18.02.2025, 01:58 ✶
Kilka chwil przyglądał się marchewkowej końcówce papierosa. Ulubione Caina. Drogi tytoń i kremowa bibuła zakończona miedzianą żyłką. Jego brat miał słabość do wszystkiego, co ładne, bez względu na praktyczność czy cenę – kiepska cecha u oszusta z Nokturnu i jeszcze gorsza u człowieka, który żył praktycznie wyłącznie nocami i lubił spędzać część z nich w ciemnych zaułkach. Abel natomiast cenił prostotę. Czarną kawę, tanie papierosy, ludzi, którzy jasno mówili, czego potrzebują, zanim wyciągną rękę. Abel chciał wiedzieć, na czym stoi, jego brat zaś lubił półśrodki i półsłówka, uśmiechy, które nigdy nie miały tylko jednego znaczenia, gry, które niewiele miały wspólnego ze sprytem, a wiele z głupią potrzebą ciągłej zabawy. Abel czuł ciężar bliźniaka także teraz – na ramionach tego ciała, które mieli dzielić, ale w którym musiał się kurczyć jak dziecko zapędzone w kąt pokoju. Koszula, którą Cain dziś założył, drapała go w kark, kilka niedokładnie szczesanych włosów wpadało mu do oczu, a w tyle głowy znajomy, tępy ból przypominał o wczorajszej, nieprzespanej nocy. Niektóre złe decyzje jego brata przypominały okrutnie odroczone kary.
Przechylił lekko głowę, przyglądając się mężczyźnie z zaskakującą ufnością, parą rozjaśnionych oczu, jak gdyby jego nagłe, skonfundowane pytanie, które padło między nimi, sprawiło, że Rodolphus wydał mu się jeszcze młodszy. Abel zamrugał, widocznie rozbawiony, a uśmiech stał się szerszy, odsłaniając wąską przerwę między przednimi zębami. Zaciągnął się papierosem, szukając odpowiedzi. Mógłby mu naturalnie wytłumaczyć głupotę ludzkiego sumienia i fakt, że ludzie rzadko bywali po prostu mordercami. Lestrange wszystko to już jednak wiedział.
– Bo z żywą skończyły się już tematy.
Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, obaj uśmiechnięci na swoje własne, specyficzne sposoby. Szukał zwątpienia w spojrzeniu Rodolphusa, jakiejś rysy na gładkiej powierzchni, typowej ludziom jego pokroju, chłodnej w podobny sposób, jak chłodna bywała porcelana albo polerowane kamienie. Abel zapragnął wyciągnąć dłoń i palcem wskazującym wytyczyć linię biegnącą od ciemnej linii włosów aż po elegancko zakończony podbródek – linię, w której pan Lestrange mógłby pęc jak wyjątkowo ładna filiżanka.
– Leon Harris – powtórzył ciszej, pozwalając imieniu przekręcić się na języku jak kryształek anyżowego cukierka. Próbował przypomnieć sobie, czy zna ofiarę swojego zleceniodawcy, człowieka z ziemią za paznokciami.
Przytaknął delikatnie, z zainteresowaniem obserwując, jak dłoń mężczyzny sięga do wewnętrznej kieszeni marynarki. Leniwie, spokojnie, z dziwną gracją kogoś, kto przywykł do przekładania monet między palcami. Abel chwycił mieszek ze zobojętniałą manierą, choć nawet teraz czuł łapczywość swojego bliźniaka klejącą się do wnętrza jego dłoni. Dziesięć galeonów. Podniósł spojrzenie na rozmówcę, uprzejmie zadowolony.
– Ach, tak – zaczął miękko, pochylając się w jego stronę tak, by zabrać mu kilka kolejnych cali osobistej przestrzeni. – Lojalność i uczciwość są na Nokturnie wszystkim. – Uśmiechnął się szerzej, chowając woreczek do wewnętrznej kieszeni prochowca. Prawie ironizował, nie do końca, była w tym bowiem jakaś urocza, przewrotna prawda. Wśród przestępców lojalność była wszak ostatnim objawem boskości. – Rozumiem, że nie chciałbyś, żeby biednej Marthcie stała się jakakolwiek krzywda? – jego głos był swobodny i lekki, barwa przypominająca głos kogoś, kto cieszy się widokiem przyjaciela. Ton, którego nauczył się od Caina, mimowolnie obserwując podobne infekcje jego oczami. Wiedział, że ludzie albo uważali jego brata za ujmującego, albo za niepokojącego – oba spostrzeżenia dawały przewagę w sytuacjach takich jak ta. – Londyn to ostatnio niebezpieczne miejsce.
Rodolphus miał jeden z tych uśmiechów, które nie sięgały oczu – wzorowo skrojony, niemal zbyt równy. Abel pomyślał, iż jest to na swój sposób imponujące – on sam potrafił uśmiechać się jedynie na sposoby, których nauczył go brat, Cain był natomiast tworem o zupełnie innych krawędziach niż te, którymi zdawał rysować się Lestrange. Rodolphus był człowiekiem interesów, być może nawet poza ich małym spotkaniem, być może nawet poza swoją chłodną postawą i ładnym, metalicznym spojrzeniem. I chyba dlatego właśnie Abla tak zdziwiło wspomnienie Cassandry. Nie dlatego, iż wątpiłby, że ta zadawała się z ludźmi jego pokroju (zadawała się bez przerwy, było to raczej oczywiste), a raczej dlatego, iż zapomniał już, że jego nazwisko mogło nosić za sobą coś poza podejrzliwością. Zapomniał chyba, że rodzinne znajomości mogłyby kiedykolwiek pomóc mu gdzieś na powierzchni. Na dźwięk jej imienia prychnął więc z rozbawieniem, niemal poza wolą, zupełnie niespodziewanie.
