Byłaby wspaniałą przedstawicielką wił - gdyby ktoś postawił tu jej posąg z tymi prostymi, idealnie równymi włosami, które spływałyby po jej ciele jak przejrzyste fałdy materiału obnażające jej kobiecość. Jak woda, którą przelewałaby do sadzawki z dzbana pod swoimi nogami. Niewinnie układałyby usta, trzepotała rzęsami, unikała spojrzeń każdego, kto przechodziłby bokiem. Laurentowi nie brakowało fantazji, szczególnie, kiedy piękno ją pobudzało. Pojęcia jeszcze nie miał, że równa piękność miała się tutaj pojawić i stanąć u boku tej wił, spoglądając z cwaniackim uśmieszkiem na każdego gapia. On już nie unikałby spojrzeń - wbijałby czerń prosto w duszę ludzką, by zamiast prześwietlać ją na wylot - pochłaniać w ciemnościach. Ideały ponoć nie istniały. Nie, pewnie nie. Chyba że spoglądało się na kuzynostwo Lestrange.
- Jeśli się nie pokażą to je znajdziemy. - Przyjdą do nich tak czy siak! Czasami po prostu potrzeba więcej tricków wyciągnąć z rękawa... ale prawda była taka, że tak jak eliksiry i rośliny były większym konikiem Victorii, tak... konikami Laurenta były... konie. Dosłowne i niedosłowne. Lepiej znał się na stworzeniach magicznych, a skoro elfy się tutaj dziwnie zachowywały - to równie dobrze mógł sprawdzić, na czym polegała ta dziwność. Ale! To później, to potem! Kreślone czarną kredą na bielmie ściany znaki mogły poczekać na swoją kolej. On teraz chłonął dychtomie, która rozwijała się kolejnymi różami w Maida Vale. Niewidzianymi gołym okiem, będące dziećmi naturalizmu i wynaturzeń, jakie potrafili łączyć w jedno tylko czarodzieje. Naoglądał się czarnych róż na ślubie Perseusa, a nie były nawet zbliżone do tego, co widział tu teraz. I nawet nie potrafił tych kwiatów widzieć. Nie w tej chwili. Uśmiechnął się na słowa Victorii, subtelnie, delikatnie. I byłby gotów zasypywać ją kolejnymi komplementami, gdyby nie przyszło mu odwrócić spojrzenia. Nie powinien być zdziwiony, że ktoś tutaj jeszcze się pojawia. Nowina na pewno nie dotarła tylko do uszu Victorii. Rodzina Lestrange nie była mała... ale ostatnią osobą, jaką się spodziewał, był Louvain. I znów - czemu niby? Przecież to był jego dom tak samo, jak Victorii.
- Dzień dobry, Louvain. Bardzo mi miło, dziękuję. - Odparł dźwięcznie, spoglądając na Nomen Omen Zakazanych Owoców. Dokładnie ten typ mężczyzny, przed którym ostrzega swoje córki mama: "on cię wykorzysta i porzuci!". Mamo, no niechajże tak będzie! Przecież to prawdziwa miłość! Nic więc dziwnego, że najłatwiej było szukać wolnych dziewcząt dla Stanleya w jego obecności. - Och, naddatek komplementu i docenienia. - Spojrzał na Victorię z tym samym uśmiechem, nim wrócił oczami na mężczyznę. - Nawet w połowie nie znam się tak dobrze na roślinach, co Victoria. Nie mam co do tego wątpliwości. - Laurentowi też daleko było do przygotowania się do ubioru adekwatnego do chęci pobrudzenia się w ziemi. I być możesz - jeszcze bardziej. Biel jego ubioru tworzyła kontrast do czerni Louvaina. Chyba cały Laurent tworzył dla niego kontrast - z jasnymi, platynowymi włosami i jasnym błękitem oczu pobłyskującymi lazurem. Skinął zachęcająco głową na słowa Victorii, że ten może dołączyć. Prawie wymsknęło mu się: no oczywiście, kto ochroni dwie damy! Prawie.