O ile kochała księgi, to z tego co zrozumiała, pilniejsze było zbadanie roślin empirycznie, jako, że nikt nie był w stanie powiedzieć, co się właściwie działo. Priorytetem dla Victorii było więc sprawdzenie, czy róże, po pierwsze, nie zagrażały reszcie ogrodu, a po drugie, czy mają w sobie coś specjalnego (znaczy, to nasuwało się samo, skoro pojawiły się same i to w pełnym rozkwicie) – czy może raczej były (nie)zwykłymi czarnymi różami… które naturalnie nie występowały. Ktokolwiek takie kupował i myślał, że są prawdziwie wyhodowane, był w błędzie. Wydawało jej się więc naturalne, że powinni się podzielić zadaniami, a skoro na nią spadało zbadanie roślin, to ktoś, kto się na nich guzik zna, powinien zerknąć do tych kronik i upewnić się co do treści, o której wspominała Lorelei, zwłaszcza jeśli zależało mu na Maida Vale przynajmniej w połowie tak bardzo, jak to zasugerował w liście do niej.
I dlatego spojrzała na Louvaina pobłażliwie – i wzrost zupełnie jej przy tym nie przeszkadzał.
– Jaka szkoda, że nikogo takiego tutaj nie ma – była odporna na tego typu zaczepki, słyszała je w szkole i w pracy tyle razy, że szkoda było nawet liczyć. Sama nie zadecydowała jeszcze, czy w ogóle dotykać te księgi – owszem, była ciekawa, ale nie aż tak.
Louvain pokazał jej język, na co Victoria uśmiechnęła się nieco promienniej i nie cofając rozłożonych dłoni, zrobiła najpierw pierwszy krok do kuzyna, potem drugi – nie spiesząc się przy tym ani trochę. Musiałby się odsunąć, żeby uniknąć przytulenia na powitanie – ale to wywołałoby tryumf w jej ciemnych oczach… z drugiej strony dopięcie swego zrobiłoby dokładnie to samo. Nie było dobrego wyjścia z tej sytuacji, trzeba było wybrać między mniejszym, a większym złem.
– Jesteśmy tutaj, żeby ze sobą współpracować, nie konkurować, Louvain – odparła niezrażona, nie zamierzając brać udziału w żadnym konkursie, bo też i nie dlatego zaprosiła tu Laurenta. Ceniła sobie jego wiedzę i wyczucie… oraz towarzystwo, choć była zupełnie nieświadoma bardzo brudnych myśli, jakie biegły właśnie przez umysł Lestrange’a dotyczących jej kontaktów seksualnych. Brak mu było własnych, że skupiał się na nich? – W końcu chodzi o nasz ogród. Nigdy wcześniej nie słyszałam o podobnym zjawisku, ani tym bardziej takiego nie widziałam. To jest o tyle dziwne, że czarne róże nie występują w naturze. To, co było na weselu u Blacków, to były kwiaty farbowane albo transmutowane specjalnie, ale nie prawdziwie czarne. A tutaj… Jeśli to nie jest psikus kogoś, kto miał w nocy zbyt dużo wolnego czasu, to nie wiem, co to jest – może i ruszyli i szli przodem, ale Victoria starała się mówić na tyle głośno, żeby powiedzieć Laurentowi, co sama wie na ten temat, ale też by i Black się czegoś dowiedział, skoro już postanowił się wtrącić w to spotkanie – i zamierzała mu trochę utrzeć nosa, oczywiście. – Długo się tu kręciłeś, hm, Louvain? Widziałeś tu kogoś podejrzanego? – przeszli obok stawu, gdzie nawet lilie były otoczone czernią róż. Victoria zatrzymała się na moment, spojrzała na ten obrazek i lekko zmrużyła oczy, po czym ruszyła dalej przed siebie, do oranżerii, którą już było stąd widać. – Wyglądało, jakbyś po moich listach się tu czaił na mnie specjalnie, byle tylko nie dotknąć żadnej książki. One nie parzą, wiesz o tym? Nie zarazisz się też niczym, nie żeby miało ci to grozić w tych rękawiczkach – swoje dłonie splotła ze sobą z tyłu na plecach i wyglądała teraz jak niewinna spacerowiczka. Niewinna spacerowiczka, która uśmiechała się do siebie z zadowoleniem, jak ta kocica, która właśnie pożarła wyjątkowo tłustego wróbelka, co Laurent mógł zobaczyć ze swojej perspektywy.