– Przekażę jej – oznajmił, chowając śmiech za zębami. – Rozsądnie zresztą, podobno rodzice starszą Fawleyami kłamliwe dzieci. - Znów przechylił głowę, spoglądając na niego z zainteresowaniem. – Zgaduję, że wolałbyś nie obudzić się w nocy do widoku mnie z nożycami nad twoim łóżkiem…
Przechylił lekko głowę, przyglądając się mężczyźnie z zaskakującą ufnością, parą rozjaśnionych oczu, jak gdyby jego nagłe, skonfundowane pytanie, które padło między nimi, sprawiło, że Rodolphus wydał mu się jeszcze młodszy. Abel zamrugał, widocznie rozbawiony, a uśmiech stał się szerszy, odsłaniając wąską przerwę między przednimi zębami. Zaciągnął się papierosem, szukając odpowiedzi. Mógłby mu naturalnie wytłumaczyć głupotę ludzkiego sumienia i fakt, że ludzie rzadko bywali po prostu mordercami. Lestrange wszystko to już jednak wiedział.
– Bo z żywą skończyły się już tematy.
Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, obaj uśmiechnięci na swoje własne, specyficzne sposoby. Szukał zwątpienia w spojrzeniu Rodolphusa, jakiejś rysy na gładkiej powierzchni, typowej ludziom jego pokroju, chłodnej w podobny sposób, jak chłodna bywała porcelana albo polerowane kamienie. Abel zapragnął wyciągnąć dłoń i palcem wskazującym wytyczyć linię biegnącą od ciemnej linii włosów aż po elegancko zakończony podbródek – linię, w której pan Lestrange mógłby pęc jak wyjątkowo ładna filiżanka.
– Leon Harris – powtórzył ciszej, pozwalając imieniu przekręcić się na języku jak kryształek anyżowego cukierka. Próbował przypomnieć sobie, czy zna ofiarę swojego zleceniodawcy, człowieka z ziemią za paznokciami.
Przytaknął delikatnie, z zainteresowaniem obserwując, jak dłoń mężczyzny sięga do wewnętrznej kieszeni marynarki. Leniwie, spokojnie, z dziwną gracją kogoś, kto przywykł do przekładania monet między palcami. Abel chwycił mieszek ze zobojętniałą manierą, choć nawet teraz czuł łapczywość swojego bliźniaka klejącą się do wnętrza jego dłoni. Dziesięć galeonów. Podniósł spojrzenie na rozmówcę, uprzejmie zadowolony.
– Ach, tak – zaczął miękko, pochylając się w jego stronę tak, by zabrać mu kilka kolejnych cali osobistej przestrzeni. – Lojalność i uczciwość są na Nokturnie wszystkim. – Uśmiechnął się szerzej, chowając woreczek do wewnętrznej kieszeni prochowca. Prawie ironizował, nie do końca, była w tym bowiem jakaś urocza, przewrotna prawda. Wśród przestępców lojalność była wszak ostatnim objawem boskości. – Rozumiem, że nie chciałbyś, żeby biednej Marthcie stała się jakakolwiek krzywda? – jego głos był swobodny i lekki, barwa przypominająca głos kogoś, kto cieszy się widokiem przyjaciela. Ton, którego nauczył się od Caina, mimowolnie obserwując podobne infekcje jego oczami. Wiedział, że ludzie albo uważali jego brata za ujmującego, albo za niepokojącego – oba spostrzeżenia dawały przewagę w sytuacjach takich jak ta. – Londyn to ostatnio niebezpieczne miejsce.
Rodolphus miał jeden z tych uśmiechów, które nie sięgały oczu – wzorowo skrojony, niemal zbyt równy. Abel pomyślał, iż jest to na swój sposób imponujące – on sam potrafił uśmiechać się jedynie na sposoby, których nauczył go brat, Cain był natomiast tworem o zupełnie innych krawędziach niż te, którymi zdawał rysować się Lestrange. Rodolphus był człowiekiem interesów, być może nawet poza ich małym spotkaniem, być może nawet poza swoją chłodną postawą i ładnym, metalicznym spojrzeniem. I chyba dlatego właśnie Abla tak zdziwiło wspomnienie Cassandry. Nie dlatego, iż wątpiłby, że ta zadawała się z ludźmi jego pokroju (zadawała się bez przerwy, było to raczej oczywiste), a raczej dlatego, iż zapomniał już, że jego nazwisko mogło nosić za sobą coś poza podejrzliwością. Zapomniał chyba, że rodzinne znajomości mogłyby kiedykolwiek pomóc mu gdzieś na powierzchni. Na dźwięk jej imienia prychnął więc z rozbawieniem, niemal poza wolą, zupełnie niespodziewanie.
– Przekażę jej – oznajmił, chowając śmiech za zębami. – Rozsądnie zresztą, podobno rodzice starszą Fawleyami kłamliwe dzieci. - Znów przechylił głowę, spoglądając na niego z zainteresowaniem. – Zgaduję, że wolałbyś nie obudzić się w nocy do widoku mnie z nożycami nad twoim łóżkiem…