak w jakiekolwiek wyjaśnienia.
Nie, gdy to on ich zdecydowanie potrzebował. W końcu w dalszym ciągu czuł się zagubiony, nie do końca rozumiejąc tę naprawdę późną wizytę, choć zdecydowanie dostrzegając, że coś jest mocno nie tak.
Potwierdził to sposób, w jaki Rina bez zastanowienia padła mu w ramiona. Momentalnie poczuł się zaniepokojony. Ponownie. Jeszcze bardziej, nawet jeśli usiłował tego nie okazywać, zamiast tego skupiając się na dotyku.
- Cichosza. Nawet nie próbuj - odmruknął, odpowiadając tym samym mocnym uściskiem i cichym, całkiem spokojnym tonem.
Przecież nic się nie stało, więc naprawdę nie musiała go za nic przepraszać. Nie przeszkodziła mu w niczym istotnym. Nie zrobiła nic głupiego. Nie zachowała się porywczo czy nie naraziła ich obojga na jakiekolwiek nieprzyjemności. Po prostu znalazła się u niego na oddziale, co samo w sobie musiało być dla niej przecież dostatecznie trudne.
Zdawał sobie sprawę z tego jak bardzo nienawidziła szpitali, bo przez lata nie był (ani tak właściwie nie próbował) w stanie zmienić jej opinii na ten temat. Nie miał wobec niej żadnych wyrzutów, więc tym bardziej nie zamierzał przyjmować bezsensownych przeprosin.
Zamiast tego po prostu ją do siebie przytulił, opatulając dziewczynę ramionami i nie przejmując się wilgocią na jej ubraniach. Wysuszenie mokrych plam miało być kwestią paru sekund. Za to uspokojenie tego czegoś, co najwyraźniej nią targało? Nie chciał tego spierdolić zachowywaniem niepotrzebnego dystansu, przesadną oficjalnością czy też w końcu pochopnie wypowiedzianymi, bezsensownymi słowami.
Pocierając dłońmi plecy Yaxleyówny, naprawdę mocno ją ścisnął. Nie pytał, czego tak bardzo się obawiała, że pchnęło ją w to miejsce. Nie próbował wymuszać na niej odpowiedzi, zamiast tego czekając aż sama postanowi rozwinąć tę myśl. Aż to ona podejmie decyzję o tym, aby przerwać milczenie i uścisk, być może usiąść na krześle czy na brzegu leżanki.
Dopiero wtedy zamierzał zająć się analizą sytuacji. Teraz bez słowa lekko zakołysał ją w swoich ramionach, opierając wargi o czubek nosa dziewczyny. Zimny i mokry. Na zewnątrz musiało być całkiem chłodno.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down