To prawda, że zapach uderzał; ilość róż rosnących obecnie w Maida Vale była spora, przytłaczając cały ogród tak widokiem, jak i ciężką, charakterystyczną wonią róż. I ją korciło teraz by tych płatków dotknąć, lecz póki co się powstrzymała. Przyjdzie na to czas… w odpowiednim momencie – a póki co, chciała zobaczyć tę skalę. Może przy okazji natkną się na Lorelei Lestrange i będą mogli przy tym zamienić kilka słów, nim zabiorą się do pracy?
– Trochę tak – coś w tym było, czy te róże faktycznie chciały go zamrozić? A może miały o czymś zwiastować? O niebezpieczeństwie? Czy były ostrzeżeniem? Złym omenem, który można było zobaczyć w kupce fusów po wypitej herbacie podczas lekcji wróżbiarstwa? – Może się pokażą, to będziesz miał okazję je zobaczyć – dodała łagodnie i uśmiechnęła się lekko, po czym odwróciła wzrok, powoli sunąc nim po rzędach roślin, wzdłuż żwirowej dróżki. Ciernie oplotły się nawet wokół najbliżej im rzeźbie muzy, a róże wyglądały, jakby chciały ją przyozdobić. Jasność rzeźby, ciemna zieleń pędu i cierni i czerń płatków kontrastowała ze sobą. Słowa Laurenta ją rozbroiły. Ten mężczyzna wiedział dokładnie co powiedzieć i w jaki sposób, żeby sprawić jej przyjemność, żeby uśmiechnęła się i zarumieniła lekko, pozornie płochliwie odwróciła wzrok… ale zaraz przeniosła go na Laurenta. – Ach tak, zawsze nim było – to tutaj odnalazła przecież swoją miłość do roślin. A potem roześmiała się na głos, widząc jaki gest zrobił. Coś jej to przypomniało… albo raczej kogoś. Sauriela. Zrobił kiedyś dokładnie to samo, co sprawiło, że kilka miesięcy później sprawiła mu zaczarowany aparat fotograficzny, a teraz obsypywał ją dzięki niemu ruchomymi zdjęciami kotów. Coś w spojrzeniu Victorii wyłagodniało lekko, gdy przeniosła się we wspomnieniu do podobnej chwili, z marca, która ustawiła ich na takich, a nie innych torach. – Bajerant… – zaczęła…
Ale nie skończyła, bo najpierw zobaczyła sylwetkę, a zaraz później słowa wypowiedziane miarowym tembrem znajomego głosu, którego nie spodziewała się w tym momencie usłyszeć… a jakże powinna, prawda? Po tych listach, które wymienili, powinna się spodziewać podobnego numeru od Louvaina, przecież byli z tej samej krwi, upartość zapisaną mieli w genach i pewną przekorę charakteru, która uwidaczniała się w najmniej spodziewanych momentach. Uśmiech Victorii zmienił się w uśmieszek, usta wykrzywiły nieznacznie, uniósł się ich jeden kącik, ciemne oczy zmrużyły delikatnie… To była leciuteńka irytacja, że coś nie szło po jej myśli, że Louvain był tak zacietrzewiony w tym, by nie zerknąć do tych ksiąg, że musiał się tu teraz zjawić… ale i rozbawienie. Bo była rozbawiona. To będzie interesujące – o jakże była tego pewna. Była też ciekawa, cóż takiego ten jej kuzyn teraz wymyśli… Przez moment zapomniała nawet o plotkach, jakie krążyły o niej i o Laurencie – bo te rzeczywiście się Lestrange’owi nie przyśniły, były jakże prawdziwe, a teraz miał ich… jakieś tam… potwierdzenie. Nawet jeśli nie były ubrane w rzeczywistość. Ale Primrose również ją o to pytała, prawda?
– To nie są naleciałości prefekciarskie, tylko zdroworozsądkowe – odparła mu w ramach przywitania i nawet złapała się pod boki, patrząc na kuzyna wyzywająco. – Ktoś i tak będzie musiał tam zerknąć i potwierdzić to wszystko, choćby tam były tylko ochłapy – stwierdziła i wzruszyła ramionami, pozwalając się przywitać Louvainowi i Laurentowi, a potem leciuteńko przekrzywiła głowę. Owszem, był to on, lecz nie bez powodu nie wspomniała o nim z imienia. Nie ze wstydu, a dlatego, że nie wiedziała, czy w ogóle będzie mieć czas. Wlepiła teraz spojrzenie w Lestrange’a. – I co, nie przywitasz się z kuzynką? – rozłożyła nawet lekko ręce, sugerując dokładnie, czego właśnie oczekuje – jakże rodzinnego przytulenia na przywitanie, może nawet buziaka w policzek. Zatrzepotała lekko rzęsami. Ona też się umiała tak bawić, złośliwiec jeden. Łatwo było o tym zapomnieć, gdy głowę trzymała wysoko a plecy prosto, ale nie zamierzała mu tu dać jakiejś satysfakcji. – Skoro już jesteś, to może do nas dołączysz, hmm? Chciałam się na razie przejść po ogrodzie i zobaczyć skalę tego zjawiska – póki co na byli na drodze do stawu, ale stamtąd chciała odbić do oranżerii.