14.02.2025, 08:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.02.2025, 09:05 przez Lorraine Malfoy.)
Londyn, 26 VIII 1972 r.
Szanowny Leviathanie,
Naturalnym jest, że w sytuacji, gdy się nie znamy, przywołujemy imiona tych, którzy znają nas oboje, zwłaszcza, gdy jest to jedyny wspólny mianownik, jaki jesteśmy w stanie znaleźć. Jak więc miałabym nie przywołać imienia młodej damy, kiedy to jej zawdzięczamy naszą, jakkolwiek powierzchowną, znajomość, wierząc, że jej cnoty – przewyższające cnoty nas obojga – pozwolą nam odbyć cywilizowaną rozmowę.
Nie jest, i nigdy nie było moim celem wnikanie w zawiłości Waszej relacji. Nie chcąc czynić niestosownych spekulacji co do łączących Was stosunków, skupiłam się na tym, czego sama byłam naocznym świadkiem. Swoim zachowaniem w trakcie obchodów Lithy dałeś mi mniemanie, że żywisz wobec Sarah – czy też panny Macmillan, jeżeli nalegasz – troskę, że masz na względzie jej godność, jak na szlachetnie urodzonego kawalera przystało. Proszę o wybaczenie, być może pomyliłam się w ocenie Twojej osoby. Naiwnie sądziłam, że zdolny jesteś troszczyć się o jej dobrobyt w sposób niezależny od okoliczności, prezentując integralność charakteru, która pozwala wznosić się ponad ludzkie niesnaski i wynikające z nich podziały, aby dostąpić boskiej jedności w Matce.
Jeżeli zamiast jej głosu odpowiada Ci głucha cisza, gdy modląc się, klękasz przed jej posągiem we wnętrzu kowenowej bożnicy, nie powinieneś sądzić, że Matka ignoruje Twoje modły. Matka milczy, bo Twoja kolej, aby coś powiedzieć.
Niech Matka ma Cię w opiece,
Lorraine Malfoy